Jej budowa miała trwać dwa lata. Przedłużyła się o kolejne dwa. Na początku lat 60 ub. w. na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Lipowej – po wyburzeniu kamienicy – mieściła się niewielka kawiarenka. Na sto miejsc. W tym czasie była to jedna z trzech, która znajdowała się świeżym powietrzu. Władze miasta niechętnie wydawały w tamtym czasie zgodę na otwieranie tzw. letnich ogródków w Lublinie. Dopiero pod naciskiem lokalnej prasy nieśmiało pojawiały się stoliki z parasolami na lubelskich ulicach. I od razu cieszyły się dużą popularnością.
Pozostałe dwie, gdzie można wypić kawę czy herbatę przy stoliku na zewnątrz zlokalizowane były przy „Wiśle” na Krakowskim Przedmieściu oraz „Pod Jesionem” w Ogrodzie Saskim.
Pod koniec lat. 60. powstała też pierwsza na Lubelszczyźnie kino-kawiarnia na świeżym powietrzu. Mieściła się w podwórzu z tyłu budynku prokuratury przy ul. Okopowej w Lublinie, a pomysłodawcą otwarcia tego lokalu był Związek Zawodowy Pracowników Państwowych i Samorządowych. Żeby jednak zjeść ciastko w tym miejscu, trzeba było najpierw kupić bilet do kina (ekran mieścił się na ślepej ścianie kamienicy).
ODPOWIEDŹ NA POTRZEBY
W Lublinie brakowało jednak w tym czasie lokalu, w którym można by było w jednym miejscu wybrać między barem, restauracją i kawiarnią. Wtedy pojawił się pomysł wybudowania w centrum miasta dużego kompleksu gastronomicznego. Budowa „Astorii” – bo o tym budynku mowa – rozpoczęła się w 1965 r. Był to największy obiekt gastronomiczny w Lublinie. Początkowo miała się nazywać „Cizia”. Taka propozycja pojawiła się w mediach. Od czytelników, którzy nadsyłali pomysły na nazwę nowego lokalu.
Według ówczesnej dokumentacji, neon z taką nazwą miał stanąć na dachu budynku. Jej budowa od samego początku przebiegała ospale i Lublinianie z niecierpliwością oczekiwali otwarcia. Zamiast dwóch lat – obiekt był gotowy dopiero po czterech.
Jak to bywało w PRL-u, od samego początku okazało się, że budowlani pozostawili po sobie wiele niedoróbek. Najbardziej kuriozalna sytuacja miała miejsce już po zakończeniu budowy, kiedy robotnicy chcieli wnieść do środka urządzenia chłodnicze do produkcji lodów. Nikt nie pomyślał wcześniej, że nie zmieszczą się w zamontowane już wcześniej drzwi. Trzeba było je wymontować, a do tego rozebrać kawałek ściany. Ale się w końcu udało.

STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ I NIEDORÓBKI
Po uruchomieniu lokalu pracowało tu nawet 120 osób na dwie, a nawet trzy zmiany – od godz. 6 rano do 2 w nocy. Na parterze mieścił się samoobsługowy bar z imponującym różnorodnością menu. Na pierwszym piętrze była restauracja, a na drugim kawiarnia. Korzystna lokalizacja „Astorii” powodowała, że zwłaszcza kawiarnia była oblegana przez klientów, a znalezienie wolnego miejsca w weekendowe wieczory nie było łatwe. Aranżacją wystroju w tym obiekcie zajęło się lubelskie małżeństwo plastyków: Barbara i Lucjan Wengorkowie.
Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że pierwsi goście zasiedli w restauracji, barze szybkiej obsługi i kawiarni 30 sierpnia 1969 roku. Były tłumy pomimo obowiązku wykupienia tzw. karty konsumpcji za 15 zł od osoby. Dwa razy tyle jeśli ktoś chciał zjeść obiad w restauracji.
Od godziny 12 wszyscy chętni mogli kupić na parterze wyroby cukiernicze znanych lubelskich restauracji: Powszechnej, Europy, Karasia oraz ciastkarni LZG Śródmieście.
Początki działalności nie były łatwe. Kanalizacja zatkała się już pierwszego dnia, awarii uległy lodówki, a do ekspresów do kawy nie dopływała woda. Nieczynny był piekarnik do ciastek, bo zapomniano o zainstalowaniu wyciągu spalin, a gazownia w związku z tym nie podłączyła gazu. Zepsuciu uległa również winda na zapleczu. Wszystko szło pod górkę.
NA RANDKĘ I... WAGARY
Lublinianom – mimo tych mankamentów – „Astoria” od razu przypadła do gustu. Chwalili kawiarnię za przytulność, pyszny krem sułtański, desery, płonące lody. Serca podbiły też ciasta, zwłaszcza wuzetki, napoleonki i stefanki. To tu niektórzy po raz pierwszy w życiu próbowali oryginalnego wina camembert. Do tego taras ze stolikami z widokiem na miasto. Było to też miejsce, gdzie młodzi umawiali się na pierwszą w życiu randkę, a niektórzy po latach bawili się tu na swoim weselu.
Niektórzy krytykowali jedynie bar szybkiej obsługi, który według nich miał w bardzo niefortunnym miejscu usytuowaną ladę – na samym końcu sali.
– Do dzisiaj jednak mile wspominam ten bar – mówi Andrzej Piętas z Lublina. – Pamiętam, że zawsze był tu duży wybór dań, było smacznie i tanio. Ten bar miał swój specyficzny klimat. Można tu było zjeść nawet zapomniane już dziś kluski z serem, kaszę gryczaną z sosem pieczarkowym i popić przepysznym kompotem. Bez chemii i polepszaczy jak dzisiaj. Była też bardzo sprawna obsługa. A do kawiarni to często się chodziło na wagary.
WOLNY STOLIK JAK MARZENIE
W styczniu 1972 roku w Astorii odbyła się impreza dla młodzieży, którą zorganizowały Lubelskie Zakłady Gastronomiczne Śródmieście przy współudziale Związku Młodzieży Socjalistycznej ze Świdnika. Odnotowała to prasa.
„Czterogodzinny wieczór wypełniły najnowsze nagrania zagranicznych przebojów nadawane non-stop z taśm magnetofonowych” – donosiły lokalne media. – „Jedyny minus to cena wejściówki 40 złotych odo osoby. Ta cena wydaje się zbyt wygórowana, ale z drugiej strony ogranicza napływ niepożądanych gości”.
Przez jakiś czas w „Astorii” odbywały się potem cykliczne wieczorki przy muzyce odtwarzanej z magnetofonu. Nazwano je Fonoramą. Wiele osób pamięta też późniejsze imprezy przy akompaniamencie „żywych” muzyków. Odbywały się też wesela, dancingi. Potem mieścił się tu m.in. salon gier, sieciówki z burgerami, pizzą, kurczakami, sklepy, a dziś po dawnej świetności lokalu pozostały jedynie wspomnienia.
– Pamiętam, że w weekendy, żeby dostać wolny stolik do kawiarni, to trzeba było stać w kolejce na schodach – wspomina Jerzy Piotrowski z Lublina. – Często było tylu znajomych, że łączyliśmy stoliki. Jedyne, co mi przeszkadzało, to ten wszechobecny smród papierosów, ale wtedy można było palić niemal wszędzie, nawet w urzędach czy szpitalach. „Astoria” miała też charakterystyczne neony, które rzucały się w oczy. A jak stało się na przystanku, to naprzeciwko był jeszcze jeden neon – społemowskiego sklepu SAM. Po nim już też nie ma śladu. Pamiętam też, że w kawiarni była pyszna kawa. Zawsze zamawiałem w szklance. Jak ona smakowała...














Komentarze