Wchodzimy do gabinetu prezydenta Żuka. 68-letni polityk zajmuje przestronne pomieszczenie na drugim piętrze ratusza. I nie bawi się w kurtuazyjny „small-talk”. Przed nim leży gruby plik dokumentów. Rzadko się nimi jednak posiłkuje.
Rozmawiamy o tych, którym Polska zawdzięcza obecną pozycję w Europie, członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. O jego przemyśleniach na temat piętnastu, prawie szesnastu latach sprawowania władzy w Lublinie. I o tym, czy ten sam Lublin w ostatnich latach nie wyhamował w rozwoju. O krzywdzącym haśle: „Stąd wszyscy wyjeżdżają”. O kwestiach, w których zgadza się z prezydentem Karolem Nawrockim. O rynku branży dla młodych. O rozwijającej się w mieście branży IT. O groźbie zapaści demograficznej i nierównościach społecznych. O sporcie i kulturze. O inwestycjach. O modernizacji Podzamcza, podziemnym parkingu na Placu Zamkowym, galerii Alchemia za ratuszem. O rosnącym długu. O konieczności zaciągania kredytów. O ambicjach politycznych.
Jeszcze kwadrans po wyłączeniu dyktafonu prezydent Żuk, który poświęcił nam półtorej godziny, tłumaczy zawiłości podejmowanych przez siebie decyzji i szeroko pojętej filozofii rządzenia miastem.
***
- Kto jest pana życiowym autorytetem?
- Musiałbym wymienić kilkadziesiąt osób. Wybitnych nauczycieli, wykładowców uniwersyteckich, ludzi, których spotykałem na swojej drodze zawodowej i z którymi miałem przyjemność współpracować. Są to przede wszystkim ci, którzy przeprowadzili Polskę przez okres transformacji, poświęcając swoje życie budowie niepodległego, suwerennego gospodarczo i politycznie państwa. Wielu z nich już nie żyje, ale mnóstwo im zawdzięczamy, choćby naszą obecną pozycję w Europie, członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. To z pewnością Bronisław Geremek, bohater opozycji w czasach PRL, minister spraw zagranicznych pod koniec XX wieku, postać niesłusznie niemal zapomniana. Bez niego, a także bez jego poprzednika w MSZ, Krzysztofa Skubiszewskiego, nie bylibyśmy w NATO. Nie mielibyśmy też takiego punktu wyjścia, w którym zarówno Stany Zjednoczone, jak i inni partnerzy z Sojuszu Północnoatlantyckiego, zdecydowali się na umorzenie części naszego zadłużenia odziedziczonego po poprzednim systemie politycznym.
- W Lublinie rządzi pan od piętnastu, blisko szesnastu lat. Jaką cechę powinien mieć dobry prezydent?
- Przede wszystkim odpowiedzialność. Na tym stanowisku ma ona ogromne znaczenie, i to nie tylko w wymiarze politycznych deklaracji czy realizacji programu, lecz przede wszystkim wobec ludzi, którzy pokładają w prezydencie osobistą nadzieję.
- To aż tak odczuwalne?
- Mieszkańcy oczekują, że zostanie zrealizowane to, co jest dla nich naprawdę ważne. Wybory są ostateczną weryfikacją. Dlatego od początku przyświecało nam przekonanie, że Lublin powinien być miastem dobrym do życia dla naszych dzieci i wnuków. Takim, z którego nie będą musieli wyjeżdżać do Warszawy, Krakowa czy Katowic, a tym bardziej za granicę, do Niemiec czy Anglii. Przez kilkanaście lat wspólnej pracy udało się stworzyć warunki, dzięki którym młodzi ludzie chcą zostać w Lublinie i mogą tu planować swoją przyszłość.
- Z danych i prognoz GUS i Wojewódzkiego Urzędu Pracy wynika, że województwo, a także jego stolica, mierzą się ze zjawiskiem tak zwanego drenażu mózgów.
- To nieprawdziwy obraz sytuacji. A populistyczne hasło „stąd wszyscy wyjeżdżają” nie oddaje rzeczywistości.
- Potrafi pan dowieść, że Lublina nie opuszczają stale młodzi, wykształceni i wykwalifikowani ludzie?
- W 2005 roku prezydent Adam Wasilewski zaproponował mi funkcję wiceprezydenta. Wspólnie opracowywaliśmy strategię rozwoju miasta, która później przyjęła nazwę „Strategia Rozwoju Lublina na lata 2013-2020”. Jednym z jej kluczowych elementów była walka ze zjawiskiem migracji wysoko wykwalifikowanych specjalistów poprzez tworzenie przestrzeni dla młodych absolwentów szkół wyższych, przede wszystkim miejsc pracy w branżach priorytetowych, odpowiadających ich kwalifikacjom. I w ciągu ostatnich dwudziestu lat powstało ich bardzo wiele.
- Prezydent Karol Nawrocki mówił niedawno, że 75 procent uczniów lubelskich szkół średnich podejmuje studia właśnie w Lublinie. Miał rację?
- Rzadko zgadzam się z prezydentem Nawrockim, ale w tym przypadku mogę potwierdzić jego słowa. Blisko 80 procent absolwentów szkół średnich kontynuuje naukę na naszych uczelniach.
- Wielu młodych ludzi twierdzi jednak, że po studiach w Lublinie nie ma tak atrakcyjnych miejsc pracy, jak w Warszawie czy na zachodzie kraju.
- Wrażenie, że młodzi wyjeżdżają po studiach, wynika między innymi z faktu, że blisko połowa absolwentów, z około 15 tysięcy osób rocznie, pochodzi spoza Lublina. Przyjeżdżają z całego województwa, a także z regionów sąsiednich, jak świętokrzyskie czy podkarpackie. Również coraz więcej studentów z Mazowsza wybiera Lublin, ze względu na wysoki poziom kształcenia i znacznie niższe koszty życia, zwłaszcza wynajmu mieszkań, niż w Warszawie. Po studiach część z nich naturalnie wraca do swoich rodzinnych miejscowości, a część poszukuje dalszych możliwości rozwoju zawodowego gdzie indziej.
- Jak skuteczniej ich zatrzymywać?
- Na wszystkich uczelniach w Lublinie studiuje ponad 6 tysięcy studentów na kierunkach informatycznych. Doprowadziliśmy do sytuacji, w której firmy z branży IT mogą swobodnie rekrutować pracowników spośród około 600 absolwentów rocznie. W niektórych sektorach zaczynamy osiągać równowagę między podażą a popytem na pracę. Znam też wiele osób, które wyjechały, zdobyły doświadczenie i unikalne kompetencje, a następnie wróciły, żeby rozwijać w Lublinie własne firmy zarówno usługowe i produkcyjne. Staramy się wykorzystywać procesy globalizacyjne i tworzyć warunki, w których młodzi ludzie znajdują tu atrakcyjne oferty pracy.

- Niewątpliwie jednak Lublin się wyludnia.
- Wyludniają się wszystkie miasta w Polsce. Lublin nie jest tu ani wyjątkiem, ani szczególnym przypadkiem. Jeśli liczba mieszkańców spada o około 1,5 do 2 tysięcy rocznie, to w dużej mierze dlatego, że część osób buduje domy w sąsiednich gminach. Nadal jednak pracują w Lublinie, tu posyłają dzieci do szkół i pozostają związani z miastem. W ostatnich latach prowadziliśmy analizy, z których wynika, że liczba mieszkańców w gminach ościennych rośnie, natomiast w skali całej aglomeracji czy obszaru metropolitalnego pozostaje na stabilnym poziomie. Oczywiście rodzi się zbyt mało dzieci i nie można lekceważyć trendów demograficznych, ale sytuacja Lublina nie jest tak trudna, jak w przypadku Opola czy całego województwa opolskiego, gdzie dynamicznie rośnie udział osób w wieku poprodukcyjnym, co w dłuższej perspektywie hamuje rozwój gospodarczy.
- A jak wygląda to u nas?
- Na razie liczebność grup w wieku produkcyjnym i poprodukcyjnym pozostaje względnie zrównoważona.
- „Na razie”, bo w ciągu dwóch kolejnych dekad może to stać się problemem.
- Obecnie obserwujemy niewielką przewagę osób starszych, które stanowią ponad 20 procent mieszkańców, podczas gdy młodzi, uczący się i kształcący, to około 19 procent. Problem pojawi się, jeśli utrzyma się obecnie niski poziom urodzeń w Polsce.
- Niedawno odnaleźliście kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Lublina, którzy wcześniej nie byli ujęci w systemie opłat za wywóz odpadów.
- Około 30 tysięcy osób nie płaciło dotąd za wywóz śmieci. To jednak tylko część obrazu. Kluczowe jest to, że stosujemy własną metodologię szacowania liczby mieszkańców. Dane GUS, według których Lublin liczy około 330 tysięcy osób, są naszym zdaniem zaniżone. Rozmawiałem z wiceprezesem GUS, który przyznał, że w ich metodologii może „ginąć” od 10 do 20 tysięcy mieszkańców.
- Czyli dane są niedoszacowane.
- Tak, ale uważamy, że skala tego niedoszacowania jest jeszcze większa. Jeśli uwzględnić studentów, niezameldowanych pracowników i osoby funkcjonujące poza oficjalnymi rejestrami, w tym także obywateli Ukrainy i Białorusi, to realnie jesteśmy metropolią liczącą blisko 400 tysięcy mieszkańców.
- Jak sprostać temu, że w Lublinie zarabia się znacznie mniej niż w zachodniej części Polski?
- To konsekwencja wieloletnich zaległości inwestycyjnych. Już w minionym ustroju istniał podział na Polskę A i Polskę B. Nakłady państwowe kierowano głównie do regionów, które aktualnie należą do najzamożniejszych, czyli na Śląsk, Pomorze, zwłaszcza do Gdańska, czy do Warszawy. Lubelszczyzna do dziś nadrabia zapóźnienia infrastrukturalne. Ten proces trwa i przynosi efekty, ale w wielu obszarach wciąż trudno konkurować ze Śląskiem czy innymi silnymi gospodarczo regionami. Dopiero dostęp do funduszy europejskich uruchomił znaczące źródła finansowania zarówno w formie dotacji i kredytów czy pożyczek z Europejskiego Banku Inwestycyjnego i polskich banków. To pozwoliło przyspieszyć rozwój infrastruktury. Dlatego kilkanaście lat temu tak zabiegaliśmy o budowę dróg S17 i S19. To kluczowe połączenia, które otwierają Lublin i region na świat, a dla inwestorów stanowią wyraźny sygnał, że warto tu lokować kapitał.
- I dlatego powstał Port Lotniczy Lublin?
- Tak, i co istotne, jako jedyny samorząd w Polsce sfinansowaliśmy tę inwestycję bez udziału środków rządowych. Jedna trzecia pochodziła z funduszy europejskich, jedna trzecia z wkładu miasta i samorządu województwa, a pozostała część z emisji obligacji, czyli finansowania pozyskanego za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego. Lotnisko miało być magnesem dla inwestorów i taką rolę spełnia. Wielu z nich zdecydowało się ulokować działalność w strefie ekonomicznej właśnie ze względu na dostęp do infrastruktury lotniczej, w tym funkcji cargo.
- Mówi pan o dynamicznym rozwoju miasta na początku swoich rządów. Czy jednak w ostatnich latach Lublin nie wyhamował?
- To nieprawdziwa teza. Nie chcę wchodzić w spory polityczne, ale mam świadomość, skąd taka narracja się pojawia.
- Pana krytycy twierdzą, że brakuje dużych i spektakularnych inwestycji. Że miasto stało się przeciętne.
- Specjalną strefę ekonomiczną uruchomiliśmy w 2007 roku i od tego czasu systematycznie przyciągamy nowych inwestorów, również w ostatnich pięciu latach. Niedawno wręczyliśmy firmie Aliplast zgodę na rozbudowę zakładu w Podstrefie Lublin Specjalnej Strefy Ekonomicznej EURO-PARK Mielec. To inwestycja o wartości ponad 65 milionów złotych, która przyniesie 60 nowych miejsc pracy. I już dziewiąty projekt tej firmy w Lublinie, a kolejny jest w przygotowaniu. Zatrudnia ona blisko tysiąc osób. A zaczynała od stu. W strefie działa 75 firm, w tym wiele o porównywalnej skali. Dotychczasowe nakłady inwestycyjne inwestorów w Podstrefie wyniosły ponad 2,6 miliarda złotych, a zatrudnienie znalazło już ponad 7 tysięcy pracowników. Dynamika rozwoju gospodarczego Lublina pozostaje więc wysoka.

- Stopa bezrobocia w Lublinie wynosi poniżej pięciu procent. Obiektywnie, to dużo czy mało?
- W przemyśle zatrudnienie sięga około 26 tysięcy osób, a w sektorze IT i telekomunikacji około 10 tysięcy. To efekt świadomej strategii budowy silnego ośrodka technologicznego i dostosowania oferty uczelni do potrzeb rynku pracy. W Lublinie działa już około 80 firm z sektora IT i ICT, które powstały w ostatnich latach i stale zwiększają zatrudnienie. Do tego dochodzą inwestycje w biotechnologii i rozwój przemysłu spożywczego. Przykładem jest dawna chłodnia na Zadębiu, w którą zainwestował koncern z Belgii. Albo regularnie realizowane inwestycje Grupy Maspex, które sięgają już prawie 300 milionów złotych, w trakcie realizacji jest już kolejna o wartości 180 milionów złotych.
- To pana odpowiedź na opinie płynące z kręgów opozycji, że Lublin sprzeciętniał?
- Lublin się nie zatrzymał, ale po okresie bardzo dynamicznego wzrostu wszedł w etap rozwoju prowadzonego w znacznie trudniejszych warunkach zewnętrznych. Nie oznacza to jednak stagnacji. Oznacza zmianę otoczenia, w którym trzeba prowadzić politykę rozwoju. Warto zauważyć, że nawet w tym trudniejszym czasie utrzymały się i rozwijały branże, takie jak logistyka czy sektor związany z technologiami o podwójnym zastosowaniu. To pokazuje, że gospodarka Lublina nie opiera się na jednym filarze. Ma strukturę bardziej zdywersyfikowaną, przez co bardziej odporną na globalne wstrząsy. I właśnie ta dywersyfikacja, zapisana w strategii Lublina, teraz pracuje na rzecz stabilności miasta.
- Ale takie odczucie o zahamowaniu rozwoju Lublina istnieje wśród części mieszkańców i nie powinno się go lekceważyć.
- Warto zauważyć, że wiele inwestycji zostało wstrzymanych w związku z wojną w Ukrainie. W Europie, i szerzej na świecie, konflikt ten jest postrzegany jako poważne zagrożenie dla regionu. W rozmowach z inwestorami z Francji, Stanów Zjednoczonych czy Izraela widzieliśmy wyraźne spowolnienie decyzji, mimo że w niektórych przypadkach negocjacje były już na zaawansowanym etapie.
- Obawiali się bliskości granicy z Ukrainą?
- Nie chodzi wyłącznie o strach. Kluczowy problem polega na tym, że wielu inwestorów planowało kierować swoją ofertę przede wszystkim na rynki Ukrainy i krajów sąsiednich. Lublin ma bardzo dobre położenie jako hub logistyczny do obsługi tych kierunków w zakresie dostaw towarów i usług, a także uruchamiania produkcji. Podsumowując, nie dostrzegam spowolnienia tempa rozwoju miasta ani spadku liczby inwestycji, chyba że oceniamy sytuację przez pryzmat ograniczonego dostępu do rynków wschodnich.
- W odbiorze prezydentury ważne są jednak także duże, spektakularne projekty. Coś jeszcze bardziej przyciągającego uwagę niż Dworzec Metropolitalny. Nie widzę w ostatnich latach niczego podobnego.
- Od obchodów 700-lecia nadania Lublinowi praw miejskich w 2017 roku konsekwentnie realizujemy politykę podnoszenia jakości życia mieszkańców poprzez rozwój kultury i sportu.
- W sporcie rzeczywiście widać efekty.
- I to bardzo wyraźne. Hasło „Lublin – miasto sportu” nie wymaga wyjaśnień.
- Wilfredo León w Bogdance LUK Lublin, Bartosz Zmarzlik w Orlen Oil Motorze Lublin, piłkarski Motor w Ekstraklasie, Start w PLK, PGE MKS El-Volt Lublin w Superlidze, mistrzostwo kraju koszykarek AZS UMCS, medale olimpijskie Julii Szeremety i Aleksandry Mirosław…
- Nie ma w Polsce drugiego miasta, które, tak konsekwentnie inwestując w sport dzieci i młodzieży i w sport profesjonalny, osiągałoby podobne rezultaty. Dziewięć drużyn w najwyższych klasach rozgrywkowych to wynik bez precedensu. Oczywiście, to wymaga znaczących nakładów. Każdy z dużych klubów w grach zespołowych otrzymuje od miasta około 3-5 miliona złotych rocznie, a dodatkowo nieodpłatnie udostępniamy infrastrukturę: stadiony czy Halę Globus. Niedawno dyskutowaliśmy choćby o kosztach utrzymania murawy i stadionu Motor Lublin Arena. Klub otrzymał w 2025 roku około 5 milionów złotych rekompensowanej dotacji z budżetu miasta. Do tego dochodzi bezpłatne udostępnianie stadionu, co dla MOSiR oznacza koszt rzędu około 2,5 miliona złotych rocznie. Piłkarski Motor nie ponosi tych wydatków, co daje klubowi ponad 7 milionów złotych dotacji i oszczędności rocznie. W połączeniu z przychodami z biletów i praw telewizyjnych tworzy to już poważny budżet, nie wspominając o wkładzie głównego inwestora.
- Zbigniew Jakubas, właściciel Motoru, stwierdził ostatnio, że „miastu nie zależy na rozwoju klubu”.
- Jeśli wkład na poziomie 7 milionów złotych rocznie i stadion wypełniony kibicami uznaje się za nieistotny, to chętnie porównam Lublin z przykładami wsparcia w innych miastach. Nie chcę jednak polemizować z inwestorem, tym bardziej, że wspólnie tworzymy silny piłkarski klub w naszym mieście, a kwestia wymiany murawy na stadionie została rozwiązana w sposób satysfakcjonujący dla wszystkich stron. Pamiętam jednak czasy, gdy sport w Lublinie był marginalizowany. Naszym celem było zbudowanie przekonania wśród mieszkańców, że jest to ważny element życia miasta i to się udało.
- A czy jednak nie jest to ślepa uliczka? Sport zawodowy integruje społeczność, ale bywa też studnią bez dna.
- Proszę zauważyć: gdy mieszkańcy mają wybór między budową drogi osiedlowej a stadionu, zwykle wybierają drogę. Dlatego budowa Areny Lublin budziła tak duże emocje, szczególnie w czasach, gdy Motor grał jeszcze w niższych ligach. Była to jednak decyzja strategiczna, oparta na przekonaniu, że nowoczesna infrastruktura podnosi poziom sportu. Po latach widać, że to był słuszny kierunek. „Lublin – miasto sportu” stało się faktem i jednym z wyraźnych sukcesów miasta. Podobnie jak „Lublin – miasto kultury”.
- A Lublin jest miastem kultury?
- Najlepszym dowodem na drogę, jaką przeszliśmy w tym obszarze, jest zdobycie tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2029.
- Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przekaże Lublinowi w latach 2026–2031 ponad 56 milionów złotych na realizację programu. Na co zostaną przeznaczone te środki?
- Na działania zapisane w zwycięskiej aplikacji, przygotowanej w duchu idei RE:UNION. Zabezpieczyliśmy te środki w Wieloletniej Prognozie Finansowej. Tworzymy nowe instytucje, poza Europejską Stolicą Kultury Lublin 2029 to także Krajowe Centrum Choreograficzne, które było dla mnie szczególnie ważnym projektem. Przed nami długi proces przygotowań: inwestycji, stopniowego zwiększania nakładów i, co równie istotne, zmiany mentalnej w środowiskach kultury i w nas samych. Przechodziliśmy już podobne procesy w innych dziedzinach. Jeszcze dekadę temu nasze uczelnie zmagały się z problemami demograficznymi i wyzwaniami jakościowymi. Dziś Lublin jest postrzegany jako silny ośrodek akademicki.
- Nie przesadza pan z tą oceną?
- Politechnika Lubelska ma bardzo wysokie parametry jakościowe, w niektórych obszarach przewyższające nawet Politechnikę Warszawską, która przez lata była symbolem najlepszej uczelni technicznej w Polsce. Ma więcej patentów i wdrożeń. To naprawdę bardzo dobra uczelnia. Podobnie niedoceniany bywa Uniwersytet Przyrodniczy, który w zakresie nowoczesnych technologii produkcji i przetwarzania żywności należy do krajowej czołówki. Również UMCS przeszedł ogromną zmianę, szczególnie w obszarze jakości kształcenia i umiędzynarodowienia, między innymi dzięki programowi „Study in Lublin”. W efekcie, obok Warszawy, to właśnie Lublin utrzymał stabilną liczbę studentów. Uniwersytet Medyczny to znana marka, a uczelnie niepubliczne stale poprawiają swoje miejsca w rankingach. Nie mamy powodów do kompleksów, nasi naukowcy uczestniczą w tych samych projektach badawczych co zespoły z Anglii, Hiszpanii, Francji czy Niemiec.
- Na ile tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2029 będzie czymś realnym dla mieszkańców, a nie tylko symboliczną wizytówką?
- Dla mieszkańców Lublina znaczenie kultury jest już oczywiste. Pracujemy nad tym konsekwentnie od wielu lat. Po przegranej rywalizacji o tytuł ESK z Wrocławiem środowisko kulturalne się zmobilizowało i wypracowało długofalową strategię. Przełomowy był rok 2017 i jubileusz 700-lecia miasta, kiedy zrealizowaliśmy około tysiąca wydarzeń kulturalnych, teraz na „co dzień” jest ich 600-700 rocznie. To realnie podnosi jakość życia i buduje coś niezwykle ważnego: dumę z miasta. To właśnie kultura, sport, akademickość i aktywność obywatelska wzmacniają poczucie postawy pod tytułem „to jest moje miasto”. Europejska Stolica Kultury będzie narzędziem dalszego wzmacniania tego pozytywnego wizerunku.
- Czyli będzie się dużo działo?
- Oczywiście, będą festiwale, których mieszkańcy oczekują. Ale to nie będzie wyłącznie seria takich wydarzeń. Najważniejsze będą procesy, które nas zmienią. Podobne doświadczenie mieliśmy przy napływie uchodźców z Ukrainy. Przez miasto przeszły około dwa miliony osób, kilkaset tysięcy zatrzymało się na dłużej, a kilkadziesiąt tysięcy zamieszkało na stałe. To była ogromna próba organizacyjna i społeczna. Zarządzanie Lublinem stało się znacznie bardziej wymagające niż kilkanaście lat temu.
- Bo jest bardziej wielokulturowy?
- Lublin zawsze był miastem wielokulturowym. Jest to trudniejsze z uwagi na rosnące oczekiwania mieszkańców.
- Oczekiwania czy roszczenia?
- Oczekiwania. Mieszkańcy zobaczyli, że mają realny wpływ i chcą współuczestniczyć w rozwoju miasta. Są aktywni, w dzielnicach, organizacjach pozarządowych, inicjatywach lokalnych. To wymagający, ale bardzo wartościowi partnerzy. Liczba spotkań i rozmów, które prowadzę przez lata prezydentury, rośnie bardzo szybko. Powstaje wiele inicjatyw odpowiadających na konkretne problemy społeczne, gospodarcze i kulturalne. Widać też, jak duży wpływ na przestrzeń miasta i działania społeczne ma wrażliwość młodego pokolenia.
- Z jakimi sprawami przychodzą mieszkańcy?
- Choćby w ubiegłym tygodniu rozmawiałem z organizacją zajmującą się zdrowiem psychicznym dzieci i młodzieży. Przedstawili konkretne problemy i przykłady dotyczące wpływu hejtu czy przemocy rówieśniczej na kondycję psychiczną młodych ludzi i ich rodzin. To coś zupełnie innego niż czytanie raportów, bo bezpośredni kontakt z praktykami pokazuje skalę wyzwań. Poprosiłem o przygotowanie wniosku. Chcemy zabezpieczyć finansowanie takiego programu na najbliższe trzy–pięć lat i zająć się tym na jednej z najbliższych sesji rady miasta.
- Rozmawialiśmy o potrzebie dużych projektów i coraz bardziej wymagających mieszkańcach. Czy wierzy pan, że uda się modernizacja Podzamcza, która realnie zmieniłaby oblicze miasta i stworzyłaby nowe centrum turystyczno-kulturalne?
- Już dekadę temu, przy uchwalaniu wieloletniego planu dla Podzamcza, dyskutowaliśmy o zakresie tej rewitalizacji. Media regularnie poruszały ten temat, podobnie jak środowiska zajmujące się urbanistyką i architekturą przestrzeni. Ostatecznie plan został przyjęty.
- Tyle że niewiele z niego wynikło.
- Po latach dyskusji i po konkursie przeprowadzonym wspólnie z SARP-em wybrano projekt pracowni z Gliwic, który określał funkcję Podzamcza. Problem polegał na tym, że gdy plan został uchwalony, oczekiwania mieszkańców były już inne. Długi czas procedowania sprawił, że wizja przestała odpowiadać aktualnym potrzebom. Dla przykładu: toczyła się szeroka dyskusja o połączeniu Placu Zamkowego z Podzamczem poprzez obniżenie Alei Tysiąclecia. Było to jednak niezwykle trudne do wyobrażenia ze względów finansowych, bo wiązało się to z gigantycznymi kosztami. Już wydaliśmy ponad 6 miliardów złotych na infrastrukturę, a dokładanie kolejnego, bardzo kosztownego elementu, było nierealne. Druga kwestia to łączenie funkcji komercyjnych i niekomercyjnych: hala targowa, mieszkania, niewielkie centrum handlowe. Ta koncepcja również straciła sens, zwłaszcza po powstaniu Tarasów Zamkowych, aktualnie funkcjonujących jako VIVO. Tymczasem znów wraca potrzeba stworzenia miejsca-symbolu dla Lublina.
- Plan zakłada między innymi tunel pod Aleją Tysiąclecia, Plac Zamkowy bez samochodów, odsłonięcie Czechówki, nowe błonia pod Zamkiem i wyeksponowanie dawnej dzielnicy żydowskiej.
- Mieszkańcy chcą przestrzeni, która poszerzy Stare Miasto i ścisłe centrum, a jednocześnie będzie nawiązywać do akademickiego charakteru miasta i oddychać historią. Tak jak Europejskie Centrum Solidarności stało się magnesem przyciągającym ludzi do Gdańska, tak i my potrzebujemy miejsca o podobnej sile oddziaływania. Kiedyś mówiliśmy o lubelskim „Koperniku”, jako miejscu rozwijania nowych technologii i zachęcania młodych ludzi do nauki. W 2026 roku to już za mało. Potrzebujemy przestrzeni, która skupi ludzi kreatywnych i będzie napędzać rozwój miasta.
- Czy ta modernizacja rzeczywiście ma szansę się wydarzyć, czy to raczej pomysł oderwany od realiów?
- Około połowy gruntów należy do miasta, druga część do samorządu województwa. Mamy też obszary wyłączone z urbanizacji, jak teren przy cerkwi. Chcemy zachować zieleń i wyeksponować Wzgórze Czwartek. Natomiast tereny dawnego dworca PKS, targowiska i hali LSS są przeznaczone do przekształceń. W międzyczasie powrócił pomysł „otwarcia Czechówki”.
- To realne?
- Jeśli przejdzie się wzdłuż Czechówki, widać wyraźnie, że to nie jest regularna rzeka, a raczej strumień. W jednych miejscach wody jest więcej, w innych mniej. Za VIVO również nie mamy do czynienia z rzeką, tylko bardziej właśnie ze strumieniem. Pomysł jej odsłonięcia już wcześniej budził opór. Nie mówimy jednak „nie”. Być może dzięki odpowiednim rozwiązaniom hydrotechnicznym udałoby się wprowadzić element wody do tej przestrzeni. Nie zgadzam się natomiast na prześmiewcze komentowanie tych pomysłów przez opozycję, która z założenia wszystko krytykuje.
- Czy to nie wy wychodzicie na populistów, skoro obiecujecie coś, co jest tak trudne do zrealizowania?
- Patrzymy na to w perspektywie strategicznej. Stare Miasto, Plac Zamkowy i Zamek powinny być spójnie połączone z Podzamczem, przestrzenią zniszczoną w czasie II wojny światowej, która aż prosi się o przywrócenie mieszkańcom i turystom. Powstała już koncepcja komunikacyjna dla tego terenu i analiza hydrogeologiczna, a przed nami rozpoczęcie prac nad koncepcją architektoniczno-urbanistyczną. Uporządkowanie Podzamcza to wyzwanie, ambitne i bardzo trudne do realizacji, ale warto je podjąć. Błonia pod Zamkiem zaczęliśmy rewitalizować.
- Czy Plac Litewski mógłby pełnić funkcję podziemnego parkingu?
- Nie nadaje się do tego, wbrew postulatom radnych z Prawa i Sprawiedliwości. Do dyspozycji mielibyśmy najwyżej jedną trzecią powierzchni placu. Pod ziemią znajduje się rozbudowana infrastruktura, sieci komunalne, ciepłownicze i energetyczne, a przede wszystkim instalacje obsługujące fontannę multimedialną, których nie można naruszyć.
- Proponujecie więc parking podziemny pod Placem Zamkowym.
- Tam mamy większą elastyczność. Istnieje możliwość przesunięcia kolektora ciepłowniczego i części infrastruktury, co pozwoliłoby zagospodarować przestrzeń podziemną na parking. Warunkiem jest jednak wcześniejsze obniżenie Alei Tysiąclecia.
- Jakie byłyby koszty takiej inwestycji?
- To wymaga dokładnych wyliczeń i odpowiedniego montażu finansowego. Liczymy na środki europejskie w nowej perspektywie finansowej, zwłaszcza w ramach projektów związanych ze zrównoważonym rozwojem miast, ochroną klimatu czy rewitalizacją przestrzeni nadrzecznych. Trzeba jednak jasno powiedzieć: traktujemy to jako jeden z naszych projektów strategicznych.
- Czy spółka Arkady zrealizuje galerię Alchemia między ulicami Świętoduską a Lubartowską, za ratuszem?
- Teren ten pozostaje w użytkowaniu wieczystym prywatnej spółki, decyzję w tej sprawie podjął jeszcze były prezydent Andrzej Pruszkowski. Kiedy teraz słyszę krytykę ze strony Prawa i Sprawiedliwości, warto przypomnieć, jaka była kolejność zdarzeń. Osobiście już dawno widziałbym w tym miejscu parking, bo to bardzo dobry projekt do realizacji w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Tymczasem od 2004 roku nie wydarzyło się tam nic. Staramy się więc budować realny, pozytywny scenariusz. Z mojego upoważnienia Tomasz Fulara, zastępca prezydenta, rozpoczął rozmowy z inwestorem, które zakończyły się porozumieniem i podpisaniem protokołu uzgodnień ze spółką. Działania zmierzają w kierunku budowy wielopoziomowego parkingu, a uzupełnieniem projektu ma być przede wszystkim infrastruktura gastronomiczna skierowana do turystów i mieszkańców. Zakładamy, że w ciągu najbliższych dwóch lat inwestorowi uda się doprowadzić do realizacji tego przedsięwzięcia.

- Alarmujące jest to, że zgodnie z budżetem na 2026 rok planowane zadłużenie Lublina zbliża się do trzech miliardów złotych. Dlaczego do tego doszło?
- Przede wszystkim trzeba odpowiedzieć na pytanie, z czego to zadłużenie wynika.
- Rozumiem, że chodzi o rozwój miasta?
- Dokładnie tak. I to jest bezdyskusyjne. Ustawa o finansach publicznych jasno stanowi, że samorządy mogą się zadłużać wyłącznie na cele inwestycyjne, czyli rozwojowe. W przeciwieństwie do państwa, które może finansować długiem bieżące wydatki społeczne, takie jak ZUS czy NFZ, samorządy takich możliwości nie mają.
- Tyle że to zakłada, że dzięki inwestycjom dług w pewnym momencie zacznie maleć, a nie rosnąć. Jeśli się pogłębia, to znaczy, że coś nie działa.
- To niewłaściwe założenie. Realizacja strategii inwestycyjnych, takich jak przebudowa układu drogowego, porządkowanie przestrzeni miejskiej, rozwój transportu publicznego poprzez zakup setek autobusów i trolejbusów czy budowa infrastruktury społecznej, jak szkoły i przedszkola, wymagała znaczącego wkładu własnego. Fundusze europejskie nie trafiały do nas od razu. Dobrym przykładem jest przebudowa ulicy Mełgiewskiej. Na początku mieliśmy niespełna 30 milionów złotych dofinansowania, podczas gdy cała inwestycja kosztowała ponad 110 milionów. Wiedzieliśmy jednak, że w kolejnych latach pojawią się dodatkowe środki z programu Polska Wschodnia. Do tego czasu brakującą część trzeba było sfinansować kredytem. W praktyce oznaczało to, że inwestycje realizowaliśmy dzięki połączeniu środków zwrotnych: kredytów, obligacji i funduszy europejskich. Wsparcie rządowe było minimalne. Przy skali inwestycji sięgającej sześciu miliardów złotych około połowę stanowiły środki unijne, a resztę nasza nadwyżka operacyjna i finansowanie zewnętrzne. Pierwsza duża linia kredytowa z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym wynosiła 500 milionów złotych, później kolejne 500 milionów. Były to kredyty na ponad dwadzieścia lat, z oprocentowaniem dwukrotnie czy trzykrotnie niższym niż w krajowych bankach komercyjnych. Następnie skorzystaliśmy z finansowania z Banku Rozwoju Rady Europy, około 300 milionów, na równie korzystnych warunkach. Ostatnia linia z EBI to kolejne około 500 milionów. W sumie mówimy o ponad miliardzie złotych długoterminowego, taniego i bezpiecznego finansowania.
- Nie widzi pan w tym żadnych zagrożeń?
- Nasze działania podlegają stałej kontroli Najwyższej Izby Kontroli i Krajowej Administracji Skarbowej. Nie ma mowy o nieprawidłowościach. Oprócz tego korzystaliśmy z innych form finansowania. Na przykład budowa szkoły przy ulicy Berylowej, inwestycja za ponad 70 milionów złotych została zrealizowana w modelu, w którym bank finansował wykonawcę w trakcie budowy, a po jej zakończeniu zobowiązanie zostało przekształcone w dług, który już spłaciliśmy. Podobnie było w przypadku Aqua Lublin. Otrzymaliśmy wsparcie z Ministerstwa Sportu na basen olimpijski, ale część aquaparkową, około 40 milionów złotych, sfinansowaliśmy emisją obligacji przychodowych, spłacanych z wpływów generowanych przez obiekt. Te zobowiązania również zostały już uregulowane. Chcę podkreślić jedno: korzystamy z najtańszych dostępnych źródeł finansowania.
- Ale to wciąż kredyty.
– Tak, ale o bardzo niskim oprocentowaniu i rozłożone na długi okres. Spłacamy je systematycznie. Co więcej, negocjujemy obecnie z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym kolejną linię kredytową, około 500 milionów złotych, na nową perspektywę finansową. Chodzi o to, żeby mieć środki na wkład własny i móc szybciej uruchamiać inwestycje, zanim napłyną fundusze unijne. To standardowa praktyka samorządach i biznesie. Bez finansowania zwrotnego nie byłoby miejskich inwestycji o wartości 6 miliardów złotych, które realnie zmieniły Lublin. Celem nie jest unikanie zadłużenia za wszelką cenę, ale zarządzanie nim w taki sposób, by nie stanowiło zagrożenia. W przypadku Lublina dług nie jest problemem. Na tle innych miast plasujemy się mniej więcej w środku stawki, a nie wśród najbardziej zadłużonych.
- Jeśli zniesiona zostanie zasada dwukadencyjności, za czym opowiada się również premier Donald Tusk, chciałby pan pełnić funkcję prezydenta Lublina nawet przez dwadzieścia pięć lat?
– Kluczowe nie jest to, jak długo ktoś zajmuje stanowisko, ale jak jest oceniany przez mieszkańców.
- Ćwierć wieku to jednak bardzo długo.
– Ostatnie wybory, biorąc pod uwagę emocje polityczne, nie były dla mnie łatwe. Pokazały jednak, że większość mieszkańców ponownie obdarzyła mnie zaufaniem już w pierwszej turze. To wynik porównywalny z osiągnięciami Aleksandry Dulkiewicz w Gdańsku czy innych znanych prezydentów miast. To dowód, że realizujemy strategię, która odpowiada mieszkańcom Lublina i wpisuje się w ich oczekiwania, sposób postrzegania miasta.
- Jest pan zdecydowanym zwolennikiem zniesienia dwukadencyjności?
– Tak, bo to mieszkańcy powinni decydować, kto pełni funkcję wójta, burmistrza czy prezydenta, a nie politycy na szczeblu centralnym. Dwukadencyjność została wprowadzona przez Prawo i Sprawiedliwość z myślą o wymianie samorządowców, co ostatecznie się nie powiodło. Przepisy okazały się niekonstytucyjne, dlatego dodano nam jeszcze jedną kadencję. Wciąż możliwe jest jednak, że w 2029 roku zakończy się moja ostatnia kadencja. Jeśli jednak ograniczenie to zostanie zniesione, będę poważnie rozważał dalsze ubieganie się o mandat prezydenta Lublina. Pod warunkiem, że formuła współpracy z mieszkańcami się nie wyczerpie.
- Czyli drzemią jeszcze w panu polityczne ambicje?
- Przed nami wciąż wiele wyzwań i projektów. Będziemy dysponować znaczącymi środkami z funduszy europejskich. Zabiegamy o budowę hali widowiskowo-sportowej na 12-15 tysięcy miejsc dla naszych drużyn. Nie udało się zrealizować nowego stadionu żużlowego na terenie LKJ z powodu niewywiązania się z umowy przez projektanta, dlatego rozwijamy infrastrukturę przy Alejach Zygmuntowskich. Rozpoczynamy również budowę kompleksu oświatowo-sportowo-kulturalnego na Ponikwodzie o wartości około 150 milionów złotych, a kolejne dwie szkoły są już w planach. Jednocześnie rozbudowujemy żłobek przy ulicy Zelwerowicza, który będzie mógł przyjąć dodatkowo około 100 dzieci. To pokazuje, że przed nami wciąż kolejne zadania. Nie wyczerpaliśmy możliwości inwestycyjnych, wyzwań też nie brakuje i nadal będą się pojawiać.
ROZMAWIAŁ JAN MAZUREK














Komentarze