Miejscowość Szachy w gminie Drelów stała się właśnie nowym, punktem zapalnym na epidemiologicznej mapie Polski. Służby weterynaryjne potwierdziły tam 10. w tym roku ognisko wysoce zjadliwej grypy ptaków w województwie lubelskim. Tym razem padło na fermę 7,6 tys. kaczek rzeźnych, które zamiast na rynkowe stoły, trafią do utylizacji.
Procedura, która nie zna litości
Gdy pojawia się wirus, nie ma miejsca na półśrodki. Jak podkreśla Lubelski Wojewódzki Lekarz Weterynarii, Monika Michałowska, jedynym sposobem na opanowanie sytuacji jest uśmiercenie wszystkich zwierząt w ognisku choroby oraz gruntowna dezynfekcja gospodarstwa.
Szachy nie są odosobnionym przypadkiem. Wirus wyjątkowo upodobał sobie północną część regionu. W powiecie bialskim to już piąte ognisko (wcześniej cztery wykryto w gminie Międzyrzec Podlaski). Choroba zebrała żniwo także w powiatach parczewskim (gmina Siemień) oraz radzyńskim (gmina Wohyń).
Życie w „strefie”
Dla okolicznych mieszkańców i rolników wykrycie wirusa oznacza życie pod dyktando restrykcyjnych przepisów. Wokół gospodarstwa wyznaczono 3-kilometrowy obszar zapowietrzony oraz 7-kilometrowy obszar zagrożony. Na tych terenach handel drobiem i jajami zostaje zamrożony, a każdy ptak – od wielkiej fermy po przydomową kurkę – musi być trzymany w ścisłym zamknięciu.
Ekonomiczny nokaut
Ptasia grypa to choroba, na którą nie ma lekarstwa ani szczepionki. Straty są liczone w milionach złotych. Skala problemu przeraża: w całej Polsce wykryto w tym roku 117 ognisk, co przełożyło się na konieczność likwidacji 8,7 mln sztuk drobiu.
Specjaliści ostrzegają: jedynym murem, który może powstrzymać wirusa, jest bioasekuracja. Bez sterylności, mat dezynfekcyjnych i zmiany odzieży roboczej, hodowcy ryzykują często dorobek całego życia. W starciu z ptasią grypą natura nie daje drugiej szansy.














Komentarze