– Oznaczyłem go na Facebooku udostępniając utwór swojego zespołu „Tyrada”. Wiedziałem, że Kacmajor ma specyficzne upodobania artystyczne, w tym muzyczne. Nie spodziewałem się, że zareaguje, a on do mnie zadzwonił z informacją, że chce mi pomóc. Powiedział, że zakłada supergrupę muzyczną i mógłbym w niej grać na gitarze – opowiada Kosnowicz, który publikuje fragmenty tej unikalnej rozmowy w swoich mediach społecznościowych, m.in. na swoim kanale w serwisie YouTube.
Nam udostępnił całość. To być może ostatnia istotna rozmowa w życiu Kacmajora. Odbyła się we wrześniu 2022 roku. Choć nikt tego nie potwierdził, z wielu źródeł nieoficjalnie dowiadujemy się, że lider słynnej sekty zmarł raptem kilka miesięcy później. Wskazywać może na to choćby koniec jego aktywności na Facebooku, gdzie wcześniej publikował naprawdę sporo treści.
Przebrnięcie przez całość tej rozmowy, która z czasem zamieniła się niemalże w monolog Kacmajora, to niełatwe zadanie. Guru podlubelskiej sekty klnie jak szewc i raczej nie miałby większych szans na tytuł „Mistrza Mowy Polskiej”. Nadużywa zwrotów „nie?” i „kumasz?”, które stosuje wręcz jako przerywnik. Ale nie potrzebuje nawet potwierdzenia rozmówcy, że kuma. Brnie dalej w swoim wywodzie o jego życiu, sekcie, codzienności oraz muzyce. Z jednej strony wyłania się obraz prostaka, któremu do trzycyfrowego ilorazu inteligencji brakuje pewnie z kilkunastu punktów. Z drugiej – jest intrygującym rozmówcą, który – nawet jeśli nigdy się ich nie uczył – to na pewno zna podstawowe techniki manipulacji. To one pozwoliły mu lata temu zostać bogiem, bo przecież taki status miał w swojej sekcie.
Oczyściliśmy więc nieco jego wypowiedzi ze zbędnych wulgaryzmów czy nic nie wnoszących wstawek. Jest to jednak wierne odtworzenie tego swoistego strumienia świadomości człowieka, o którym w ostatnim czasie powstawało całe mnóstwo filmików czy podcastów. To wszystko rzecz jasna efekt premiery wspomnianego już serialu.
Odjazdowa kapela
Rozmowa rozpoczyna się od wątku muzycznego. Kacmajor pyta Mateusza, czy ten gra jeszcze w swojej kapeli. Przedstawia mu swoją wizję. Kiedyś wciągał ludzi do swojej sekty, teraz chce do zespołu.
KACMAJOR: - Słuchaj, ja mam teraz taką zajawkę na stworzenie takiej kapeli… Totalny odjazd. Punk, jazd, rock, filharmonia. Wszystko. I mam kasę na to. Rozmawiałem już z… Wiesz kto to jest Sygitowicz Ryszard?
– Tak, tak, wiem. Z Perfectu – mówi Mateusz.
KACMAJOR: - To mój stary, dobry kumpel. Jeszcze mam paru takich starych wyjadaczy. Jazzmanów, takich różnych. Tymański Tymon. Kojarzysz Tymona?
Mateusz potwierdza.
KACMAJOR: - Jeździłem z nim w trasy. Myślę, że on dołączy do składu. Dobry on jest. Ma dobre teksty. A poza tym to i gra. Gitara, kontrabas. I jeszcze mam zamiar rozmawiać z tym… Jak on się nazywa? Kurczę, no… Urbaniakiem! Kojarzysz?
Mateusz potwierdza z uznaniem w głosie.
KACMAJOR: - Fajny gość. Cały czas młody jest. Napi***ala dobrze. Chociaż najbardziej podobała mi się jego pierwsza płyta, ta jeszcze w Polsce. Ale później też nieźle... Muszę z nimi wszystkim pogadać. Tam jest jeszcze kilka osób, z tej starszej generacji rzekłbym, z którymi chcę pogadać, a których znam osobiście. Wiesz, bo ja tam kiedyś siedziałem w tym towarzystwie dosyć mocno. Nie mówię ci żebyś rezygnował z tej swojej kapeli…
– No ja bym wolał nie rezygnować… – mówi Mateusz.
KACMAJOR: - Jeżeli tam się spełniają twoje marzenia… Ale ja chce kapeli takiej totalnie odlotowej. Młodzi i starzy. Wiesz, wyjadacze i gó***arze... Kasę mam na to. No… Nie zbiednielibyście na pewno. Jakąś trasę by się zorganizowało, szybko ciach, ciach, ciach i ch*j. To nie marzenia są. Reality, ku*wa… Dobrych tekstów kupa, każdy może pisać. Zobaczymy, co pisze, jak pisze, o czym pisze, dlaczego pisze. Ja mam 68 lat. Trzeba zacząć w końcu coś.
Duch święty napi***ala
– Ja słyszałem, że pan leczył kiedyś – Mateusz przerywa muzyczne wizje Kacmajora i przechodzi do sedna.
KACMAJOR: - Tak, tak, leczyłem. Leczę dalej. Leczę, leczę. To, co tam ci pisałem, że facet wstał po pięciu latach. To wstał. Chodzi. A się zarzekał, że nie będzie. Anglik. Mówię mu: „Ku*wa, od jutra masz codziennie chodzić”. A on „nie, nie, nie”. Bo to wiesz, myśli takie. Durnowato. I wiesz, pierwszy raz wstał. Tam z pomocą trochę pielęgniarek. A drugi raz po godzinie czy półtorej sam wstał i poszedł. Ale jazda w tym szpitalu. Gęby porozdziawianie, a ja tam nic nie mówiłem, że to ja. Nic. Człowiek wstał się i cieszył. No i… poszedł. Na razie te chodzenie jest takie… Chodzi. Nie skacze, nie biega. Ale będzie świrował na pewno.
– A jak pan to robi? – docieka Mateusz.
KACMAJOR: - Najbardziej mnie to cieszy, że on wstał… Że to taki typ nieprzyjemny był. Wyzywał innych ludzi od… Na sali leżał ze mną.
– A czemu pana to cieszy?
KACMAJOR: - Że zły człowiek dostał… I że go można przekręcić na dobrą stronę.
– A jak to się dzieje, że on wstaje? – Mateusz nie daje za wygraną.
KACMAJOR: - No duch jest święty, ku*wa, nap***dala, do roboty. Nie, mi nie odbiło. Jestem normalny. Ku*wami porzucam, wiesz.
Kacmajor tłumaczy jeszcze, kiedy przeklinanie uważa za stosowne, a kiedy nie. Przytacza historię Rosjanki, która zwracając się do córki przeklinała, co mocno go wzburzyło. Temat zdrowia i pobytu w szpitalu szybko powraca na tapet.
KACMAJOR: - Po tych dwóch tygodniach w szpitalu to teraz i jem cztery razy więcej niż przedtem i piję więcej cztery razy. Ja nie mówię o alkoholu… Palisz papierosy? Paliłeś kiedyś?
Mateusz zaprzecza. Mówi, że nigdy nie palił.
KACMAJOR: - Czyściutki jesteś… Ja to jaram trochę. Tylko nie mogę skręcać dobrze, bo mam lekki niedowład lewej ręki jeszcze, po tym wypadku całym. Bo walnąłem się tutaj. Idę se po mieście i nagle sru, bracie. Na podłogę. To mnie zabrali do szpitala. I tam wiesz, badania, badania, badania, badania. Jakieś tam te… Tomograf komputerowy, prześwietlenia. Tutaj to szybko załatwiają, od razu. Za 5 minut byłem pod tomografem. I przychodzi to mnie taka kobieta, lekarz… I mówi do mnie, ku*wa: „Ma pan raka”. Hehehe. W mózgu, w prawej półkuli. Ja zdziwiony – ku*wa, jaki rak, co ona pi***oli. Na drugi dzień przychodzi lekarz i mówi, że nie mam raka… Że coś tam jest, ale oni nie bardzo wiedzą co, bo to może być powiązane z sercem, z płucami. Wiesz, taki kociokwik totalny we łbie… I na trzeci dzień powiedzieli, że nic nie ma. Po dwóch tygodniach mnie wypisali jako zdrowego, mogę iść do pracy nawet, napisali. No, jaja były. Żadnego raka. Cud, ku*wa. Pięciocentymetrowy miał być, duży. Nie ma… No. Oj… Cuda się dzieją!
– A czym pan wyleczył tego raka? – Mateusz po raz kolejny próbuje pociągnąć Kacmajora za język w temacie jego rzekomych nadprzyrodzonych talentów.
KACMAJOR: - Niczym, sam poszedł w pi*dziec.
– To jak to możliwe?
KACMAJOR: - Chłopie, ku*wa, wszystko jest możliwe. U pana boga wszystko… A ja z panem bogiem mam takie konszachty trochę. Konszachtujemy się. On do mnie gada, ja do niego gadam i wszystko jest w porządku. Serio. Nie pi***olę głupot. Za stary jestem, żeby głupoty gadać. I za bardzo doświadczony. Sekta, nie sekta, więzienie, psychiatryki dwa razy… Żadnej schizofrenii tam nie mam oczywiście.
Kacmajor odpala skręta i wyraźnie, nomen omen, rozkręca się w swojej opowieści.
KACMAJOR: - Na takich badaniach psychiatrycznych… Zdrowy psychicznie czy jestem chory psychicznie? Okazuje się, że jestem zdrowy psychicznie… IQ średnie, ale to wystarczy. No… Albo niedorobione, nie wiem. Ganz egal… To co, chciałbyś grać w kapeli takiej, odjazdowej?
– No, do rozważenia. Na razie to brzmi trochę kosmicznie…
KACMAJOR: - A tam pi***olisz, jakie kosmicznie? To jest realistyczne wszystko. Ja tych ludzi znam i oni mnie dobrze znają i mnie lubią. Kumasz czaczę? Ja z nimi przegadałem wiele, wiele godzin. Ok? Leczyłem rodzinę Sygitowicza, jego ojca generała. Tak że spokojna smarowana, kumasz? Słuchaj, jak ja się za coś biorę, to ja to kończę. Albo rozpi***alam w pewnym momencie, tak jak tą sektę. Rozumiesz?
Zaczęliśmy rozrabiać…
– A o co chodziło z tą sektą, tak w ogóle? Bo ja coś zasłyszałem kiedyś…
KACMAJOR: - Chodziło o to, żeby jakaś tam ilość ludzi sobie żyła razem. Zbudowałem duży dom. Taki zaj***sty. 300… Koło 400 metrów kwadratowych. Taki porządny, duży domek. No i ludzie, którzy kiedyś byli u mnie i wyzdrowieli, chcieli ze mną mieszkać… No to mieszkali. Mieliśmy tam gospodarstwo takie, stolarnię. Tam staw zrobiłem duży, górę zbudowałem, obórkę zbudowałem, kozy miałem, krowy, konia… Kury, kaczki. Takie gospodarstwo niby, nie? I tak żeśmy żyli. A później zaczęliśmy rozrabiać trochę, hehehe. I się tam powku*wiali niektórzy. Klechy, kościołek pi***olony.
Kacmajor prześmiewczo naśladuje głosy nieprzychylnych jego dawnej działalności ludzi i kontynuuje swoją opowieść.
KACMAJOR: - A że dołączył do nas pułkownik policji to mieliśmy spokój. Przynajmniej z tej strony. No… Pułkownik policji dołączył… Bergera miał, wiesz? Wiesz co to Berger?
– Nie. Berger?
KACMAJOR: - Gnijące nogi. Od palców się zaczyna, idzie, idzie, idzie. Palce odpadają, takie tam. No, fajny facet był, ale się zmył.
– I co z nim?
KACMAJOR: - Is dead. Umarł. Był sobie facet. Tylko zaczął przekręcać, wiesz? Ducha zaczął przekręcać. Bo zaczął leczyć. A nie miał nic do leczenia. Nieważne, wiesz. Umarł i tyle.
Kacmajor robi sobie przerwę na zrobienie kawy. W ramach dygresji rzuca, że ma bałagan w domu, bo lewa ręka wciąż nie jest sprawna. Opowiada, że jeszcze niedawno miał spore problemy z chodzeniem i ciągle się przewracał, pomagali mu ludzie. Teraz jest lepiej. W końcu wraca do wątku sekty.
KACMAJOR: - To są bardzo różne historie z różnymi ludźmi, tam, którzy byli. Różnie się to dla nich kończyło… Nieprzyjemnie. Dla niektórych dobrze, dla niektórych źle. Jak w życiu. Kiedyś się spotkamy i to niedługo całkiem, bo będę w Polsce.
Zbysiu się poplątał
- A kiedyś się podobno znaliście ze Zbigniewem Sajnógiem…
KACMAJOR: - Sajnóg tak, of course, Zbysiu. Był u mnie, w sekcie. Taaak. Zaprosiłem go, przyjechał. Ale tam później były różne historie. Trochę odleciał. Psychicznie. W niedobrą stronę. Poszedł tam w jakieś katolicyzmy, ku*wa, czy tam w jakiejś protestanctwo. Nie wiem. A mieszka w Gdańsku cały czas. Z Tymonem Tymańskim on teraz nie bardzo. Bo to, wiesz, kumple byli. Razem to założyli, jakąś tam akcję w latach 90. Antykomunistyczne takie trochę, poetyckie, muzyczne. Bo już Tymański grał wtedy, jakąś miał małą kapelkę. Bardzo dobrzy kumple byli. On i tam jeszcze iluś facetów. Ale ta reszta to taka średnia. Ale Zbysio taak. Zbysio to był oryginał. Jest oryginał! Tylko że się poplątał trochę, ale pogadamy, zobaczymy… Muszę do Gdańska też wpaść. Jest taka kawiarnia, gdzie Zbysio bywa często. Pomarańcza się nazywa… Nie… Mandarynka. Będzie można go złapać. Czy tam w innych knajpach. Facet generalnie miły, tylko poplątany trochę. Tak jak to ludzie. Poplątają się trochę, wychodzą, nie wychodzą. Myślę, że Zbysio wyjdzie z tego… burdelu.
Kacmajorowi wyraźnie zbiera się na wspominki. Sajnóg w czasach „Nieba” był ważnym ogniwem wspólnoty. Nosił imię „Ambasador”.
KACMAJOR: - On bardzo blisko mnie był. To był jeden z takich zastępców, jakby wiesz… Guru… Guru byłem. Ku*wa, ale jazda. I tam jeszcze kilku facetów było, którzy coś tam… Coś tam robili w swoim życiu, grali, pisali jakieś teksty fajne. Niektórzy dobrze rysowali, malowali. Tam dosyć dużo było tej twórczości u nas. Tymon też kiedyś przyjechał, jeszcze jak miał ten zespół „Kury”.
Panowie chwilę rozmawiają o twórczości Tymańskiego, ale emerytowany guru wraca do wątku „Nieba”.
KACMAJOR: - No i przyjechał z koncertem kiedyś, pamiętam. Tam napi***alał, ekstra. No, wiesz, to są takie układy, takie wiesz, z tymi muzykami… Z wokalistami to jakoś nie bardzo. Nie widzę wokalisty, który byłby jakiś wiesz… Albo wokalistki. Lubię niektórych, ale nie do końca jestem przekonany… Czy mogliby w takiej supergrupie występować. Bo to będzie taka supergrupa. Mam jeszcze takiego znajomego, nie wiem czy wiesz, kto to jest. Nazywa się Milo Kurtis.
- Nie, nie kojarzę.
KACMAJOR: - To se zobacz, ku*wa, gdzieś tam…
- Ale to ja miałbym grać w tej supergrupie?
Kacmajor rozwiewa wątpliwości Mateusza. Mówi, że go lubi, choć go nie zna. Przekonuje go, że mógłby grać w wymyślonym przez niego zespole. Mówi, że to będzie kapela na full. Że będą „napi***alać”. Nie wiadomo, czy tak samo jak duch święty lecząc, ale zostawmy złośliwości.
Wątek muzyczny się rozwija, wspominki trwają. Kacmajor wraca do lat swojej młodości, gdy nie był jeszcze ani guru, ani nawet domorosłym uzdrowicielem. Pracował w Galerii EL. Mówi, że zarabiał 3000, podczas gdy jego matka jako księgowa dwa razy mniej.
KACMAJOR: - Ja miałem 18 lat wtedy, byłem normalnym pracownikiem. Byłem młodym robotnikiem sztuki, tak to się nazywało. Piękny okres był. To była taka sztuka konceptualna. Czyli sztuką jest to, co sobie wymyślisz. Nie musisz tego robić. Nie musisz wyprodukować czegokolwiek. Wystarczy, że masz myśl, która jest sztuką. I ja właśnie się wychowywałem w takich dziwnych miejscach bardzo. Fajnie było. Życie miałem zaj***ste.
- Ale to już wtedy pan leczył ludzi?
KACMAJOR: - Nie, nie. Ja leczyć zacząłem jak miałem 28 lat gdzieś tak. A ta galeria to miałem 18. Ja to miałem jakieś widzenie i poleciałem za tym widzeniem.
- I to się wtedy zaczęło? Od widzenia?
KACMAJOR: - Tak. Kiedyś ci to opowiem. Teraz musiałbym tu siedzieć z 24 godziny… Ja będę pisał. Ja sobie jakiś blog zrobię przed książką, tak żeby te książkę rozreklamować na przyszłość. I ja pewne fragmenty z tej książki będę czytał, opowiadał. Żeby ta książka później lepiej szła w Polsce. I w Anglii też. Bo chcę to przetłumaczyć na angielski. Żeby ktoś to przetłumaczył. Bo ja z angielskim tak średnio, na tłumaczenie książki to nie bardzo.
Traktor w dwa dni
- Ale to ciekawy ten temat leczenia. Bo kiedyś zasłyszałem, że kiedyś pan leczył. I teraz pan mówi, że pan dalej leczy…
KACMAJOR: - Chodziło o to, żeby różni ludzie o różnym intelekcie, różnym fachu, mieszkali razem i się dogadali. A że przy tym jakiś duch był… No był. Niedokładnie, ale był. Ja to miałem zarejestrowane jako robotę. I to się nazywało „Leczenie Duchem Świętym w Imieniu Jezusa Chrystusa Poprzez Nakładanie Rąk”. Tak się to nazywało. Bo to wiesz, to był taki okres, że do mnie przychodziło po 300-500 osób dziennie. I przyszli kolesie ze skarbówki, się dowiedzieli. To zacząłem płacić podatki od tego, od dochodu. Płaciłem normalnie. Różnie to było z tymi opłatami. Nigdy nie podawałem prawdziwej kwoty. Ja za dwa dni pracy tam, przy nakładaniu rąk, w białostockim, potrafiłem kupić traktor. Nówka. Taki duży, wielki. Jeszcze w Polsce takie pierwsze były traktory, bo to komunizm się skończył… I gdzieś tam usłyszałem, że w Warszawie są traktory, że sprzedają. No to wysłałem gościa, żeby mi przywiózł taki traktor. No i przywiózł. Samochód to żeśmy kupili za dwa dni pracy. Kasy było strasznie dużo. Potwornie. Wiesz, jeżeli w ciągu roku mogłem zbudować dwa domy… No nie dwa. Jeden dom na Lubelszczyźnie tam, a drugi pod Morągiem, ale to nie dom, tylko taka poczekalnia dla tych ludzi, co przyjeżdżali, żeby im ciepło było… Żeby mieli jakieś warunki, jakąś toaletę. Później w lubelskim poczekalnia też była. Kasy miałem tyle, że ja pi***olę.
- Ale to ludzie zadowoleni byli z tego? Bo ja słyszałem, że dużo ludzi przychodziło i to działało…
KACMAJOR: - Jakby nie działało, to by nie przychodzili. Ja nie miałem żadnej reklamy w telewizji. Tam gęba mówiła gębie. „Idź tam, bo mi pomógł, idź tam, idź tam”. Później mnie ludzie zapraszali w różnych miejscach, w całej Polsce. To jeździłem. Najbardziej to w białostockim, lubelskim, Gdańsk, Gdynia. Takie ośrodki były. Czasami to 1000 osób dziennie przychodziło. Wyobrażasz sobie? Ja wstawałem rano i sru bracie na tą salę. Tam listy były takie. Ja patrzę – 700. A ile jeszcze dojedzie? No i tak do 12.00, pierwszej w nocy mniej więcej, kończyłem robotę. Tak że to był zapi***ol taki totalny.
- A jak to się odbywało tak w praktyce?
KACMAJOR: - Normalnie, przychodził gość, ja mu nakładałem ręce, mówiłem, na co choruje i z czego go wyleczę.
- Ale to pan wiedział, na co on choruje?
KACMAJOR: - Of course!
- Ale jak?!
KACMAJOR: - Normalnie! Czułem tego człowieka choroby w sobie. Nie tak jak on, bardziej tak symbolicznie… Jakiś ucisk wątroby… Czy tam żyły zapchane w nodze. No czułem to wszystko, wiedziałem, na co chorują. Zaufanie do mnie, poprzez to, że ja to wiedziałem, było większe.
Bóg widzi, że jesteś fajny gość
- Ale to tak jakby z wiary w boga pan to czuł? Czy na czym to polegało? No bo pan mówił, że to związane z bogiem…
KACMAJOR: - No pewnie. Bóg dał. Jest dar leczenia, dar prorokowania, jest dar czegoś tam. Rozumiesz? Jest dużo darów, które pan bóg daje. Ja dostałem dar leczenia. A jak dobrze się to robi, to dostajesz później nowe dary i tyle. Bóg widzi, że jest okej, że jesteś fajny gość, że coś, co robisz, robisz do końca… Że się nie pi***olisz, że stoisz od rana do pierwszej w nocy i nie narzekasz… Tylko jesteś zadowolony, że ci ludzie zaczynają chodzić, że im cukrzyca przejdzie, rak, czy tam schizofrenia jakaś…
- Niech pan mi powie, jak to jest z tym przeklinaniem. Wiara w boga i tak się klnie…
KACMAJOR: - I ch*j! I ch*j! Kumasz? Nie, ja nie przeklinam zazwyczaj. Czasami lubię, żeby właśnie prowokować pytania. Kumasz? Nie, ja nie jestem od przeklinania. Raczej. Czasami tak. Na ulicy szczególnie, jak widzę jakieś kur***two, to reaguję. Jadę wtedy po rosyjsku, po angielsku, czy po polsku. Trochę Polaków jeszcze tu jest. Wiesz, widzę chamstwo, to reaguję. A jak chamowi nie przypi***olisz, to on nie skuma nic! Buźka-buźka nie działa, niestety. Może potem coś skuma…
Mateusz postanawia dopytać o początki sekty. Kacmajor jest już wyraźnie wkręcony w opowiadanie.
KACMAJOR: - Później poznałem jakichś ludzi z Wrocławia. No i oni bardzo chętnie, by ze mną zamieszkali. No dobra, to se mieszkajcie. Kumasz? Jeden facet, taki Andrzej, to już był taki dogorywający. Ale nie w tym sensie, że miał jakąś chorobę taką straszną. Wszystko miał rozpierdzielone. Serce go bolało, spać nie mógł. Jakieś tam drżenia rąk. Kupę jakichś pierdołów. I poznałem taką dziewczynę, która została wyleczona. Przyszła kiedyś taka do mnie i jak weszła to od razu, nawet jej rąk nie nakładałem, i od razu poczuła, że jest zdrowa. I ona zaczęła mi tam trochę naganiać tych ludzi. No i nagoniła mi tego Andrzeja. No i ten Andrzej, ja tam z nim rozmawiałem, rozmawiałem, nawet mu rąk nie nakładałem wtedy, bo to czasami jest niepotrzebne… Czasami to tak działa, duch leci i cześć, załatwia sprawę, jak ktoś jest fajny… No i on tam sześć dni go to wszystko napierdzielało, jeszcze bardziej. I na siódmy dzień wstał i okazało się, że jest zdrowy. I wtedy mówi: „To wiesz, ja chcę z tobą mieszkać”. No i tam przyjechał z żoną, do mnie. Najpierw tam pod Morąg, tam żeśmy pogadali, o co chodzi. No i on został, a później poprzez niego ktoś jeszcze przyjechał, parę rodzin całych, z babciami, z wnukami. No i mieszkali ze mną. Fajny okres był…
Kacmajor wyraźnie łapie moment refleksji. Mamrocze coś pod nosem.
KACMAJOR: - Może nie dla wszystkich się skończył dobrze, ale…
Można odnieść wrażenie, że guru się rozkleja. Mówi tylko, że jest ok. Mateusz pyta, co się stało, że sekta się rozpadła.
KACMAJOR: - Stało się to, że to poszło nie w tą stronę, w którą trzeba. Ja nie mogłem nad tym zapanować. Więc rozwiązałem sektę. Nie, że ona się rozpadła. Bo ja pod koniec sekty siedziałem rok w areszcie tymczasowym i oni zostali sami, mnie nie było przez rok… I się nie rozpadli. Dopiero jak wróciłem z tego aresztu to się zaczęło to sypać. Ale kiedyś się całości dowiesz, będzie w książce, będą nagrania, będą rozmowy. Bo wiesz, pytań jest dużo, a odpowiedzi musi być tyle, ile pytań. Nie boję się tego tematu wcale i nie uważam, że to co było, było złe. Bo ja z tego wszystkiego wyciągnąłem wnioski. Tam były błędy, bo to zawsze się zdarzają. Każdy popełnia błędy. W Izraelu kiedyś… Jeszcze większe błędy popełniali, królowie, prorocy. Nie mam się czym martwić. Pismo znam na pamięć…
Kacmajor wyjaśnia, że w sumie to nie zna Pisma Świętego na wyrywki, ale jak ktoś go o coś zapyta, to on wie co i jak. Mateusz pyta, jak to jest ze zbawieniem, bo różne religie podchodzą do tego różnie.
KACMAJOR: - Niech oni się wszyscy pi***olą!! Przepraszam. Nic nie wiedzą, ku*wa. Bóg powiedział: „Zależy mi na zbawieniu wszystkich ludzi.” Kumasz? Jeżeli komuś na czymś zależy, to to robi, tak? Nie ma takiego padalca, co by nie był zbawiony. Kiedyś, ale to kwestia na dwie godziny rozmowy…
Bóg jest laptopem, Chrystus telefonem
Mateusz dopytuje o czyściec, piekło…
KACMAJOR: - Jaki czyściec, ku*wa, jakie piekło? Nic takiego nie istnieje! Wiesz, gdzie jest piekło? Nie wiesz? Piekło jest w człowieku. Piekło jest w cierpieniu człowieka. Jeśli cierpi tutaj, to jest w piekle. Czyściec? A co to jest takiego? A gdzie to jest napisane? Nawet słowa nie ma w Piśmie o czyśćcu. Pół słowa, litery… Pi***olą, wymyślają, żeby kasę tłuc. Modlitwy za dusze czyścowe… Przecież ten cały pi***olony Kościół oparty jest na hajsie, na niczym więcej, ku*wa. Widziałeś te kolumny w Watykanie, takie pokręcone? Ty wiesz, ile taka kolumna kosztuje z marmuru takiego jak tam jest? Ty sobie wyobrażasz, ile domów za jedną kolumnę można by kupić? Dla bezdomnych na przykład… Oni będą mieli najgorzej, bo kłamią. Bogu… Tam pisze, że fałszywi przywódcy będą mieli najgorzej. I będą. Ich sprawa… kłamać. Ja zawsze wierzyłem w boga i Chrystusa. Moja rodzina była full ateistyczna. Moja matka nie wierzyła, bracia nie wierzyli, siostra nie wierzyła. Siostra teraz wierzy. Matka pod koniec życia też uwierzyła…
Kacmajor rozwija wątek religijny. Czuje się w nim mocny. Opowiada o Chrystusie, świętym Pawle, wierzących i niewierzących.
KACMAJOR: - Ja zawsze wierzyłem w Chrystusa przede wszystkim. Przez to, co on zrobił.
Mateusz dopytuje czy bóg i Chrystus to to samo.
KACMAJOR: - To jest to samo, tylko w innej postaci. Ja ci coś powiem. Masz komputer? Laptopa masz? Ja mam laptopa też, kupiłem sobie dobrego takiego. I masz komórę? No. Z komputera możesz więcej, a z telefonu możesz mniej. Pan bóg jest komputerem, najlepszym na świecie, a Chrystus jest, nie uwłaczając Chrystusowi oczywiście, jest telefonem. Dobrym telefonem, oczywiście. Najlepiej Samsungiem…. Hehehe, bo lubię Samsungi.
Wątek sakralny dłuży się. Mówi, że boga traktuje jak przyjaciela. Nie jak wroga, który go wtrąci do piekła za grzechy. Kacmajor mówi o śmierci, zaciągając się tytoniowym skrętem.
KACMAJOR: - Pierwsza śmierć jest wtedy, gdy umierasz w tym ciele. A wcale nie musisz, oczywiście. Chrystus powiedział do swoich uczniów przed samym odejściem. „Jak ja przyjdę następnym razem, na ziemię, to ty będziesz na tej ziemi”. Czyli z tego co mówił, by wynikało, że on będzie żył, żył, żył, do samego przyjścia. No ale nie, mógł umrzeć i po prostu urodzić się jeszcze raz. Wiesz, to co mówią Hindusi, buddyścio wielości żyć to jest prawda. Człowiek żyje wiele razy i dojrzewa.
Kacmajor gubi wątek, ale kwituje swój kanoniczny wykład stwierdzeniem, że zbawienie jest dla wszystkich.
Ciąg dalszy w piątkowym Dzienniku Wschodnim.














Komentarze