Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Szkoła kieszonkowców

Jak Lublin szkolił mistrzów kradzieży

Najbardziej sprytni przed wojną byli ci ze słynnej szkoły lwowskiej. Działali tak przebiegle, że niezwykle trudno było złapać ich na gorącym uczynku. O kieszonkowcach grasujących w mieście już po wojnie do dziś krążą legendy.
Jak Lublin szkolił mistrzów kradzieży
Mroczny klimat lubelskiego półświatka…
Kieszonkowcy bardzo często wykorzystywali tłok w trolejbusach i autobusach
Złodzieje kieszonkowi wybierali swoje ofiary wśród tłumu

Autor: Jacek Mirosław

Wśród mistrzów tego fachu byli tacy, którzy w tłumie potrafili wyjąć komuś z kieszeni portfel, zabrać z niego jedynie pieniądze i wsunąć go z powrotem na miejsce tak, że ofiara niczego nie zauważała. Większość lubelskich kieszonkowców – a na pewno tych bardziej znanych ówczesnej milicji – wywodziła się jednak z „szkoły” lubelskiej. Funkcjonowała ona w latach 60. i 70. XX wieku w opuszczonych, rzadko odwiedzanych podziemiach Starego Miasta. W ciasnych, wilgotnych i zazwyczaj ciemnych piwnicach przyszli adepci uczyli się podstaw złodziejskiego fachu.

– „Nauczyciele” dbali o stworzenie warunków jak najbardziej zbliżonych do naturalnych – wspomina jeden z emerytowanych funkcjonariuszy, który przez kilkadziesiąt lat ścigał złodziei kieszonkowych – Ściskali się jeden obok drugiego i po kolei ćwiczyli, jak niepostrzeżenie wyjąć portfel z kieszeni albo otworzyć damską torebkę.

„ZŁOTE RĄCZKI”

Jedna z lekcji była poświęcona tzw. zasłonce. Złodzieje uczyli się, jak dostać się do torebki: podchodzili do kobiety z przewieszoną przez ramię kurtką, przykrywali nią torebkę, a następnie otwierali ją i wyciągali portfel. Wszystko odbywało się w ciągu kilku sekund i w taki sposób, by nie wzbudzić żadnych podejrzeń.

Również na Starym Mieście ćwiczono wyjmowanie portfela z tylnej kieszeni spodni bez bezpośredniego dotykania go. Wystarczyło wsunąć palce do kieszeni i delikatnie podciągnąć podszewkę, aż portfel sam wysuwał się na zewnątrz. Była to technika wymagająca wprawy i wyczucia.

Cennym łupem były także modne kiedyś i drogie wieczne pióra, które wielu mężczyzn nosiło ostentacyjnie w górnej kieszeni marynarki. I tego również uczono w lubelskiej „szkole”. Sposób był prosty, ale skuteczny: złodziej trzymał zwiniętą w rulon gazetę, podchodził do swojej ofiary i zaczepiał jej brzeg o skuwkę pióra. Następnie delikatnie wysuwał je z kieszeni, chowając wewnątrz rulonu, który obracał w swoją stronę.

SINGIEL „PALMA”

Jednym z najbardziej znanych lubelskich kieszonkowców lat 70. był złodziej o pseudonimie „Palma”. Niezwykle przystojny, zawsze elegancko ubrany w drogie, często zagraniczne stroje, a przy tym stroniący od alkoholu. Już na pierwszy rzut oka budził zaufanie, dlatego niewiele osób podejrzewało go o złodziejstwo. Kradł głównie w autobusach i na dworcach, działał samotnie i bardzo ostrożnie.

– Najczęściej można go było spotkać w okolicach toalet na placu Litewskim – dodaje były milicjant. – To było jedno z miejsc spotkań miejscowego środowiska homoseksualnego.

Milicjanci dobrze wiedzieli, czym zajmuje się „Palma”, jednak przez długi czas nie byli w stanie niczego mu udowodnić. Mimo licznych nalotów na jego mieszkanie na Starym Mieście nie znaleziono tam żadnych „fantów”. Uchodził za wyjątkowo przezornego – podobno nawet na najdrobniejsze rzeczy posiadał paragony. Przez lata pozostawał nieuchwytny. Ale i jemu któregoś dnia podwinęła się noga.

URODZIWA „LALKA” I BEZCZELNA „LENA”

W tym samym czasie śledczym dawała się we znaki „Lalka” – jedna z wielu kobiet działających w tym fachu. Była wyjątkowo urodziwa, elegancka i zadbana, przyciągała uwagę mężczyzn. Przesiadywała w lepszych lokalach, czekając na tzw. fundatorów. Jej metoda była prosta: zamawiała alkohol, który pił głównie jej towarzysz. Gdy ten tracił czujność i przysypiał, dyskretnie wyjmowała mu portfel.

Jej konkurentką była „Lena”, równie sprytna, lecz bardziej bezczelna. Działała w podobny sposób, jednak potrafiła po wszystkim obudzić klienta i zażądać zapłaty rachunku. Nie miała stałego opiekuna, ale – jak opowiadano – dla bezpieczeństwa nosiła w torebce kilogramowy odważnik.

Wśród kieszonkowców był też „Maryś”, który swoją ksywkę zawdzięczał chłopięcemu wyglądowi. W latach 60. i 70. okradał głównie pasażerów komunikacji miejskiej. Potrafił uśmiechać się do ofiary i jednocześnie wyjmować jej portfel. Jego historia zakończyła się tragicznie - po próbie ucieczki za granicę zginął podczas policyjnego pościgu w Niemczech. Zastrzelił go tamtejszy policjant.

CZASEM SIĘ WPADŁO

Kilkadziesiąt lat temu kieszonkowcy mogli liczyć na znacznie większe łupy niż dziś. Ludzie nosili przy sobie gotówkę, często duże sumy, ponieważ nie istniały jeszcze karty płatnicze ani bankomaty. Pod koniec lat 70. jeden z lubelskich przedsiębiorców, właściciel betoniarni, stracił w autobusie aż 70 tysięcy złotych – równowartość dobrej miesięcznej pensji. Poszkodowany od razu poszedł na komisariat. Podał rysopis domniemanego sprawcy. Pasował jak ulał do znanego w mieście złodziejaszka. Milicjanci pojechali go szukać. Traf chciał, że kiedy tylko wyszli z komisariatu, zobaczyli za szybą przejeżdżającego autobusu kieszonkowca. Zatrzymali pojazd. Weszli do środka. Złodziej próbował coś ukryć między siedzeniami. Było to skradzione 70 tys. zł. Tym razem złodzieja udało się szybko zatrzymać, jednak większość ofiar nie miała tyle szczęścia.

DZIEŃ DOBRY PANIE WŁADZO

Kieszonkowcy mieli swoje ulubione miejsca „pracy”. Były to przede wszystkim plac Litewski oraz dworzec kolejowy, nazywany w złodziejskim żargonie „berzą”. Po pracy wielu z nich spędzało czas w restauracjach „Lublinianka” i „Europa”, gdzie spotykali się, świętowali udane „akcje” i nawiązywali kontakty.

Zwalczaniem kieszonkowców zajmowała się specjalna grupa milicjantów z IV komisariatu. Początkowo nie byli oni specjalnie szkoleni, jednak z czasem sami nauczyli się rozpoznawać złodziei z daleka i działać w taki sposób, by ich nie spłoszyć. Relacje między obiema stronami bywały na tyle specyficzne, że niektórzy kieszonkowcy zaczęli nawet kłaniać się funkcjonariuszom na ulicy.

W milicyjnych kartotekach znajdowały się setki zdjęć podejrzanych. Problem pojawiał się wtedy, gdy do miasta przyjeżdżali kieszonkowcy z innych ośrodków, najczęściej z Radomia. Wówczas rozpoznanie sprawców stawało się znacznie trudniejsze.

BUŹKA OD KRAWCA DLA METALOWCA

Zdarzało się, że złodzieje spotykali się po „pracy” w jednej restauracji. Niekiedy podchodzili do muzyków i zamawiali utwory z dedykacją, posługując się przy tym przestępczym żargonem. Modne były wówczas na przykład życzenia wszelkiej pomyślności dla spółdzielni metalowej od spółdzielni krawieckiej. Tylko nieliczne grono lokalu widziało, co się kryje za tymi życzeniami. W przestępczym żargonie „krawiec” oznaczał kieszonkowca, a „metalowiec” – złodzieja, który potrafi otworzyć każdy zamek w drzwiach.

Najwięcej kieszonkowców mieszkało przez lata na Starym Mieście. Dla wielu był to fach przekazywany z pokolenia na pokolenie. Zdarzało się, że zajmowały się nim już dzieci — nawet dziesięcioletnie – często zmuszane do tego przez własnych rodziców.

Dziś gotówkę w dużej mierze zastąpiły karty płatnicze i przelewy, a tradycyjnych kieszonkowców coraz częściej wypierają oszuści działający w sieci. Jednak historia lubelskiej „szkoły” pokazuje, że złodziejstwo bywało kiedyś traktowane niemal jak rzemiosło – wymagające precyzji, cierpliwości i perfekcyjnego opanowania techniki.

Choć podziemia Starego Miasta już dawno opustoszały, opowieści o ich dawnych „uczniach” wciąż krążą wśród mieszkańców. I przypominają, że każda epoka ma swoich specjalistów od cudzej własności – zmieniają się tylko narzędzia.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama