Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Najlepsza położna w Polsce pracuje w Lublinie. „Rozmawiam z noworodkami”

Wygrała konkurs na najlepszą położną w Polsce. Na Instagramie prowadzi profil, na którym obserwują ją ponad osiemdziesiąt tysięcy osób. Emilia Wagner pochodzi z Lublina i od lat pracuje na oddziale intensywnej terapii noworodka Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1. W rozmowie z „Dziennikiem Wschodnim” opowiada o kulisach swojej pracy.
Najlepsza położna w Polsce pracuje w Lublinie. „Rozmawiam z noworodkami”

Autor: Archiwum Prywatne

- Jakie słowo najczęściej wypowiada pani w pracy położnej?

- Chyba „spokojnie”.

- A przyjęło się, że na „spokojnie” ludzie reagują zupełnie odwrotnie. 

- U mnie tak nie jest. Rodzicom i dzieciom powtarzam: „spokojnie”, „tak musi być”, „musicie poczekać”. To się nazywa wyciszenie emocjonalne.

- Jak często spotyka się pani z kobietami, które panicznie boją się porodu?

- Pracuję na oddziale intensywnej terapii noworodka. Więc spotykam się z kobietami, które już poród przeszły. I to często poród, po którym, takie odnoszę wrażenie, są w pewnego rodzaju „żałobie”. 

- Dlaczego?

- Bo wydarzyło się coś nieprzewidzianego. Niekiedy złego. I dziecko trafiło na intensywną terapię. 

- Na przykład?

- Wcześniactwo, niedotlenienie okołoporodowe, zamartwica, zaburzenia oddychania.

- Z pani doświadczenia wynika, że tego typu powikłań u noworodków najbardziej obawiają się przygotowujące się do porodu matki?

- Najczęściej pracuję z kobietami już po porodzie, więc trudno mi odnieść się do tego, co najbardziej stresuje je przed nim. Czasem tylko edukuję pacjentki. Ale myślę, że najbardziej boją się utraty kontroli. Że nie będą miały wpływu na to, co się dzieje. Chcą być bardzo świadome. Mieć poczucie, że nad wszystkim panują.

- Da się w ogóle wszystko w czasie porodu czy po porodzie przewidzieć?

- Nie da się. Wiem to z całym przekonaniem, zwłaszcza że pracuję z kobietami, które doświadczyły sytuacji niestandardowych. Takich, na które praktycznie nie sposób się przygotować.

- Jak obsługiwać emocje kobiet w depresji poporodowej czy z trudem przechodzących połóg? Istnieje jakiś schemat?

- Nie ma schematu. Kobiety reagują bardzo różnie. Dla wielu pobyt dziecka na intensywnej terapii to tragedia. Trwają w głębokim, zapadającym smutku. Ale są też takie, które się mobilizują, wręcz euforycznie podchodzą do tematu. Wypierają to, co się dzieje. Powtarzają, że wszystko będzie dobrze. I sposób, w jaki zaopiekuję się pacjentką, zależy wyłącznie od tego, na ile ona mi pozwoli. Taki kontakt nie może być nachalny. Dotyka bowiem bardzo delikatnych, newralgicznych sfer. Do każdego należy podejść indywidualnie. Z poszanowaniem godności. 

- Do zawodu położnej trzeba mieć powołanie?

- Uważam, że tak. 

- Nie jest to powszechna opinia?

- Wiem, że dużo osób buntuje się przeciwko mówieniu o „misji” w medycynie. Ale ja wierzę w powołanie. Oczywiście, to zawód, którego nie wykonuje się za darmo. Zarabiam na nim, dostaję wynagrodzenie. Tylko że sprowadzanie go do rzeczy materialnych wydaje mi się banalizowaniem sprawy. Bycie położną to coś więcej.

- Mówiła pani o dotykaniu delikatnych, newralgicznych sfer.

- Sfer życia, śmierci, porodu, połogu. Trzeba mieć powołanie, ogromną cierpliwość, jej nieskończone wręcz zasoby w sobie, żeby balansować na krawędzi cudzej intymności. Być dla pacjenta. Ale też dla siebie. Bardzo to trudne. Kiedy dziecko umiera na intensywnej terapii…

- Życie kończy się, zanim się zaczęło.

- Dramatyczne sytuacje. Trzeba pomóc rodzicom, ale też umieć poradzić sobie z tym samemu. Mnie pomagają empatia, misja i właśnie powołanie. 

- Jak pani odkryła to powołanie?

- Bardzo spontanicznie. W liceum chodziłam do klasy humanistycznej. Byłam też w szkole muzycznej. Muzyka była moim marzeniem. Ale wiedziałam, że nie zapewni mi stabilności finansowej. Dostałam się na prawo. Czułam jednak, że to nie to. Chciałam pracy z człowiekiem. 

- Padło na położnictwo?

- Nie sądziłam, że po „humanie” mogę dostać się na uniwersytet medyczny. I wtedy w jakimś sobotnim dodatku przeczytałam, że na położnictwo można zdawać z maturą z rozszerzonego angielskiego i WOS-u. Udało się. Poszłam na studia. Uznałam, że to piękny zawód.

- Co najbardziej panią do niego ciągnęło?

- Na początku w głowie miałam tylko porody. Chciałam pracować z kobietami. Zajmować się opieką okołoporodową. Sprawiać, żeby porody stanowiły jak najprzyjemniejsze doświadczenie. Kryzys przeżyłam na drugim roku. Ciągle tylko słyszałam, że dla położnych nie ma pracy. Rozważałam nawet zmianę kierunku. Nie poddałam się. Śmieję się, bo dziś mam za dużo pracy!

- Gdzie dostała pani pierwszą pracę?

- Od dziewięciu lat pracuję w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym nr 1. Nie dostałam się na porodówkę, tylko na oddział noworodków zdrowych. Po roku zostałam przeniesiona na oddział intensywnej terapii noworodka, gdzie początkowo w ogóle nie chciałam pracować. A teraz nie wyobrażam sobie gdzieś indziej.

- Wyobrażam sobie, że do tego rodzaju zajęcia trzeba mieć predyspozycje. Niebywałą wręcz odporność na stres. 

- Tak, jestem odporna na stres. 

- W czym ta odporność się objawia?

- Mnie stres mobilizuje. Pierwsza zgłaszam się do najtrudniejszych pacjentów i najtrudniejszych procedur. Czerpię z tego satysfakcję. Jakąś taką dziką motywację do działania, pomagania, rozwiązywania problemów.

- Co kryje się pod słowami „najtrudniejsza procedura”?

- Pacjent w najcięższym stanie: zaintubowany, pod respiratorem, często z niewydolnością wielonarządową.

- Pacjent, czyli noworodek. 

- Noworodek, tak. Nawiązuję z nim relację. Obejmuję opieką rodziców. Największą satysfakcję daje moment, kiedy udaje się osiągnąć coś, co wydawało się nieosiągalne. Oczywiście, bywa odwrotnie. Czasem nie udaje się uratować dziecka. Ale mam przekonanie, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Najtrudniej patrzeć na emocje mamy i taty, którzy stracili dziecko.

- Jak właściwie na intensywnej terapii nawiązać relację z noworodkiem? Człowiekiem, który żyje i czuje, ale nie mówi i nic jeszcze nie wie o świecie.

- Rozmawiam z nimi.

- Rozmawia pani?

- Malutcy pacjenci nie odwzajemniają kontaktu, ale co z tego? Pytam rodziców o imię każdego z dzieciaków. Kiedy wykonuję procedury, podaję leki, nawet mimo ich pogarszającego się stanu, mówię do nich, wydaję im drobne polecenia, uśmiecham się. 

- Metoda działa?

- Tak, nawet jeśli noworodek waży kilogram, jest dla mnie kimś, z kim warto i trzeba nawiązać kontakt. Czasem, gdy zapomnę imienia, mówię „misiu”, „kochanie”, ale nigdy i pod żadnym pozorem nie traktuję pacjenta hurtowo. Rodzic musi czuć, że mam relację z jego dzieckiem. I ja też chcą ją mieć.

- Spotyka się pani z agresywnymi rodzicami?

- Czasami. Zwłaszcza u ojców można zaobserwować agresję, pojawiającą się w warunkach silnego stresu. Rozumiemy jednak, że to ich reakcja obronna.

- Stereotyp ojca przy porodzie bardzo się przez ostatnie lata zmienił. Popkulturowy archetyp faceta, który spóźnia się na poród dziecka albo nie czuje potrzeby swojej obecności na sali porodowej, przekształcił się we wzór „taty obecnego”.

- Model faktycznie bardzo się zmienił. Ojcowie są zaangażowani. Wspierają mamy. Świetnie radzą sobie z przewijaniem, kąpielą, karmieniem, kangurują wcześniaki. Chcą być obecni. Zupełnie inaczej niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu.

- A wystarczająco dużo mówi się o depresji poporodowej, niekiedy dewastującej samopoczucie czy zdrowie psychiczne młodej matki?

- Nie wiem, czy za mało, ale można mówić zawsze więcej. Depresja potrafi bardzo zaskoczyć. Nawet mnie jako położną. Widziałam różne jej objawy. Trzeba słuchać kobiet. Nie umniejszać ich problemów. Jeśli mówią, że potrzebują pomocy, choćby przy czymś pozornie błahym czy drobnym, traktować to poważnie. Depresja, o czym pamiętamy, to jedna z najczęstszych chorób cywilizacyjnych. Mamy, które mają w rękach życie swoich dzieci, również wymagają szczególnej troski.

- Zdarza się pani utrzymywać z pacjentami kontakt już po ich wyjściu ze szpitala?

- Bywam zapraszana na pierwsze urodziny czy chrzciny dzieci, które udało się uratować. Rodzice wysyłają zdjęcia, piszą. Nie kończę relacji wraz z wypisem. Zdarza się, że kilka lat temu chodziłam do starszego rodzeństwa, a teraz opiekuję się młodszym.

- Prowadzi pani popularnego Instagrama. Obserwuje panią osiemdziesiąt jeden tysięcy osób. O co najczęściej pytają?

- Najczęściej próbują konsultować dzieci przez internet, czego nie robię i takich pytań w zasadzie nie upubliczniam. Publikuję te, które są powtarzalne i edukacyjne.

- Trudno być pani zdaniem rodzicem małego dziecka?

- Tak, bycie rodzice jest w dzisiejszych czasach bardzo trudne. Rodzice są przebodźcowani. Wymagania im stawiane ogromne. Są samoświadomi, wyedukowani, ale gdy w domu pojawia się prawdziwe dziecko, wiedza zamienia się w chaos, zewsząd bombardowani są bowiem sprzecznymi informacjami.

- Szum informacyjny. Cholerne przekleństwo XXI wieku.

- Rodzice często słyszą w mediach: „nie rób tak”, „robisz to źle”, „karm inaczej”, „tak nie podnoś”, „tak nie trzymaj”. Takie podszepty zabijają w nich instynkt. Poczucie sprawczości. Edukacja jest ważna, ale nie powinna przytłaczać.

- Nie można też przegiąć w drugą stronę i stać się zupełnym ignorantem, prawda?

- Trzeba zdobywać wiedzę, ale nie zabijać przy tym instynktu macierzyńskiego czy tacierzyńskiego. Zdarza się, że przesadnie wykształcony czy też właśnie przebodćowany rodzic boi się podnieść własne dziecko, bo obejrzał za dużo filmików instruktażowych. 

- Sam nie mam jeszcze dzieci, ale przed samym sobą przyznaję, że mógłbym zachować się właśnie w ten sposób.

- Dlatego staram się normalizować pewne rzeczy. Wspierać, ale nie straszyć. Bo powtórzę: naprawdę trudno jest dziś być rodzicem.

- Co robić w razie najgorszego scenariusza. Takiego, gdy dziecko umiera. Jak rozmawiać z rodzicami?

- Nie czuję w sobie zasobów, żeby powiedzieć, że mam gotową odpowiedź. Czasem rodzice nie szukają kontaktu z personelem. Nie chcą nawet rozmawiać z lekarzami, położnymi. 

- Zrozumiałe.

- Przeprowadzałam kiedyś bardzo ciężką reanimację noworodka. Widziałam, że dziecko jest poważnie uszkodzone neurologicznie. Po miesiącu, gdy zmarło w innym szpitalu, mama przyszła i podziękowała za uratowanie życia. Mówiła, że miała czas się pożegnać. Emocje rodziców potrafią zaskakiwać. Czasem są inne, niż się spodziewamy. My też jesteśmy przeciętnymi ludźmi. Z wieloma sytuacjami spotykamy się pierwszy raz. 

- Codziennie obcuje pani ze szczęściem i smutkiem, z łzami radości i łzami rozpaczy. Jaka emocja rodziców najbardziej panią cieszy?

- Zaufanie. Jeśli widzę, że rodzic nam ufa i czuje się bezpiecznie, to nie ma dla mnie nic ważniejszego. Najtrudniejsze jest, gdy pacjent nie ufa. Nie płacz, nie smutek, tylko właśnie brak zaufania.

- Ma pani poczucie, że zawód położnej jest należycie rozumiany i doceniany?

- Wiem, że położne, pracujące na innych oddziałach niż intensywna terapia, często są niewidoczne. Te z ginekologii, onkologii, ginekologii operacyjnej, bloku operacyjnego. Przychodzą do maluszków do domów na wizyty patronażowe. Działają w klinikach niepłodności, w klinikach in vitro, przy patologii ciąży. Nasza praca jest naprawdę bardzo szeroka, a często uważa się tylko, że przyjmujemy porody. 

- O to właśnie pytam.

- Samo przyjmowanie porodów nie umniejsza temu zawodowi. Absolutnie nie. Ale nie mówi się o tym, że robimy dużo, dużo więcej. I że posiadamy znacznie bogatsze kompetencje, niż się niektórym wydaje. Położna może na przykład prowadzić ciążę fizjologiczną. 

- I tak wydaje się, że świadomość społeczeństwa rośnie.

- Też odnoszę wrażenie, że nasz zawód coraz bardziej zyskuje na społecznym poważaniu. Ja nigdy nie odczuwałam, że wykonuję pracę mniej zauważoną niż inni w szpitalu. Uważam, że jestem bardzo potrzebna w swoim zawodzie. Że ten zawód jest potrzebny.

- Jakoś nie mam wątpliwości, że pani bycie położną po prostu uwielbia.

Uwielbiam. I nie zmieniłabym tego na nic innego. Gdyby ktoś dał mi wybór, zostałabym dokładnie tam, gdzie jestem.

ROZMAWIAŁ JAN MAZUREK

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama