* Co masz na myśli nazywając siebie "Znanym Alkoholikiem"?
- Kiedy zdecydowałem się na terapię wiedziałem, że będzie mnie obowiązywała reguła anonimowości. Natomiast ja od początku miałem z tym problem. Nie było dla mnie wstydem przyznanie się do alkoholizmu. To znaczy początkowo było, ale w momencie kiedy uznałem bezsilność wobec alkoholu kwestia nazwania siebie alkoholikiem przestała być dla mnie problemem. Dla mnie wstydem było to, że przez tyle lat nic z tym nie zrobiłem. Kiedy zapisałem się na terapię w rozmowach ze znajomymi mówiłem o tym otwarcie. Wydaje mi się, że ja to robiłem dla siebie, a właściwie robiłem to dla świętego spokoju.
* Co to znaczy: dla świętego spokoju?
- Przy jakichkolwiek pytaniach w trakcie spotkań z ludźmi informowałem o swojej chorobie. Dzięki temu nikt nie namawiał mnie do spożywania. Kiedy wytrzymałem pierwszy rok bez alkoholu, powiedziałem sobie, że jeżeli wytrzymam kolejny to przyznam się światu do mojego uzależnienia publicznie.
* Udało się.
- Tak, tak. Wytrzymałem. Na początku trzeba wytrzymać z niepiciem, ale o tym powiem później. No i wytrzymałem dwa lata. 26 stycznia 2025 roku zrobiłem coming out w moich mediach społecznościowych. Zrobiłem to z dwóch powodów. Głównym było publiczne zrzucenie z siebie ciężaru anonimowości, a drugim była książka, którą w tym czasie pisałem. No bo jak miałbym wydać książkę o alkoholizmie, będąc anonimowym alkoholikiem? No nie da się.
* Skąd w ogóle wziął się pomysł na taką książkę?
- Próbuje sobie przypomnieć, jak to było z tym pisaniem. Na terapii pisaliśmy dużo prac. Ja swoich przemyśleń nie pozostawiam w głowie, tylko się nimi dzielę publikując je w mediach społecznościowych. Ludzie często mówili mi, żebym napisał jakąś książkę. W pewnym momencie, kiedy już poprawiało się moje życie, będąc na terapii postanowiłem, że mogę się tym podzielić. A jeżeli komuś pomogę to będzie to oddanie dobra, które ja dostałem. Książka jest formą dziennika z mojego pobytu na terapii. Opisuję w niej, jak wygląda terapia. O czym się uczyłem. Ale najważniejsze jest to, jak się zmieniałem. Tu nie ma udawania. Jest płacz. Jest śmiech. Są złe i dobre dni. Wszystko jest prawdziwe bo jest trzeźwe. Pokazuję, jak zmienia się moja świadomość i cały ja. Pokazuję, że można pójść do przodu. Trzeba porzucić strefę komfortu, żeby odnaleźć siebie na nowo i rozpocząć lepsze życie.
* Jak wyglądało twoje picie? Pamiętasz, kiedy się zaczęło, jak się zmieniało?
- Pierwsze świadome kontakty z alkoholem w celu osiągnięcia określonego skutku rozpocząłem w wieku szesnastu lat. To były imieniny brejdaka. Musi być „brejdaka”, bo przecież z Lublina jestem. Dali mi i koledze spróbować wina. Nie podejrzewali, że nie skończy się na skosztowaniu, tylko na wypiciu znacznej ilości. To był pierwszy raz, kiedy zerwał mi się film. Potem już poszło z górki. Czas osiemnastek, czyli czas testowania się z alkoholem. Kto ile wypije i co będzie się działo. Ja od początku lubiłem się upijać w myśl zasady: Im więcej wypiję, tym lepiej będę się bawił. Potem okres studiów, pierwszych prac. W tym okresie bardzo dużo i bardzo często piłem. Natomiast ciągle to było picie towarzyskie. To znaczy byli ludzie, którzy ze mną pili. Picie, chociaż bardzo ryzykowne, ale jeszcze z ludźmi. Kulminacyjny moment nadszedł myślę pewnie koło czterdziestki, kiedy już miałem dużo mniej energii na spotykanie się z ludźmi. W tym okresie odezwała się depresja, którą dodatkowo zapijałem. Spotykałem się ze znajomymi, jednak nie było to konieczne do sięgania po alkohol. Czasy covidu i picia online też do tego się przyczyniły. Zacząłem się mocno upijać, żeby się odciąć od życia.
* Co straciłeś przez picie?
- Odpowiem trochę przewrotnie. Nie wiem do końca co straciłem przez picie, bo nie wiem, jak by ono wyglądało bez alkoholu. Kiedy teraz powracam myślami to mogę sobie wyobrazić jakby to życie wyglądało. Jakbym chciał żeby wyglądało. Normalne relacje z bliskimi i dalszymi. Wiesz, to łatwo powiedzieć co się straciło. Zaufanie żony i bliskich. Zawiedzenie znajomych czy nawalanie w pracy. Dobra materialne. Tylko spójrzmy na to inaczej. Czy ja w ogóle bym żył? Może frustracje, nieśmiałość i potrzeba akceptacji doprowadziłyby mnie w jeszcze gorsze miejsce niż sobie zafundowałem pijąc alkohol. Jak sięgam pamięcią, to najbardziej mi szkoda wspólnych wakacji z żoną na których za bardzo koncentrowałem się na alkoholu. Niektórych moich wyjazdów praktycznie w ogóle nie pamiętam, bo ciągle byłem na rauszu.
* Czy ludzie widzieli, że masz problem? Czy reagowali?
- Moja żona i mój ojciec próbowali reagować. Często mi robili wyrzuty. Natomiast nie za bardzo na mnie to działało. No bo jak mam coś zmienić. Jak mam żyć bez alkoholu. No przecież się nie da. No właśnie. Z alkoholem nie da się żyć i bez niego też nie da się żyć. Takie było moje myślenie.
* A znajomi?
- Ze znajomymi to jest tak. Z kim przystajesz takim się stajesz. Ja miałem jeszcze lepiej. Ludzie mojego pokroju lgnęli do mnie. Ze mną zawsze było mocno i wesoło. Raz ja przesadziłem, raz ktoś inny. To było na porządku dziennym. Tylko nie wiem dlaczego nasze żony się czepiały. To też jest ciekawe. Każda żona widzi jak jej mąż się upija. Upity mąż koleżanki jej nie przeszkadza. Pamiętam, kiedy zacząłem informować znajomych o rozpoczęciu terapii często słyszałem zawieszenie w słuchawce. Wiesz, ta myśl: Ale jak to? Przecież on pije tak jak ja. No pił, pił, ale miał już dość. Jeden z kolegów mówi do mnie: Ja na serio myślę, że ty nie masz problemu. Tak mógł myśleć. Bo dużo moich razów było sam na sam w domu.
* Jak to się stało, że sięgnąłeś po pomoc?
- Kilka lat przed podjęciem decyzji zacząłem o tym myśleć na poważnie. Wyobraź sobie mnie leżącego na kacu albo pijanego słuchającego podcastów o uzależnieniach. To było jak wołanie o pomoc. Problem był jeden. Jak pożegnać się z alkoholem? Jak bez niego żyć? Kilka lat zajęło mi to myślenie.
* Jak trafiłeś na terapię?
- Sięgnąłem dna. Mojego dna. Kiedy żona pojechała na kilka dni do mamy, wpadłem w mój pierwszy i ostatni ciąg alkoholowy, który trwał 6 dni. Siedziałem w domu i piłem sam ze sobą. Pamiętam,że wróciła w środę do domu i zobaczyła mnie w opłakanym stanie. A ja tego dnia już nie miałem siły pić. Siadłem i się rozpłakałem. Powiedziałem, że się poddaję i muszę z tym skończyć. Następnego dnia przyjechał mój brat i zadzwoniłem przy nich na Karłowicza do Ośrodka Leczenia Uzależnień. Do tej pory pamiętam jak byłem szczęśliwy, że to zrobiłem. Wreszcie!
* Opowiedz o terapii na Karłowicza.
- Wiedziałem, że sam sobie nie poradzę. Wiedziałem też, że chcę iść na terapię grupową. Potrzebuję podzielić się z ludźmi moim problemem. Trafiłem do grupy popołudniowej. Oczywiście najpierw musiałem być zakwalifikowany, ale z tym nie miałem problemu. Grupa wstępna odbywała się trzy razy w tygodniu. Trwała około 3 miesięcy. Na niej dostałem podstawową wiedzę o chorobie i narzędzia, jak rozpoznawać swoje stany i jak sobie z nimi radzić. Druga grupa to była destrukcja. Na niej pisaliśmy prace o wszystkim co dotyczyło naszego picia. Dostawaliśmy też informacje zwrotne do naszych prac od terapeutów i uczestników. Trwała ona około 9 miesięcy, jeżeli ktoś sumiennie podchodził do pisania prac. Odbywała się dwa razy w tygodniu. Jedna i druga grupa to terapia podstawowa. Jak dokładnie wygląda opisałem w mojej książce. Ukończenie jej zajęło mi 13 miesięcy. Poza terapią grupową uczęszczałem raz w tygodniu na terapię indywidualną oraz byłem pod opieką psychiatry.
* Co dała ci terapia? Jak cię zmieniła?
- Dała mi nowe życie, a raczej szansę na nowe życie. Dała mi wiele ciężkich chwil. To nie jest łatwa droga. To jest bardzo ciężki czas. Mozolne wychodzenie z nałogu. Niekiedy walka z każdym dniem. Dopiero po jakimś czasie pojawia się światełko w tunelu i pierwsze uśmiechy. Potem pojawiają się znowu mury, a potem je rozbijamy. Z czasem jest coraz łatwiej. Sinusoida naszych nastrojów się wypłaszcza, więc jest lepiej. No ale znowu brakuje nam tych wystrzałów dopaminy. Długo musiałem się uczyć, że przy pozytywnych emocjach dochodzę do jakiegoś punktu i dalej już nie podskoczę. Trzeźwa niedziela – to był moja największa radość na początku. Z czasem się do niej przyzwyczaiłem, ale tak, niedziela to był taki moment, kiedy miałem dzień dla siebie, a nie dzień na kaca albo na klina. Zacząłem tworzyć wspomnienia na trzeźwo. Poszedłem na koncert, na którym słyszałem muzykę i widziałem artystę. Poszedłem na imprezę techno gdzie wiedziałem, że jak już się nasycę muzyką i tańcem to mogę pójść do domu. Trzeźwe postrzeganie świata. Wyjście z bańki iluzji. Przeżywanie całym sobą. To mi dała terapia.
* Gdzie jeszcze szukałeś pomocy? Grupy AA, fora internetowe, dodatkowa terapia?
- Początkowo, jak wspomniałem, słuchałem podcastów w internecie. To było zanim jeszcze dotarłem na terapię. Jeżeli chodzi o AA to w ramach pracy domowej dotarłem na miting, ale ta koncepcja kompletnie mi nie przypasowała i zostałem tylko przy zajęciach grupowych i terapii indywidualnej w ośrodku. Generalnie wystarczało mi to, co dostawałem od terapeutów i ludzi z grupy, chociaż pamiętam okresy w których nałogowo zacząłem słuchać znowu podcastów w internecie.
* Jak to u nałogowca!
- Tak, jak to u nałogowca! To słuchanie przypominało kolejny nałóg. W sumie w początkowej fazie nic innego nie robiłem poza pracą, spaniem i krążeniem wokół tematyki alkoholowej. Natomiast miałem też okresy przesytu i wtedy pozostawałem przy samej terapii. W tym momencie co jakiś czas uczestniczę w mitingach AA, bo uważam, że jak się poczuję za dobrze to dla bezpieczeństwa pójdę i sobie przypomnę, że jestem alkoholikiem.
* Czym zastąpiłeś picie? Bo często jest tak, że jeden nałóg zastępuje drugim.
- To bardzo mocno się zmieniało w perspektywie czasu. W początkowej fazie poszedłem mocno w słodycze. Cukier dawał to ukojenie po stracie którego tak bardzo potrzebowałem. Drugim nałogiem stał się telefon. Godziny bezsensownego klikania w gierki, przewijania mediów społecznościowych i ciągłe czytanie wiadomości z kraju i ze świata. Im więcej tym lepiej, byleby zająć głowę. Pierwszy rok był ciężki. Plan był taki, żeby przeżyć. W kolejnym z kolegą z terapii zaczęliśmy chodzić na siłownię. Nie stało się to moim nałogiem, ale jednak dało mi rutynę w której dobrze się czułem. A, i papierosy. Większość ludzi odstawiając alkohol później odstawia też papierosy. U mnie było i jest odwrotnie. Kiedyś paliłem tylko przy alkoholu, więc raz paliłem, a raz nie. Teraz palę codziennie. Nie są to jakieś duże ilości, bo kilka sztuk, ale jednak weszło mi to w nawyk. Strasznie się bronię przed nałogowością w tym co robię, bo jednak widzę mechanizmy potrzeby więcej i więcej. A z przyjemnych nałogów jest pisanie. Po napisaniu pierwszej książki piszę dalej.
* Co myślisz o pojęciu "wysoko funkcjonujący alkoholik"? To o tobie?
- Tak, to określenie idealnie do mnie pasuje. Pewnie dlatego też miałem problem z dotarciem na terapię. Ja piłem tylko w weekendy. W ciągu tygodnia ciężko było mnie wyciągnąć nawet na jedno piwo. Miałem tryb pracy i tryb weekendu gdzie musiałem się odciąć od pracy. Kiedy miałem ciężki weekend i w poniedziałek słabo się czułem, potrzeba nadrabiania straconego czasu na picie była bardzo silna. Dlatego pracowałem całymi dniami i wieczorami też siedziałem przy komputerze robiąc rzeczy do pracy. Był tryb praca i tryb weekendowy reset. Kiedy zdarzyło się, że całkiem zawaliłem poniedziałek, wtedy bardzo karciłem siebie i pracowałem jeszcze mocniej. To było niesamowite, jak bardzo potrafiłem się spiąć wiedząc, że w perspektywie jest napicie się w weekend. A podświadomie starałem się zrobić jak najwięcej do końca tygodnia, bo wiedziałem, że w poniedziałek mogę słabo się czuć.
* Czy twoim zdaniem w Polsce odgórnie powinien obowiązywać zakaz sprzedaży alkoholu po godz. 23. łącznie ze stacjami benzynowymi?
- W Polsce przede wszystkim jest za dużo miejsc w których można kupić alkohol. Już tylko na poczcie chyba go nie ma. Ostatnio widziałem go nawet w drogeriach. Jest wszędzie. Kiedy kilka lat temu byłem z żoną na weekend w Poznaniu, pamiętam jak bardzo się oburzyłem, że nie mogłem kupić alkoholu po godzinie 22.00 w obrębie starego miasta. No, ale dzięki temu poszliśmy na jednego drinka i do hotelu spać. Więc zakaz zadziałał tak, jak powinien. Jestem za zakazem sprzedaży alkoholu po 23. Jestem za zakazem sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych. Jestem za ograniczeniem ilości miejsc, w których jest on dostępny. I nie chodzi tu o rozumienie wolności, tylko o zdrowie nas i bliskich, bo nie oszukujmy się. Kto o 2 rano kupuje alkohol, żeby napić się przysłowiowej lampki wina? Jest on kupowany w ograniczonej świadomości i w celu upojenia się do cna.
* Jak się żyje bez alkoholu?
- Człowiek ma tę umiejętność, że szybko zapomina to, co złe. Często się nad tym zastanawiam. Czasem w ciężkich momentach myślę, że było łatwiej kiedy on był. Na szczęście szybko jestem w stanie sobie wytłumaczyć, że to nieprawda, bo przypominam sobie tylko ten moment kiedy alkohol zaczynał działać, a nie pamiętam, ile potem było cierpienia.Jak się żyje bez alkoholu? Na pewno bardziej świadomie. Na pewno spokojniej. Bez wariactw, które po nim odchodziły. To życie jest inne. Bardziej stabilne. Bardziej moje. Bardziej jest życiem, niż było kiedyś. Kiedyś było przeżyciem od weekendu do weekendu. A, i najważniejsze. Trzy lata już nie piję i pamiętam każdy dzień z tego okresu.
* Mnóstwo ludzi, którzy piją, ćpają lub mają inne uzależnienie przeczyta tę rozmowę. Gdybyś miał im przekazać jedno zdanie – jedno kluczowe zdanie – co by to było?
- To nie zdanie, to pytanie: Ile jeszcze chcesz szorować dupą po dnie?
Gdzie szukać pomocy:
Ośrodek Leczenia Uzależnień SP ZOZ w Lublinie przy ul. Karłowicza 1
Dzienny Oddział Terapii Uzależnienia od Alkoholu
Numer telefonu: 81 534 74 04
mail: [email protected]
Przychodnia Terapii Uzależnienia od Alkoholu i Współuzależnienia
Numer telefonu: 81 532 13 82
mail: [email protected]
Przychodnia Leczenia Uzależnień
Numer telefonu: 81 532 29 79
mail: [email protected]

Więcej o książce -> https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5205502/nowy-rok

















Komentarze