Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama

Ta saga powstaje od ponad 50 lat. Rozmowa z Barbarą Rybałtowską

„Co tu po nas zostanie” to tytuł ostatniego już - jak zapewnia autorka - tomu powstającej od lat 60. ubiegłego wieku „Sagi”. Do jej napisania Barbarę Rybałtowską namawiał sam Jan Brzechwa. Powieść, której część rozgrywa się w Zamościu pokochała rzesza czytelników domagających się kolejnych tomów... i zachwycały się nią nawet zwierzęta
Ta saga powstaje od ponad 50 lat. Rozmowa z Barbarą Rybałtowską

Autor: Archiwum Barbary Rybałtowskiej

• Oddaje pani czytelnikom ostatni tom sagi, którą pisze pani od ponad 50 lat. To nieprawdopodobne!

- Zacznijmy od tego, że nigdy nie miałam pomysłu na Sagę. W ogóle nie sądziłam, że będę pisała. Jako bardzo młodą osobę, która nie bardzo jeszcze wie co będzie w życiu robić, ciągnęło mnie jednak do rejestrowania historii. Będąc w Zespole Pieśni i Tańca „Mazowsze” spotkałam Jana Brzechwę. Popisywałam się wtedy recytowaniem jego wierszyka. Wzruszył się, że tyle ich umiem i zaczął mnie obserwować. Mawiał, że ładnie opowiadam, więc powinnam zacząć pisać. A ja już miałam wtedy za sobą i próby pisarskie i tłumaczenia. Napisałam miedzy innymi opowiadania z mojego dzieciństwa w Afryce i odważyłam się dać je Brzechwie do przeczytania. Bardzo je pochwalił i poręczył mnie w ZAIKS-ie, w którego władzach wtedy był, aby mnie przyjęli w swoje szeregi. I tak to się zaczęło. Wydałam „Szkołę pod baobabem”, ale kolejny tom o Syberii, który stał się pierwszym, napisałam dopiero, gdy cenzura odpuściła. Nie byłam osobą tak znaną, żeby sobie z nią poradzić, czy wytoczyć jej walkę.

• Już po pierwszej powieści przyszły zachwycające recenzje. To było zaskoczeniem?

- To było miłe zaskoczenie i zachęta do dalszej pracy. Bardzo szybko ukazało się drugie wydanie. Zresztą wszystkie wydawnictwa, do których się zgłosiłam chciały mnie wydać.

• A nie było w tym trochę strachu? Pisze pani o historii, ale i swoich przeżyciach.

- To nie jest tak do końca. Owszem, głównymi bohaterkami jest moja mama, a potem ja. Przy czym zmieniłam swoje imię. Nie jest to też mój życiorys w skali jeden do jednego, ani nawet do dziesięciu. Moje odczucia i życie jest porozdawane różnym bohaterom książek. Ono jest wplecione, ale nie tam, gdzie ludzie myślą, że jest.

• A zatem zostawia sobie pani tajemnice.

- Oczywiście, że tak. Może tylko droga artystyczna bohaterki jest bardzo podobna do mojej, ale to tylko to. Pogłębiam swój życiorys. Rozdzielam go różnym bohaterom. Dodaję życie moje i mamy, ale i członków naszej rodziny i przypadkowo poznanych ludzi. Chciałabym w ten sposób sprawić, by książki były środkiem radzenia sobie z naszą historią. Czasami bardzo trudną i bolesną.

• Pomimo tragicznych zdarzeń, które są ich udziałem, pani bohaterkom udaje się przeżyć i zachować radość życia. Czy to jest tajemnica, która urzeka czytelników?

- Czytelnicy lubią moich bohaterów i po każdym tomie zmuszali mnie wręcz do opisania ich dalszych losów. I tak doszło do tomu ostatniego opisującego wydarzenia już z tego wieku. Tak sądzę, że to będzie tom ostatni z racji na mój wiek. Ale chce jeszcze napisać coś innego. Zamierzam stworzyć dość humorystyczną rzecz. Na razie jej jednak nie zapowiadam, bo nawet nie zaczęłam pisać, ale mam fajny pomysł.

• Kim pani jest: biografką, artystką, pisarką, malarką?

- Ja nie wiem. Malarką to nie mówmy tego poważnie. Bardzo lubię malować, ale nie mam żadnego w tym kierunku wykształcenia. Jeżeli już, to tylko wynikające z podglądania siostry, która studiowała na Akademii Sztuk Pięknych. To zajęcie wyłącznie dla przyjemności. Lubię za to scenę, czyli wymianę myśli. Robię na niej najczęściej to, co sama napisałam i otrzymuję szybki oddźwięk. To dodaje mi skrzydeł. Odradzam się jak pobędę trochę na scenie, ale ostatnio głównie piszę. Więc chyba jestem pisarką.

• Jak to pisanie wygląda w praktyce?

- Nie jestem bardzo systematyczna. Ponieważ długo obmyślam książkę, to jak siadam do spisywania to już leci. Mam ułożone wszystko w głowie, ale bywam zaskakiwana, bo po drodze zdarza się, że coś wymyślę. Bohater pójdzie nie w tym kierunku i nie to spotka go to, co dla niego przygotowałam. Rozwijają się różne mini akcje i to jest bardzo relaksujące. Tworzę jakiś świat i odrywam się w nim od własnych wielkich zmartwień.

• Ale nie odrywa się pani od wspomnień. A w nich jest między innymi Zamość.

- Bardzo miło go wspominam. Po zesłaniu wracaliśmy do Warszawy, ale do stolicy nas nie przyjęli, bo była zburzona i mnóstwo ludzi już tam było. Mama miała natomiast znajomego, który został potem jej partnerem życiowym, a który pochodził z okolic Zamościa - stąd wybór tego miasta. Miałam wtedy 9 lat i poszłam do 5 klasy, bo do takiej chodziłam w Afryce. Z tym, że chodziłam do szkoły przyspieszonej dla dzieci opóźnionych przez wojnę i Syberię robiłam po dwie klasy. Szybko mi więc nauka zleciała i matura i studia.

• Jak był ten powojenny Zamość?

- To było małe miasteczko z bardzo ładną architekturą, ale i ze straszną biedą. Mieszkaliśmy najpierw w domu noclegowym, który teraz został zburzony. To była wieża mieszkalna dla jakiejś straży, z której teraz zrobiono bramę przy fosie. Bardzo był ładny budynek. Potem mieszkaliśmy na poddaszu i wreszcie ojczym mój dostał mieszkanie w gmachu Prezydium Wojewódzkiego, gdzie pracował. Mieszkaliśmy z tyłu; od strony Kolegiaty. Z tym czasem wiążą się miłe wspomnienia. W szkołach wiodło mi się dobrze. Do tej pory mam z Zamościa przyjaciół. Spędziłam z nimi 6 lat. Potem, już po wyprowadzce, do Zamościa ciągle wracałam, bo moi rodzice tam długo mieszkali. Wracałam i potem. Na spotkania z czytelnikami. Na spotkania ze znajomymi kątami. Ciągle interesuje się tym, co w tym mieście się dzieje. Mam przyjaciółkę, z którą często rozmawiamy przez telefon. Jestem na bieżąco.

• Na bieżąco jest też pani z nowymi mediami.

- Kiedyś byłam bardziej aktywna na Facebooku. Media społecznościowe to wspaniała okazja na kontakt z czytelnikami. Ostatni rok przyniósł mi jednak śmierć męża i moją poważną chorobę, wiec udzielam się lapidarnie. Teraz staram się tam wrócić. Być może to dobre źródło dotarcia do młodszego czytelnika, chociaż wydaje mi się, że wiadomości o książkach rozchodzą się bardziej pocztą pantoflową. Ludzie czytają i polecają znajomym jeśli podoba im się opowiadana historia.

• I mówią, że się podoba na spotkaniach z czytelnikami

- To zawsze bardzo miłe spotkania. Kiedyś na takie spotkanie na Śląsku przyszła niewidoma pani, która znała moje książki z audiobooków. Bo ja wszystkie książki, które napisałam potem nagrywałam. I było zaskoczenie, bo pies przewodnik, piękny złoty labrador, jak tylko się odezwałam zaczął machać ogonem, podszedł i położył się koło mnie. Okazało się, że on był też moim wdzięcznym słuchaczem. Poznał mnie po głosie. Niestety: potem zaczęłam śpiewać i to go zdenerwowało. Odszedł. Widocznie lepiej pisze niż śpiewam.

Barbara Rybałtowska

Pisarka, aktorka estradowa, piosenkarka, a także autorka tekstów piosenek (m. in. „Nie było warto” z repertuaru Haliny Kunickiej czy „Sobą być”) i tłumaczka. Napisała kilkanaście powieści, w tym „Sagę bez pożegnania”, „Magię przeznaczenia”, „Kuszenie Losu” oraz wiele przekładów literatury rosyjskiej, a także kilka biografii i dwie sztuki teatralne („Próba u Poli Negri” oraz „Fantazyja Rybałtowska” nawiązująca do staropolskiej tradycji Rybałtów). Karierę artystyczną rozpoczęła w Zespole Pieśni i Tańca „Mazowsze”, w latach 60. i 70. śpiewała cygańskie i rosyjskie romanse w Paryżu, m.in. w słynnych kabaretach „Rasputin”, „Szecherezada” i „Carewicz”, a w Polsce pracowała m.in. w Teatrze Syrena, w „Podwieczorkach przy mikrofonie” i występowała na estradach całej Polski. Jej piosenki śpiewali tacy artyści jak Halina Kunicka, Sława Przybylska, Regina Pisarek i Marianna Wróblewska oraz Andrzej Rosiewicz. Przez lata prowadziła program „Mikrofon i Pióro” - wywiady prowadzone na żywo w warszawskich klubach i domach kultury, gdzie spotykała się z największymi postaciami polskiej sceny.

• Oddaje pani czytelnikom ostatni tom sagi, którą pisze pani od ponad 50 lat. To nieprawdopodobne!

- Zacznijmy od tego, że nigdy nie miałam pomysłu na Sagę. W ogóle nie sądziłam, że będę pisała. Jako bardzo młodą osobę, która nie bardzo jeszcze wie co będzie w życiu robić, ciągnęło mnie jednak do rejestrowania historii. Będąc w Zespole Pieśni i Tańca „Mazowsze” spotkałam Jana Brzechwę. Popisywałam się wtedy recytowaniem jego wierszyka. Wzruszył się, że tyle ich umiem i zaczął mnie obserwować. Mawiał, że ładnie opowiadam, więc powinnam zacząć pisać. A ja już miałam wtedy za sobą i próby pisarskie i tłumaczenia. Napisałam miedzy innymi opowiadania z mojego dzieciństwa w Afryce i odważyłam się dać je Brzechwie do przeczytania. Bardzo je pochwalił i poręczył mnie w ZAIKS-ie, w którego władzach wtedy był, aby mnie przyjęli w swoje szeregi. I tak to się zaczęło. Wydałam „Szkołę pod baobabem”, ale kolejny tom o Syberii, który stał się pierwszym, napisałam dopiero, gdy cenzura odpuściła. Nie byłam osobą tak znaną, żeby sobie z nią poradzić, czy wytoczyć jej walkę.

• Już po pierwszej powieści przyszły zachwycające recenzje. To było zaskoczeniem?

- To było miłe zaskoczenie i zachęta do dalszej pracy. Bardzo szybko ukazało się drugie wydanie. Zresztą wszystkie wydawnictwa, do których się zgłosiłam chciały mnie wydać.

• A nie było w tym trochę strachu? Pisze pani o historii, ale i swoich przeżyciach.

- To nie jest tak do końca. Owszem, głównymi bohaterkami jest moja mama, a potem ja. Przy czym zmieniłam swoje imię. Nie jest to też mój życiorys w skali jeden do jednego, ani nawet do dziesięciu. Moje odczucia i życie jest porozdawane różnym bohaterom książek. Ono jest wplecione, ale nie tam, gdzie ludzie myślą, że jest.


Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama