Andrzej Lenartowicz jest doskonale znany w lubelskim środowisku. Dawniej biznesmen, dziś – jak sam o sobie mówi – obywatel świata z wyboru. Z pasji uczynił swoje największe życiowe miłości: żeglarstwo i podróże. Motocyklem zjeździł pół świata – od Syberii po Route 66 w Stanach Zjednoczonych.
– Moja żeglarska przygoda zaczęła się dzięki kapitanowi Przemkowi Tarnackiemu, który założył w Gdyni Ocean Challenge Yacht Club. Organizuje on starty w systemie „pro-am”, czyli kilku zawodowców – w tym kapitan – oraz kilkunastu zapalonych amatorów, którzy chcą poczuć adrenalinę i naprawdę sportowe żeglarstwo – opowiada Andrzej Lenartowicz.
Wcześniej pływał głównie po wodach Morza Śródziemnego, jednak prawdziwa przygoda zaczęła się w 2018 roku.
– Najpierw były regaty Heinekena na Saint Martin, potem Saint Tropez. Przed Sydney–Hobart przepłynęliśmy też dwie regaty 600-milowe: Middle Sea Race na Malcie i Fastnet Race w Anglii – czyli słynną „Koronę Rolexa”. Brakowało nam tylko Sydney–Hobart. Mieliśmy to zrobić wcześniej, ale przeszkodziła pandemia – wspomina.
Jedne z najtrudniejszych regat świata
Regaty Sydney–Hobart liczą 628 mil morskich. Trasa wiedzie z Sydney na południe Morzem Tasmana wzdłuż południowo-wschodnich wybrzeży Australii, następnie przez owianą złą sławą Cieśninę Bassa, aż do Hobart na Tasmanii. To jedne z najbardziej wymagających i niebezpiecznych regat oceanicznych na świecie.
Takie wyzwanie wymaga profesjonalnego jachtu.
– Dzięki Przemkowi Tarnackiemu znaleźliśmy odpowiednią jednostkę – Volvo 70 „Noash II”, wcześniej startującą w regatach Volvo Ocean Race. To nie są jachty turystyczne, lecz żeglarskie bolidy Formuły 1 – podkreśla Lenartowicz.
Załogę wspierali światowej klasy zawodowcy.
– W tym roku mieliśmy absolutną czołówkę: Briana Thompsona, jednego z najlepszych brytyjskich żeglarzy, czterokrotnego samotnego opływacza świata i rekordzistę prędkości, oraz Martina Strömberga ze Szwecji – czterokrotnego uczestnika Volvo Ocean Race, w tym raz zwycięzcę – dodaje.
Sztorm od pierwszych mil
– Przed startem byliśmy nastawieni optymistycznie. Prognozy zapowiadały, że najgorsze warunki spotkamy dopiero w Cieśninie Bassa. Niestety pogoda całkowicie się odwróciła. Przez niemal dwie doby kontynent australijski nie chciał nas wypuścić – opowiada Lenartowicz.
Przez 46–48 godzin załoga walczyła w sztormie, halsując z wiatrem prosto od dziobu.
– Już na początku straciliśmy dwa główne żagle – grota i foka J1. Musieliśmy przejść w tryb awaryjny i postawić żagle sztormowe. Spadliśmy z 10. na 57. miejsce spośród ponad 120 załóg – relacjonuje.
Pojawił się dylemat: wracać czy płynąć dalej.
– Przemek podjął decyzję: płyniemy wolniej, ale do celu – mówi Lenartowicz.
Codzienność na jachcie to czterogodzinne wachty i walka z własnymi słabościami.
– Jedzenie to liofilizaty zalewane wrzątkiem, toaleta bez intymności, ubranie warstwowe plus sztormiak po pachy. Przez pierwsze dwa dni byliśmy przemoczeni i przemarznięci. Spaliśmy w kojach z palcami w ustach, żeby ogrzać dłonie. To ekstremalne wyzwanie, ale też ogromna satysfakcja – podkreśla.
Chwila wytchnienia i finał w sztormie
Paradoksalnie Cieśnina Bassa, która miała być najtrudniejszym egzaminem, dała załodze chwilę oddechu.
– Wyszło słońce, pojawiły się delfiny, postawiliśmy genakery o powierzchni 450 m² i popłynęliśmy 20 węzłów. Nocą Droga Mleczna, za dnia słynne Skały Organowe – marzenie każdego żeglarza – wspomina.
Spokój nie trwał jednak długo. W Zatoce Storm Bay znów uderzył sztorm.
– Fale przekraczały pięć metrów, wiatr dochodził do 40 węzłów. Siedzieliśmy na balaście, wisząc na relingu, całkowicie przemoczeni. Karbonowy jacht trzeszczał, pracując na granicy wytrzymałości – opowiada.
Załoga dopłynęła do mety na 20. miejscu.
– Odrobiliśmy straty dzięki Cieśninie Bassa i dzięki temu, że Przemek potrafił zebrać nas w całość. Najważniejsze było bezpieczeństwo. Czternastu amatorów w 20-osobowej załodze – i daliśmy radę. To największa satysfakcja – podsumowuje.
Na mecie wielu żeglarzy miało łzy w oczach.
– 20. miejsce na niemal 130 jachtów to bardzo dobry wynik. Brian Thompson twierdził, że bez straty żagli moglibyśmy być w pierwszej dziesiątce, ale morze nie uznaje „gdybania” – kończy Andrzej Lenartowicz.
















Komentarze