Orlęta Łuków nadal nie zachwycają. Co prawda przed tygodniem podopieczni Roberta Różańskiego pokonali u siebie Lubliniankę, ale w niedzielę stracili kolejne dwa \"oczka”. Tym razem w Rejowcu Fabrycznym, gdzie bezbramkowo zremisowali z miejscową Spartą.
Michał Beczek
26.09.2010 20:20
Mało tego, to gospodarze byli bliżej zwycięstwa. W 29 min zdobyli nawet bramkę, ale nie uznał jej sędzia. Jacek Ziarkowski otrzymał prostopadłe podanie z głębi pola i pokonał bramkarza gości. Arbiter dopatrzył się jednak pozycji spalonej i zagwizdał.
Ta sytuacja z pewnością sfrustrowała kibiców Sparty. To już przecież nie pierwszy raz, gdy sędzia anuluje bramkę zdobytą przez ich ulubieńców. Najgorzej było w meczu z Dwernickim, kiedy z pięciu goli zdobytych przez piłkarzy z Rejowca, ostatecznie uchowały się tylko dwa.
W pierwszej połowie bliski pokonania Włodzimierza Lisiewicza był również Piotr Kucharski. Jego strzał głową minimalnie minął jednak bramkę Orląt.
Po przerwie oba zespoły stworzyły sobie po jednej sytuacji. W 74 min Grzegorz Orzyłowski ładnie przyjął sobie piłkę na 5 m od bramki gospodarzy. Wszyscy na ławce Orląt podskoczyli już z radości, widząc piłkę w siatce, ale doświadczony zawodnik uderzył prosto w Ireneusza Sajeckiego.
W odpowiedzi zaatakowała Sparta. Ale Ziarkowski zamiast strzelać, podawał do Mateusza Adamca i szansa na zwycięstwo została zaprzepaszczona.
– Jesteśmy niezadowoleni, bo powinniśmy wygrać. Mieliśmy przewagę i należały nam się trzy punkty. Niestety, zabrakło skuteczności i musimy zadowolić się remisem – powiedział Modest Boguszewski, szkoleniowiec Sparty.
Na ten dzień kibice Unii Bełżyce czekali prawie miesiąc. Dzięki pokonaniu Startu Krasnystaw 3:2, ich pupile przełamali passę czterech meczów bez zwycięstwa. Ostatnio wygrali 29 września z Lublinianką.
W niedzielę trzy punkty nie przyszły im jednak łatwo.
Co prawda dobrze rozpoczęli spotkanie i w ciągu kwadransa stworzyli sobie trzy klarowne sytuacje, ale żadnej z nich nie zamienili na bramkę.
W 22 min przebudzili się gospodarze. Jakub Gajewski zagrał na wolne pole do Sebastiana Sadowskiego, a ten precyzyjnym strzałem pokonał Ireneusza Rumińskiego.
Pozostałe gole padły po przerwie. W 53 min Mirosław Cioch zachował zimną krew i w sytuacji sam na sam pokonał bramkarza Startu.
Gospodarze odpowiedzieli cztery minuty później. Sadowski dośrodkował z lewej strony, a Kamil Sawa głową z 7 m odzyskał prowadzenie dla Startu.
W 75 min po raz kolejny był remis. Tomasz Gołofit sprytnie przeniósł piłkę nad bramkarzem Startu i na ławce gości znowu zapanowała radość.
Trzynaście minut później piłkarze z Bełżyc zdobyli trzeciego gola. Po dośrodkowaniu Jarosława Bielaka, Cioch pokonał Sławomira Rycia strzałem w długi róg.
– Popełniliśmy karygodne błędy w obronie. To zadecydowało. Nie możemy grać w ten sposób, jeżeli chcemy odnosić zwycięstwa. W niedzielę dwa razy prowadziliśmy, ale wypuściliśmy trzy punkty z rąk.
To było nieodpowiedzialne zachowanie ze strony piłkarzy. Za tydzień gramy ze Stalą Kraśnik i mam nadzieję, że wrócimy na nasz normalny, solidny poziom – powiedział Jarosław Góra, trener Startu.
Tak blisko punktów Dwernicki Stoczek Łukowski w tym sezonie jeszcze nie był. Piłkarze Janowianki wyszli na boisko z przekonaniem, że z łatwością rozprawią się z outsiderem.
Zbyt mocno uwierzyli chyba jednak we własne umiejętności i zlekceważyli przeciwnika. W efekcie goście stworzyli sobie kilka dogodnych sytuacji i gdyby wykazali się większą skutecznością, mogliby nawet wygrać.
Rzeczywistość okazała się jednak całkiem inna. A jak wiadomo, niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. W 85 min z prawej strony dośrodkował Marcin Firosz, piłkę zgrał Mateusz Góra, a akcję strzałem głową z 7 m zamknął Piotr Gąbka.
Chwilę później było już 2:0. Gąbka zagrał prostopadłą piłkę, do Tomasza Sadowskiego, a ten strzelił obok bramkarza, ale trafił w słupek.
Przy dobitce był już jednak bezbłędny i przesądził o zwycięstwie Janowianki. W tej sytuacji bardzo mądrze zachował się Patryk Sadowski,, który pozostał na pozycji spalonej, ale nie biorąc udziału w akcji, umożliwił kolegom skuteczne jej wykończenie.
– To było nasze najsłabsze spotkanie w tym sezonie. Zagraliśmy po prostu fatalnie. W głowach chłopaków siedziało chyba to, że rywal nie ma na kocie ani jednego punktu. Myśleli, że zwycięstwo przyjdzie z łatwością.
Bzdura. Dwernicki okazał się bardzo wymagającym rywalem. Niewiele brakowało, a doznalibyśmy porażki. Dlatego zdobyte w niedziele punkty szczególnie mnie cieszą – podsumował Andrzej Wachowicz, szkoleniowiec Janowianki.
Huczwa Tyszowce nadal jest w gazie. "Biało-zieloni” pokonali Stal Kraśnik 2:0 i awansowali na pozycję wicelidera. W niedzielę więcej z gry mieli goście. Daniel Szewc i spółka sprawnie operowali piłką i rozgrywali akcje z klepki.
Ale cóż z tego, skoro to Huczwa strzelała bramki. Jacek Paszkiewicz mądrze ustawił zespół, nastawiając się na grę z kontry, wykorzystując szybkość Jurija Michalczuka.
Ukrainiec odwdzięczył się najlepiej jak potrafił. W 17 min z prawej strony dośrodkował Jacek Iwanicki, a Michalczuk wygrał główkowy pojedynek z Tomaszem Prasnalem i skierował piłkę do bramki gości.
Dwadzieścia minut później było już 2:0. Gol, jakiego zdobył Stanisław Anioł wprawił wszystkich w osłupienie.
Zawodnik Huczwy dośrodkował z 40 m z rzutu wolnego, a piłka minęła wszystkich w polu karnym, łącznie z golkiperem Stali i wpadła do bramki.
– Marcin tłumaczył się później, że zmylił go jeden z zawodników gospodarzy (Paweł Maliszewski – red.), który początkowo chciał strzelać, ale ostatecznie cofnął głowę.
Dzisiejszy mecz przypominał spotkanie z Lublinianką. Wtedy też prowadziliśmy grę, ale nie przełożyło się to na brakowe sytuacje – powiedział Jacek Nowoświatowski, szkoleniowiec Huczwy.
Wynik najlepiej odzwierciedla przebieg spotkania. Obie drużyny miały swoje szanse, ale ich nie wykorzystały.
Najlepszą okazję dla Lewartu zmarnował Marek Korzeniowski, który w decydującym momencie przeniósł piłkę nad bramka.
Z kolei szanse na zwycięstwo Włodawianki prysły wraz z niecelnym strzałem Pawła Rembiesy.
– Jestem zadowolony. Remis na obcym terenie to dla beniaminka zawsze sukces. Tym bardziej, że Lewart to drużyna, która u siebie nie zwykła przegrywać. A skoro tak, to trzeba było zrobić wszystko, aby w Lubartowie zremisować – powiedział Marek Drob, trener Włodawianki.
Zespołowi z Włodawy należą się wielkie brawa. "Niebiesko-czerwoni” przed sezonem skazywani byli na pożarcie, a tymczasem jak na razie spisują się zaskakująco dobrze.
W 8 spotkaniach zgromadzili 12 punktów i bliżej jest im do pozycji lidera niż do strefy spadkowej.
Gdzie byłby Orion, gdyby nie Andrzej Gutek? Doświadczony pomocnik po raz kolejny zapewnił zwycięstwo zespołowi z Niedrzwicy. Tym razem okazał się pewnym egzekutorem rzutu karnego i "biało-niebiescy” pokonali 1:0 Roztocze Szczebrzeszyn.
Gościom nie pomógł nawet nowy trener. W czwartek Krzysztofa Rysaka zastąpił Marek Pogódź, ale nie udało mu się przerwać czarnej serii Roztocza. Piłkarze ze Szczebrzeszyna nie wygrali już siedmiu meczów z rzędu!
– Sędzia nas oszukał. Nie chcę tego za bardzo komentować, ale moim zdaniem arbiter wypaczył wynik meczu. Karny z niczego. Wszyscy byli zbulwersowani.
Jestem jednak dobrej myśli. Brakuje nam trochę skuteczności i mamy problemy kadrowe, ale jestem przekonany, że gdy spędzę z zespołem więcej czasu, przyjdą efekty w postaci punktów – powiedział Pogódź.
Komentarze