Tytułowy napis widnieje na tabliczce, którą można było zobaczyć na Motor Lublin Arenie w sektorze F1 w jedenastym rzędzie, na miejscu zajmowanym przez całą rundę jesienną przez najstarszego kibica nie opuszczającego piłkarskich spotkań żółto-biało-niebieskich. To miejsce już zawsze będzie tylko Jego. Podczas inauguracyjnej potyczki Motoru z Pogonią Szczecin pozostawało wolne…
Dzięki właśnie Motorowi ponad pół wieku temu miałem zaszczyt poznania Doktora i zaprzyjaźnienia się z nim. Wspólne przeżywanie wielu sportowych wydarzeń we wszystkich niemal dyscyplinach tu na miejscu. Wyjazdy na mecze Motoru, za czasów prowadzenia go przez Bronisława Waligórę, Lesława Ćmikiewicza czy Pawła Kowalskiego. Wspólne z Włodzimierzem Kosackim, Maciejem Latalskim eskapady do Ostrowca, kiedy KSZO grał w ekstraklasie, a u nas była piłkarska posucha. A później systematyczna obecność (również z Jerzym Buchlińskim) na meczach Górnika Łęczna cementowały nasze wzajemne relacje.
ZAKOCHANY W BOKSIE
W latach swojej młodości bardzo interesował się boksem, kiedy nasze pięściarstwo było światową potęgą. Jeździł po Polsce na ważniejsze imprezy. Uczestniczył też jako kibic w tak udanych dla nas piłkarskich mistrzostwach świata w 1974 roku w Niemczech, gdzie „Orły Górskiego” zajęły trzecie miejsce.
W kilku ostatnich latach Staszek swoją obecność ograniczał do spotkań piłkarskich, głównie Motoru, ale interesowało Go wszystko, co w lubelskim - i nie tylko - sporcie się działo, o czym systematycznie dyskutowaliśmy, także telefonicznie. Często na bieżąco oglądając programy telewizyjne dzwoniliśmy do siebie wymieniając uwagi i opinie.
Ostatnie, niemal codzienne rozmowy toczyliśmy, kiedy Staszek był w szpitalu, gdzie nie miał możliwości oglądania telewizyjnych programów sportowych, a niezależnie od doskwierających mu coraz bardziej dolegliwości, zainteresowanie sportem niezmiennie przejawiał.
O MOTORZE – BEZ KOŃCA
O Motorze mógł rozmawiać nieskończenie. Kiedy ta nasza drużyna znajdowała się w niższych klasach, zwykle wspólnie udawaliśmy się na mecze, ale od ubiegłorocznego awansu do ekstraklasy moje zawodowe obowiązki pisania sprawozdania z przebiegu spotkania i relacji z pomeczowych konferencji prasowych sprawiają, że opuszczam stadion dopiero około dwóch godzin po końcowym gwizdku sędziego. Dlatego ja zasiadam na trybunie prasowej, a Staszkowi najczęściej towarzyszył, już na trybunie F, Jerzy Świątkiewicz.
Do moich jednak obowiązków należało przekazanie Doktorowi tego co mówili trenerzy, więc wsiadając do samochodu, nawet jeśli było to tuż przed północą (gdy mecz zaczynał się po 20-tej), włączałem Bluetooth i po zdaniu relacji wymienialiśmy uwagi o tym, jak my widzieliśmy to, co działo się na boisku.
Po wygranym meczu z Pogonią Szczecin tego mi zabrakło…
PIERWSZY FLIRT Z MEDYCYNĄ
Fascynacja sportem stanowiła istotną, ale nie zasadniczą treść Jego ważnych życiowych dokonań.
Urodzony w Biłgoraju, dzieciństwo spędził w Przeworsku, gdzie w czasie okupacji przeżył tragedię tracąc rozstrzelanych przez hitlerowców ojca, który był nauczycielem oraz dwóch starszych braci. Tam na kompletach tajnego nauczania skończył szkołę podstawową, by już po wojnie, w 1950 roku uzyskać maturę otwierającą drogę na studia. Jako licealista grał w piłkę nożną w Czarnych Przeworsk.
Wtedy właśnie, w 1950 roku z wydziału lekarskiego UMCS utworzona została lubelska Akademia Medyczna, On został jednym z pierwszych jej studentów, a po pięciu latach wraz z koleżankami i kolegami stanowili pierwszy rocznik absolwentów już Akademii jako samodzielnej uczelni.
To, mające historyczny wymiar wydarzenie inspirowało obdarzonego zmysłem organizatorskim Staszka do inicjowania i zwoływania rocznicowych zjazdów koleżeńskich zapoczątkowanych w 1975 roku.
HUCZNE JUBILEUSZE
Szczególną oprawę miało po pięćdziesięciu latach, w czerwcu 2005 roku, spotkanie, które rozpoczęło się w kościele Akademickim KUL, gdzie mszę św. celebrował i homilię wygłosił ks. prof. Marian Stasiak, ewangelię czytała najmłodsza na roku Elżbieta Paczos-Hadyma, a słowo do koleżeństwa wygłosił Stanisław Żelazny prowadzący jednocześnie drugą część w Auli Rektoratu AM, gdzie po referacie starościny roku Barbary Lecewicz-Toruń miała miejsce uroczystość odnowienia dyplomu lekarza medycyny.
Tylko Ania, żona Staszka wie ile wysiłku, ile telefonów, oficjalnych pism i prywatnych listów musiał wykonać czy napisać On, pracujący emeryt, by doszło do takiego spotkania z udziałem aż 84 osób.
Jeszcze raz w 2010 roku Stanisław Żelazny wespół z profesorem Stanisławem Jabłonką i Ludwikiem Kowieskim doprowadzili do ostatniego koleżeńskiego zjazdu absolwentów Akademii Medycznej z 1955 roku, którego finalnym akcentem była obiadokolacja w Domu Oficera, gdzie nagraniami z okresu młodości uczestników spotkania w znakomity nastrój wprowadził Jerzy Janiszewski, mój radiowy kolega.
Wspominano tam m.in. o udziale ówczesnych studentów w życiu kulturalnym i o tym, że śpiewający w chórze akademickim Staszek Żelazny był obok Leszka Wojciechowskiego, Aleksandra Kozłowskiego i Mieczysława Baryluka członkiem znanego wtedy w Lublinie kwartetu wokalnego.
PASJONAT MEDYCYNY
Po studiach, pracę zawodową rozpoczął od Kliniki Neurologicznej Akademii Medycznej, pod merytoryczną opieką pochodzącego ze Lwowa, absolwenta i doktoranta Uniwersytetu Wiedeńskiego profesora zwyczajnego Wiktora Steina, wybitnego neurologa, m.in. członka Rady Naukowej przy Ministrze Zdrowia i Rady Naukowej Instytutu Neuropsychologii PAN.
Miało to znaczący wpływ na rozwój naukowy i zawodowy ambitnego pasjonata medycyny, którego zdolności organizatorskie po uzyskaniu specjalizacji pierwszego i drugiego stopnia z neurologii oraz pierwszego stopnia z medycyny społecznej, a także po obronie doktoratu, realizowały się w pełnieniu funkcji ordynatora najpierw 101 Okręgowego Szpitala Wojskowego, a później przez 20 lat ordynatora Oddziału Neurologicznego Okręgowego Szpitala Kolejowego w Lublinie.
Do tego okresu często wraca nasz wspólny przyjaciel, także absolwent Akademii Medycznej Janusz Kisielewski, podkreślając, iż dzięki opiece i nowatorskim wówczas metodom leczenia on, zapalony narciarz mógł powrócić na stoki po bardzo trudnym przypadku, kiedy doznał porażenia nerwu strzałkowego lewej nogi z jednoczesnym zapaleniem nerwu kulszowego. Przez cały miesiąc Doktor Żelazny korzystając z konsultacji, ale i ku zdumieniu kolegów neurologów dokonywał przeróżnych zabiegów, po których Janusz wrócił praktycznie do pełnej sprawności.
NA ZAMOJSKIM SZLAKU
To jeden z przypadków świadczących o profesjonaliźmie i talencie medycznym Stanisława Żelaznego, który jeszcze jako adiunkt Akademii Medycznej zaczął jeździć do Zamościa, by tam najpierw udzielać lekarskich porad, a z czasem tworzyć podstawy tej specjalizacji w rejonie Zamojszczyzny.
W naturalny więc sposób, z chwilą powstania województwa zamojskiego został tam oficjalnie konsultantem wojewódzkim ds neurologii, a od 1995 roku organizatorem i ordynatorem oddziału neurologicznego w Wojewódzkim Szpitalu Jana Pawła II w Zamościu.
Dziś nie tylko w Zamościu, ale też w Tomaszowie, Hrubieszowie czy Biłgoraju jako neurolodzy pracują wychowankowie Doktora darzonego wielką estymą, o czym miałem możliwość przekonania się uczestnicząc w uroczystości 50-lecia działalności Stanisława Żelaznego na Zamojszczyźnie. Piękne laudacje i okolicznościowe upominki od starostów i innych przedstawicieli lokalnych władz, a przede wszystkim serdecznie okazywana wdzięczność przez liczną rzeszę lekarzy stworzyły piękny klimat charakteryzujący niezwykłą osobowość lubianego, mało konfliktowego - jak podkreślano - lekarza i szefa.
PO PIERWSZE - PACJENCI
Ujęła mnie tam jedna z młodszych lekarek opowiadając o sytuacji, która ją i koleżanki wprawiła w pewną konsternację po objęciu przez Doktora Żelaznego funkcji ordynatora w zamojskim szpitalu.
Otóż, kiedy w Wigilię Bożego Narodzenia w zdecydowanej większości zakładów pracy świętuje się wspólnie i do tego większość pracowników była przyzwyczajona i przygotowana, to nowy szef w sposób zdecydowany kazał wszystkim o tym nie myśleć.
„Tutaj najważniejsi są pacjenci i to im, odłączonym od rodzin musimy okazać serdeczność i stworzyć świąteczny nastrój, im poświęcić swój czas i dać choćby tę namiastkę atmosfery jaką przeżywa się przy choince w domu” - powiedział i rozdzielił zadania.
Później jednak zaprosił nas wszystkich i każdy z nas poczuł się szczęśliwszy - wspomniała to ważne, jak dodała, zawodowe doświadczenie.
Z szefem natomiast pracownicy mieli okazję spotykania się też w bardziej nieformalnych okolicznościach, kiedy On stawał się duszą towarzystwa, a panie chwaliły Jego taneczne umiejętności.
Niebywała żywotność i sprawność umysłu pozwoliły Staszkowi na bardzo długą aktywność zawodową, bo jeszcze dwa lata po ukończeniu dziewięćdziesiątki był czynnym lekarzem i przez trzy dni w tygodniu - poniedziałki, środy i piątki, przyjeżdżał własnym samochodem do szpitala w Hrubieszowie, bo dzięki temu, że zgodził się tam na podpisanie kontraktu, oddział neurologiczny mógł w ogóle funkcjonować.
Często podczas koleżeńskich spotkań powtarzał, że chciałby dożyć 95 lat. Odszedł, kiedy dzień Jego 95-tych urodzin dobiegał końca. Była godzina 22.
Piękną pamięć o sobie pozostawiłeś Staszku…
Andrzej Szwabe














Komentarze