Zaczęło się od plotek o miejscowych źródełkach, które zasilały pobliskie stawy. W XIX wieku okoliczni mieszkańcy nie mogli się nachwalić doskonałej jakości tutejszej wody. Niektórzy mówili wprost, że woda ze źródełka skutecznie wyleczyła ich z różnych chorób i dolegliwości. Nic dziwnego, że wkrótce zaczęli tu przyjeżdżać mieszkańcy Lublina. Chcieli sprawdzić, czy rzeczywiście te pogłoski są prawdziwe.
Wieść o cudownych właściwościach okolicznych wód rozeszła się lotem błyskawicy. O Sławinku zrobiło się głośno. Coraz więcej osób dostrzegło też turystyczne walory tego miejsca, które wkrótce stało się jednym z ulubionych przez Lublinian. Na początku XX wieku wiele przewodników turystycznych zachęcało do odwiedzenia Sławinka i zażywania leczniczych kąpieli.
Sławinek był wówczas niewielką wsią nad Czechówką, położoną w małej kotlinie otoczonej wzgórzami. Sielankowy krajobraz zachęcał do wypoczynku.
WODA ZE ZNAKIEM JAKOŚĆI
Lubelscy aptekarze, do których również dotarły wieści o wyjątkowych zaletach wody sławinkowskiej byli jednomyślni – analiza jej składu nie pozostawiała złudzeń. Był podobny do wody nałęczowskiej, która cieszyła się już wtedy dużym powodzeniem. Ta ze Sławinka według wielu nie ustępowała jakością nawet wodom pochodzącym ze znanych, zagranicznych uzdrowisk.
Wydawało się, że teren Sławinka może stać się wkrótce żyłą złota. Nic dziwnego, że już na początku XIX wieku powstał tu pierwszy „zakładzik kąpielowy” – na wzór Nałęczowa. Był dogodnie położony – niedaleko miasta, w pobliżu głównego traktu na Warszawę.
Przez kolejne lata Sławinek cieszył się coraz większą popularnością. Przyczyniły się do tego kolejne badania wody, potwierdzające, że mają one rzeczywiście właściwości lecznicze. Taką też opinię wydali lekarze. Wkrótce było tylu chętnych do korzystania z terapeutycznych kąpieli, że kolejny właściciel Sławinka – Stanisław Mędrkiewicz postanowił zbudować w tym miejscu łazienki wyposażone w wanny dla kuracjuszy. Niektóre podgrzewane parą. Miał to być początek zawrotnej kariery przyszłego uzdrowiska pod Lublinem.
CUDOWNE UZDROWIENIE
Największą i do tego darmową reklamę sławinkowskim wodom zrobił jednak pewien lekarz powiatowy, który w lokalnej gazecie opisał swój przypadek. Od lat cierpiał na paraliż nóg. Nie pomagały mu żadne lekarstwa ani nawet drogie pobyty w zagranicznych sanatoriach. Objawy ustąpiły po zażyciu kąpieli w wodach ze Sławinka. Jego artykuł o cudownym uzdrowieniu odbił się szerokim echem nie tylko w Lublinie, ale w całym kraju.
Inni lekarze również dostrzegli lecznicze właściwości tych wód i domagali się wręcz, żeby wykorzystywać je do celów zdrowotnych. Najlepiej jeszcze jako wody gazowane. Jeden z nich, niejaki dr Zapasiewicz ubolewał, że Polacy wydają pieniądze w zagranicznych uzdrowiskach, nie wiedząc, że tuż pod nosem podobne możliwości leczenia stwarza Sławinek.
Stanisław Mędrkiewicz próbował zrobić z tego miejsca prawdziwe, tętniące życiem uzdrowisko. Częściowo mu się to udało. Powstały place zabaw, alejki, sadzawki, po których można było pływać łódkami. Postawiono również kilka domków mieszkalnych dla pensjonariuszy, a z czasem budynek kąpielowy z 16 łazienkami. Każda była wyposażona w sofę, stolik, lustro i dywanik. W łazienkach znajdowały się dwa rodzaje wanien: cynkowe oraz drewniane, ale wykończone cynkiem. Na życzenie tak zwany łazienny wypożyczał grzebień i ręcznik.
NIETRAFIONE INWESTYCJE
Ówczesna prasa poświęcała sporo miejsca Sławinkowi. Co jakiś czas ukazywały się też ogłoszenia o sprzedaży kolejnych działek. Chętnych nie brakowało. Niektórzy zwietrzyli interes, że wraz z rozwojem uzdrowiska, ceny nieruchomości będą rosły. Nie do końca to się jednak sprawdziło.
Kuracjuszy z roku na rok przybywało. Nawet 10 tysięcy rocznie. Sławinek ożywił się także dzięki dość sprawnej jak na tamte czasy komunikacji. Oprócz zakładowego omnibusu, który kursował kilka razy dziennie (wyruszał spod cukierni Semadeniego przy Krakowskim Przedmieściu) pojawiły się też liczne dorożki i powozy. Rzadko jeździły puste. Chętnych nie brakowało.
Sławinek z roku na rok był coraz chętniej odwiedzany przez kuracjuszy i spacerowiczów. Chwalili sobie nie tylko piękne widoki, czyste powietrze, ale również smaczną kuchnię w uzdrowiskowej restauracji. Dwa razy w tygodniu odbywały się tu koncerty, a uzdrowisko tętniło życiem.
W pogodny dzień oblegane były wszystkie ławki w parku, a ulubionym miejscem wypoczywających było wzniesienie, z którego rozlegała się panorama miasta. Kuracjuszy przyciągało nie tylko urokliwe położenie uzdrowiska, ale również niewygórowane ceny za oferowane usługi. O Sławinku mówiło się przez długi czas, że jest jednym z najtańszych miejsc kuracyjnych w kraju. Ale jednak nie do końca docenionym.
Na miejscu znajdowały się dwa źródła, niedaleko których ustawiono altanę, gdzie goście mogli zasiąść z książką w ręku lub ręcznymi robótkami. Jedno ze źródeł – mniejsze – nazywano źródłem „Kazimiery”. Za altaną zbudowano nawet proste przyrządy do ćwiczeń gimnastycznych – ówczesną siłownię na świeżym powietrzu. Z czasem zwiedzający uzdrowisko mogli też korzystać z nowej atrakcji – wędkowania w pobliskim stawie. Karpi było w bród.
PORAŻKA Z NAŁĘCZOWEM
W okresie największego rozkwitu uzdrowiska zbudowano tu trzy wille oraz hotel z 32 pokojami. W nim znajdowała się także restauracja, sala bilardowa i balowa, w której odbywały się regularne spotkania towarzyskie przy akompaniamencie fortepianu. Zdrój Sławinek, bo tak się nazywało uzdrowisko oferował gościom nie tylko kąpiele borowinowe i rzeczne, ale także wody mineralne, mleko, a nawet serwatkę. Przyjeżdżali tu przede wszystkim cierpiący na niedokrwistość, choroby kobiece i nerwowe. Lekarze zalecali również sławinkowską wodę na leczenie impotencji oraz hipochondrii. Pod koniec lat 80. XIX w. kuracjusze mogli korzystać z kuracji mlecznych z wykorzystaniem, m.in. kefiru i kumysu. Jedynym minusem, na który żalili się kuracjusze to brak na miejscu apteki i lekarza.
Uzdrowisko od początku miało pod górkę. Najpierw pożar w 1896 roku zniszczył restaurację oraz salę taneczną, potem spustoszenia na Sławinku dokonały wojska austriackie, które zajęły Lublin w 1915 roku. Poważnie uszkodzone zostały wówczas ujęcia wody i domy kąpieliskowe, a zaniedbane źródła nie nadawały się do użytku. Uzdrowisko przegrało również konkurencję z pobliskim Nałęczowem, który już wtedy miał międzynarodową renomę. Niektórzy zarzucali również uzdrowisku, że jego właściciele nie zadbali jednak o skuteczną reklamę. W latach międzywojennych Sławinek coraz bardziej podupadał, a kolejni właściciele notowali same straty finansowe.
SŁAWINKOWSKIE KARTY HISTORII
„Ziemia Lubelska” z 6 kwietnia 1910 r.: Sławinek odległy o parę wiorst od Lublina i mający źródła żelaziste, a przy tem piękne położenie, jest już od kilku lat dosyć uczęszczany. Ma wprawdzie tę przykrą stronę, że znajdujące się w stanie zaniedbania źródła i park bardzo zagęszczony, dają dużo wilgoci, wskutek tego całe roje komarów znęcają się nad szukającemi wytchnienia; posiada jednak Sławinek tę wygodną stronę, że jest ze względu na bliską odległość od miasta, dostępnym dla tych, którzy na stałe wyjechać nie mogą.
O samym Sławinku w „Ziemi Lubelskiej” z 7 lipca 1913 r. napisano: „Sławinek, który nie tak jeszcze dawno cieszył się ogromną frekwencją letników i kuracjuszów, obecnie coraz bardziej pustoszeje. Powodem tego jest niestaranne utrzymanie tak parku jak i zakładu. W parku w ostatnich czasach zniszczono wiele pięknych drzew (...)
W okresie międzywojennym o Sławinku wspominano jedynie sporadycznie. Figurował jeszcze w kalendarzach lekarskich i farmaceutycznych w 1930 roku, choć prasa od jakiegoś czasu nazywała go już tylko letniskiem. 27 lipca 1930 r. ukazał się w „Ziemi Lubelskiej” artykuł dotyczący propozycji zrealizowania ośrodka zdrowia, czyli czegoś na kształt centrum sportów właśnie na Sławinku. Ilustrowany przewodnik po Lublinie z 1931 r. odnotował: „Obecnie łatwo już dojechać autobusem miejskim do Sławinka. Po zejściu od przystanku autobusowego szosą w dół aż do Czechówki, przecinającej szosę w tem miejscu, ujrzymy na prawo w kępie drzew dworek dosyć opuszczony, w którym kiedyś gospodarzył stryj Tadeusza Kościuszki, a mieszkał w nim i sam Naczelnik podczas pobytu w Lublinie. W ogrodzie należącym do dworku, źródło wody mineralnej, szczawy żelazistej, zupełnie jednak zaniedbane i nieeksploatowane”.
W lutym 1935 r. uzdrowisko próbowało jeszcze ratować Stowarzyszenie Inżynierów w Lublinie. Skończyło się jednak jedynie na planach.
Podczas drugiej wojny światowej Niemcy zbudowali na terenie Sławinka restaurację „Lindenhorst”, którą po wojnie przerobiono na kolonię dla dzieci. Prawdopodobnie mieścił się tu również ośrodek rekonwalescencji dla niemieckich żołnierzy; okupanci nie oszczędzili jednak parku zdrojowego i wycięli większość zabytkowego drzewostanu.
Do 1946 roku Zakład Leczniczy na Sławinku należał do Zofii Rudnickiej, córki Jana, który w okresie międzywojennym był właścicielem majątku Sławinek. Ostatnią właścicielką Zakładu Leczniczego na Sławinku była Zofia z Mędrkiewiczów Rudnicka, córka Jana, właściciela Sławinka. W 1946 roku cały majątek rozparcelowano na mocy reformy rolnej. Źródełka, z których słynęło dawne uzdrowisko, wyschły w latach 60. po wybudowaniu dla potrzeb mieszkańców studni głębinowej w pobliskiej Woli Sławińskiej, a po dawnych budynkach sanatoryjnych pozostały dziś jedynie stare fotografie i ryciny.

















Komentarze