Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Śledztwo

UFO na Lubelszczyźnie? Co naprawdę wydarzyło się w Emilcinie

Jana Wolskiego zbadali kosmici albo poddano hipnozie. Mali Popiołkowie widzieli UFO albo im się przewidziało. W Emilcinie doszło do bliskiego spotkania trzeciego stopnia albo do wielkiej mistyfikacji.
UFO na Lubelszczyźnie? Co naprawdę wydarzyło się w Emilcinie

Autor: Michał Żyszkiewicz

Otaczają mnie kosmici. Widzę ich w wózkach, na drzewach, przy namiotach. Są sztuczni. Z tektury, papieru, plastiku, lateksu. Ale i prawdziwi. Niektórzy się za nich przebrali. 

Piknik Ufologiczny w Emilcinie po raz kolejny zgromadził szeroką publiczność. Stoję przy pomniku UFO. Czytam napis: „Prawda nas jeszcze zadziwi”. Obok mnie przemyka starszy mężczyzna o mądrym spojrzeniu z aparatem w ręku.

- Pan Krzysztof? – podbiegam. 

- Tak, dzień dobry.

To Krzysztof Drozd. Autor książki „Emilcin 1978. W poszukiwaniu prawdy”, którą wcześniej dorwałem w bibliotece. I były milicjant, który zbadaniu prawdziwości relacji Jana Wolskiego poświęcił wiele lat życia. Zgromadził sterty dokumentów, nagrań i filmów, przegadał setki godzin ze świadkami, prowadził też śledztwo w sprawie rzekomo tajemniczej śmierci syna Wolskiego na „diabelskim kamieniu”. Należy do wąskiej grupy demistyfikatorów Emilcina ’78.

- Jest pan tu mile widziany? – pytam.

- Ja tu jestem incognito! – śmieje się Drozd. 

Windka do potworaków

Był 10 maja 1978 roku. 71-letni Jan Wolski wyjechał z domu furmanką o 4.30 rano. Wiózł kobyłkę do ogiera w Pusznie Godowskim. Około 5.30 dotarł do gospodarstwa Leona Raka. Załatwili formalności, chwilę porozmawiali, Wolski ruszył w drogę powrotną do Emilcina. 

Zbliżała się 6.15. Wolski chciał oszczędzać konia. Zwierzę nie było jeszcze podkute. Wybrał więc leśną drogę. Drzewa mijał nieśpiesznie. Wokół panowała cisza. Pachniała mokra trawa. 

Kiedy do domu został mu około sześciuset metrów, zauważył dwie dziwne postaci. Miały jakieś metr czterdzieści wzrosty. Zielone twarze. I lekko skośne oczy. Później powie, że „jak u Chińczyków”. Istoty podeszły do furmanki, wskoczyły na wóz. Nic w tym niezwykłego, tak się na wsi robiło. Rolnik nie protestował.

Z lasu na polanę wyjechali około 7.15. Nad ziemią, na tle brzóz, unosił się pojazd. Ponoć prostopadłościan z czterema wirującymi „ślimakami”. Maszyna zawisła kilka metrów nad ziemią. Wydawała stały i głośny dźwięk.

„Potworaki” zaczęły mówić do niego dziwnym językiem. „Gęściutko słowami”, jak relacjonował. Nie rozumiał ani jednego zdania. Wyczuł jednak, że każą mu zatrzymać furmankę. Z latającego pojazdu wysunęło się coś w rodzaju „windeczki”. „Ludzie-żaby” zaprosili go gestami do środka. 

Wewnątrz znajdowały się następne dwie istoty. Razem było czterech „potworaków”. Wszystkie miały wspomniane zielone twarze, mongoidalne rysy, skośne oczy, spiczaste uszy, kombinezony zakrywające wszystko poza twarzą i dłońmi z błoną między palcami. Środek pojazdu był niemal pusty. Przy ścianach stały ławeczki. Na podłodze leżało kilkanaście gawronów i kruków. Nie były martwe. Ale ledwo poruszały skrzydłami.

Wolski zachowywał się ufnie, nawet kiedy „potworaki” kazały mu się rozebrać. Zafascynował ich jego pasek. Jeden z nich przeprowadził badanie. Przykładał do ciała rolnika urządzenie przypominające dwa złączone talerzyki. Ten obserwował wszystko w milczeniu. Widział, że istoty jadły coś, co wyglądało jak sople lodu i kruszyło się jak twarde ciasto. Próbowały go poczęstować. Odmówił. Ręką pokazały mu, że może iść.

Po zakończeniu badań Wolski zjechał „windką” na ziemię. Wrócił do furmanki i odjechał. O 7.50 wszedł do domu i przekazał rodzinie, że coś stoi na polanie. Chodziło mu o UFO. Polecił synom: „Zabierzcie krowy”. Po czym położył się na łóżku. I zasnął jak kamień. Ani nigdy wcześniej, ani nigdy później zapadnięcie w taki sen mu się nie zdarzyło.

Synowie i zaalarmowani sąsiedzi pobiegli na polanę. Ale statku już nie było. Na miejscu znajdować miały się za to ślady. Ludzie mówili o odciskach butów, smugach w mokrej trawie, powyrywanym zbożu. Wokół zaczęli gromadzić się inni mieszkańcy Emilcina. Wieść dotarła do Opola Lubelskiego i Lublina. 

Wiejskie sensacje Wolskiego niejako od razu potwierdzili też sześcioletni Adaś Popiołek i czteroletnia Agnieszka Popiołek, którzy bawili się koło stodoły domostwa swoich rodziców w Emilcinie. Twierdzili, że widzieli dziwny pojazd lecący w kierunku polany. Adaś miał pamiętać nawet „twarz” pilota-kosmity.

Nie pił

12 maja dyrektor szkoły zgłosił sprawę milicji w Opolu Lubelskim. Żądał wyjaśnienia plotek, które zapanowały nad Emilcinem. Porucznik Stanisław Plis, komendant komisariatu milicji w Opolu Lubelskim, dokonał tam wizji lokalnej i przesłuchał Wolskiego. W raporcie napisał, że rolnikowi całe wydarzenie się przyśniło. Ale ludzie Wolskiemu wierzyli i wcale się z niego nie śmiali.

Dziwnym, niewyjaśnionym trafem o sprawie dowiedział się Witold Wawrzonek z Lublina. Krzysztof Drozd, który go znał, w książce „Emilcin 1978. W poszukiwaniu prawdy” napisze, że był to elektronik-samouk, okazjonalnie dozorca, stróż i kierownik administracyjny w jednej z lubelskich szkół, ale przede wszystkim od początku lat siedemdziesiątych nieomal obsesyjny hobbysta UFO.

Wawrzonek jako pierwszy nagrał relację Jana Wolskiego o spotkaniu z „potworakami” na magnetofonie. A niedługo później o incydencie w Emilcinie poinformował listownie Zbigniewa Blanię-Bolnara z Łodzi, najbardziej znanego polskiego ufologa okresu PRL.

Z Blanią-Bolnarem do wsi na Lubelszczyźnie przyjechali badacze, psychologowie, psychiatrzy, naukowcy. Przesłuchali Wolskiego i świadków, analizowali ślady pozostawione na polanie. Gruntownie, wielokrotnie przepytany, przemaglowany, zbadany Jan Wolski nie wykazał skłonności do konfabulowania, zmyślania, opowiadania nieprawdy, podatności na sugestię. Nie pił. O narkotykach nie było mowy.

W Emilcinie były wtedy tylko dwa telewizory. W programie TVP praktycznie nie emitowano filmów science fiction. W połowie czerwca 1978 roku o sprawie mówiła już cała Polska. Gazety i telewizja z pełną odpowiedzialnością ogłosiły: „Mamy swoje UFO”. 

Tajne operacje

W 1990 roku umarł Jan Wolski. O wizycie w UFO, które przywodziło mu na myśl autobus, opowiadał do ostatniego tchnienia. Nigdy we własną opowieść nie zwątpił. Ani się z niej nie wycofał. W szpitalu, tuż przed śmiercią, wciąż wspominał pielęgniarkom, lekarzom i innym pacjentom o „potworakach”. Dla niego to było prawdziwe przeżycie. Niepodlegające wątpliwościom. Wpisane w osobowość. Przez ostatnie kilkanaście lat życia dla wszystkich na wsi był „tym od UFO”. I wcale się tego nie wstydził.

Sześć lat później Zbigniew Blania-Bolnar wydał „Zdarzenie w Emilcinie”, w którym przedstawił wyniki i kulisy długotrwałych badań z udziałem specjalistów z całej Polski. Emilcin ’78 już na dobre stał się „polskim Roswell”, gdzie w lipcu 1947 roku na pustyni w Nowym Meksyku rzekomo rozbił się pozaziemski statek kosmiczny.

Aż nadszedł 2013 rok, kiedy Bartosz Rdułtowski wydał książkę „Tajne operacje. PRL i UFO”. Rdułtowski odkupił od rodziny nieżyjącego już Witolda Wawrzonka archiwum całej sprawy: taśmy, listy, notatki, materiały, których praktycznie nikt holistycznie nie analizował. Przeanalizował je, dotarł do świadków, połączył fakty i wysunął hipotezę, która na swój sposób obaliła mit Emilcina i po prawie półwieczu od tamtych wydarzeń wciąż budzi największe emocje.

Według Rdułtowskiego była to mistyfikacja, za którą stał Wawrzonek. Mistyfikacja, która pozwoliłby mu zaistnieć w środowisku ufologicznym i jednocześnie wygrać prywatną wojnę z Blanią-Bolnarem. Blania-Bolnar był bowiem znany i ceniony. A Wawrzonek znany i ceniony chciał być. Dlatego też Wawrzonek i wcześniej, i później próbował wkręcać Blanię-Bolnara w różne pseudohistorie związane z UFO. Chciał go skompromitować, tak jak socjolog z Łodzi skompromitował jego samego. 

Kilka miesięcy przed Emilcinem brał udział w programie telewizyjnym „Kto widział UFO?”. Program prowadził Blania-Bolnar. Wawrzonek miał zostać przebadany „on live”, bo twierdził, że rzekomo sfotografował UFO. Nie zgodził się za to na hipnozę, a mimo to został jej poddany przez hipnotyzera Lecha Emfazego Stefańskiego. Podczas seansu wmówiono Wawrzonkowi, że widzi pojazd kosmiczny. Po wybudzeniu relacjonował wszystko tak, jakby wydarzyło się naprawdę. Kiedy dowiedział się, co z nim zrobiono, był wściekły. Programu nigdy nie wyemitowano. 

Wawrzonek rzekomo zapałał żądzą zemsty. W „Tajnych operacjach. PRL i UFO” czytamy, że mógł wykorzystać hipnozę albo sugestię, żeby wdrukować, wmówić Wolskiemu fałszywe wspomnienie spotkania z „kosmitami”, i to tak na amen. Blania-Bolnar miał w to uwierzyć i wyjść na głupka. Tylko że Wawrzonek nigdy go nie zdemaskował. 

Hipnotyzerzy

Dzwonię do Bartosza Rdułtowskiego, autora „Tajnych operacjach. PRL i UFO”, ale też trylogii „Wtajemniczeni. Spisek w sprawie UFO”. Mówi, że choć jest ojcem hipotezy, która „burzyła jedno z najważniejszych sanktuariów polskiej ufologii, nie czuje się w tym środowisku personą non grata. I już po opadnięciu emocji o swojej „hipotezie”, nie „teorii”, co wyraźnie podkreśla, woli rozmawiać na spokojnie i merytorycznie. 

- Czy ta historia ma jakikolwiek związek z UFO w tym potocznym znaczeniu, czyli z jakąś pozaziemską inteligencją? Nie ma żadnego. Mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem. To dzieło ludzi. W mojej hipotezie nie widzę słabych punktów. Wręcz przeciwnie, znajduję coraz więcej elementów, które mnie dodatkowo w niej utwierdzają. To jedyne logiczne wyjaśnienie, które współgra ze wszystkimi pozostałymi elementami tej historii – przekonuje mnie Rdułtowski.

Mówię mu, że nie ma żadnego twardego dowodu na to, że Witold Wawrzonek zahipnotyzował Jana Wolskiego. Autor „Tajnych operacjach. PRL i UFO” dotarł bowiem do prawdopodobnie całej jego korespondencji i wszystkich jego nagrań dotyczących tej sprawy, ale nic na potwierdzenie swojej hipotezy nie znalazł. Jeśli do niej doszło, to bez świadków. 

- Nie ma możliwości udowodnienia tego w sposób absolutny, chyba że odnalazłyby się jakieś listy albo materiały, w których Wawrzonek wprost by się przyznał. Tak jak przyznał się w korespondencji ze Zbigniewem Blanią-Bolnarem do sfałszowanego zdjęcia wysłanego do „Sondy” czy spreparowanego listu od „Elżbiety Obłońskiego” z 1985 roku. W tamtym drugim przypadku de facto opisał nawet dziennikarce, z którą korespondował, jak chciał to wykorzystać. W kwestii samego Emilcina takiego dokumentu nie ma. Ale nie mam innej koncepcji, która tłumaczyłaby całość tego incydentu. Oczywiście, pojawiają się różne komentarze pod filmami czy artykułami o Emilcinie. Ktoś napisze, że „dziadek popił” albo że „coś wziął”. Ale to niczego nie wyjaśnia. Nie tłumaczy złożoności tego przypadku ani związku przyczynowo-skutkowego. Nie wyjaśnia też zadziwiającego zbiegu okoliczności…

Rdułtowski tworzy obraz wojenki dwóch ufologów. I wskazuje na trzy punkty na mapie Polski, gdzie rzekomo miały miejsce bliskie spotkania z UFO.

- Mamy dwie główne postacie tej historii: Zbigniewa Blanię-Bolnara i Witolda Wawrzonka. Emilcin, czyli pierwszy przypadek, ma miejsce około czterdziestu kilometrów od miejsca zamieszkania Wawrzonka. Przyrownica i Golina, czyli dwa kolejne, dzieją się praktycznie pod nosem Blani-Bolnara, niedaleko Łodzi. Akurat tam? W tak dużym kraju jak Polska? Dla mnie to bardzo wiele mówi o tym, kto stał za którym przypadkiem i jak wyglądała ta swoista rozgrywka między Blanią-Bolnarem a Wawrzonkiem. 

- Musi pan jednak przyznać, że Jan Wolski był idealnym „świadkiem”. Autentycznie wierzył w spotkanie z kosmitami. 

- Nigdy przecież nie mówił wprost, że spotkał kosmitów!

- Nie? 

- Nigdy. To była narracja osób, które później zajmowały się tą historią. 

- Używał jednak określeń typu „potworaki”, mówił o zielonych twarzach. 

- Zastanawiał się na przykład, czy to nie byli jacyś Chińczycy. Ale nigdy sam nie powiedział, że byli to kosmici. 

Zakładnicy

Rdułtowski podważa jakość wieloletnich badań przeprowadzanych w Emilcinie przez Blanię-Bolnara.

- Pamiętam nagranie z wizyty Jana Wolskiego z Blanią-Bolnarem u lekarzy w Lublinie. Był między innymi badany przez otolaryngologa. Na nagraniu wyraźnie słychać, że Wolski po prostu nie dosłyszy. Lekarz zwraca mu uwagę: „Dziadek, ale ty nie dosłyszysz”. I wtedy Blania-Bolnar momentalnie próbuje ratować narrację. Nie pyta o stopień niedosłuchu, co byłoby przecież kluczowe. Bo może Wolski nie słyszał na przykład śmigłowca. Zamiast tego pyta: „Ale jak na 71-latka ma bardzo dobry słuch?”. Jakie to ma znaczenie? Istotne jest to, czy słyszy, czy nie słyszy. To był moment, kiedy zobaczyłem, że Blania-Bolnar nie szuka prawdy, tylko próbuje utrzymać obraz idealnego świadka. 

Demistyfikator Emilcina ’78 podaje więcej przykładów.

 - Przesłuchanie Adasia Popiołka. Blania-Bolnar sugerował mu pewne rzeczy, próbował naprowadzać go na wygląd obiektu. O ile dobrze pamiętam, używał nawet papierosa do pokazania, gdzie miały być „wirniki”. Psycholożka dziecięca, która była przy tym obecna, stanowczo protestowała, ale Blania dalej prowadził rozmowę w określonym kierunku. Wtedy już widziałem bardzo wyraźnie, że chodzi o stworzenie wzorcowego przypadku ufologicznego. 

- Adasia Popiołka określił pan mianem zakładnika tego mitu. Kogoś jeszcze nazwałby pan w ten sposób? 

- Popiołka na pewno. Ale też Jana Wolskiego. To dwie osoby, które miały ogromnego pecha. Adaś Popiołek z czasem wycofał się całkowicie z publicznych wypowiedzi na temat Emilcina. Wcześniej zdążył jeszcze powiedzieć Blani-Bolnarowi, że jednak nie widział żadnego pilota w obiekcie. A przecież początkowo to właśnie Blania-Bolnar rozpowszechniał wersję o „zielonej twarzy”, widzianej przez chłopca przez okienko. Jan Wolski poszedł w zupełnie inną stronę. Mam wrażenie, że sprawiało mu to przyjemność. Czuł się wyróżniony. Kiedy prowadziłem śledztwo, dzięki Krzysztofowi Drozdowi dotarliśmy do byłego milicjanta, który pojechał wtedy do Emilcina. Okazało się, że jego żona była pielęgniarką w szpitalu, do którego trafił Wolski. Opowiadała, że Jan Wolski wszystkim tę historię opowiadał: pielęgniarkom, lekarzom, pacjentom. Każdemu, kto pojawił się na sali. On po prostu lubił o tym mówić. Czy wynikało to z poczucia wyjątkowości, czy z przekonania, że przeżył coś niezwykłego i ma obowiązek o tym opowiadać? To już pytanie bardziej dla psychologów czy socjologów. 

- I faktycznie dostrzega pan w relacji Wolskiego elementy sugerujące, że pewne rzeczy zostały mu zaszczepione poprzez hipnozę albo zasugerowane? 

- W relacji Jana Wolskiego nie ma niczego, co wykraczałoby poza jego wiedzę i język. Człowiek opisuje świat przy pomocy słów i porównań, które zna. Jest jednak bardzo ciekawy wątek związany z tą słynną „windeczką”. Wolski mówił, że nic nie poczuł ani podczas wjazdu, ani zjazdu. Doktor Kietliński pytał go wtedy, czy kiedykolwiek jechał windą. Wolski odpowiedział, że nigdy. I wtedy Kietliński zasugerował, że może dlatego nie potrafi opisać przeciążenia czy ruchu. Blania-Bolnar od razu zmienił temat. 

Dzieło życia

- Istnieje przecież wiele szkiców obiektu z Emilcina. I proszę zwrócić uwagę, że żadne dwa nie są identyczne. A przecież powstawały na podstawie rozmów z Wolskim, przy nim samym, kiedy pokazywano mu rysunki i pytano, czy właśnie tak to wyglądało. Więc który szkic jest prawdziwy? Ten bardziej „ufologiczny”, przygotowany przez rysownika zorganizowanego przez Blanię-Bolnara? Czy te wcześniejsze, przypominające bardziej wiejskie chaty ze śrubami po bokach? Sam motyw tych „śrub” jest bardzo dziwny. Zresztą, niedawno rozmawiałem o tym z Mikołajem Kołyszko przy okazji filmu „Projekt UFO”. Zwrócił uwagę, że w tamtym czasie szeroko pokazywano zdjęcia lądownika księżycowego, który miał bardzo podobny układ - mówi Bartosz Rdułtowski. 

Publicysta nie ma choćby najmniejszych wątpliwości, że spotkanie Jana Wolskiego z „potworakami” powstało w jego głowie.

- Kiedy niedawno ponownie czytałem stenogram rozmowy Witolda Wawrzonka z Wolskim, jeszcze sprzed przyjazdu Blani-Bolnara do Emilcina, uderzyło mnie, jak bardzo sugestywne były pytania Wawrzonka. On wręcz dopowiadał za Wolskiego pewne rzeczy, jakby sam był świadkiem zdarzenia. I pada tam bardzo znaczące zdanie. Wawrzonek mówi do Wolskiego: „Będą o panu gazety pisały”.

- Wpisał się w potrzebę Wolskiego, żeby znaleźć się w centrum uwagi? 

- Z jednej strony: tak. A z drugiej: być może po prostu wygadał się co do własnych planów. Chciał tę historię nagłośnić. I zrobił to bardzo skutecznie, ściągając do Emilcina Blanię-Bolnara.

- Podziwia pan skuteczność Witolda Wawrzonka jako mózgu operacji? Emilcin nawet po pięciu dekadach wciąż funkcjonuje jako jedna z największych zagadek polskiej ufologii.

- Ja chyba nigdzie w książce nie próbowałem przedstawiać Wawrzonka jako postaci jednoznacznie negatywnej. Oczywiście, można dyskutować o etyce tego wszystkiego. Ale jeśli moja hipoteza jest prawdziwa, to było dzieło życia Witolda Wawrzonka. To również coś, co zapewniło sławę Zbigniewowi Blani-Bolnarowi. Gdyby nie Emilcin, nie byłoby potem Przyrownicy ani Goliny, a Blania-Bolnar nie stałby się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich ufologów. Cała Polska wtedy tym żyła. I za tym wszystkim stał właśnie Wawrzonek. Można mu pogratulować sprytu i inteligencji. To był bardzo błyskotliwy człowiek, co widać po jego korespondencji, sposobie pisania, działania. I powtórzę, co może zaskakiwać, ja nie odbieram go jako postaci negatywnej. 

- Antybohaterem jest Blania-Bolnar?

A może w tej historii nie ma negatywnych postaci? Może są tylko ofiary własnych marzeń, pasji, dążeń i jakże ludzkiej rywalizacji? 

Zachwianie wiary

Krzysztof Drozd pomagał Rdułtowskiemu w śledztwie. Na Pikniku Ufologicznym w Emilcinie mówi mi, że w latach osiemdziesiątych prawie bezkrytycznie wierzył w wersję zdarzeń Wolskiego, Blani-Bolnara i Wawrzonka. Po przeczytaniu „Tajnych operacjach. PRL i UFO” zmienił zdanie.

- Hipoteza Rdułtowskiego wydaje mi się wielce prawdopodobna. Moja wiara w realność tego spotkania uległa poważnemu zachwianiu. Ale każdy ma swoją teorię. I nie sądzę, żebyśmy doszli do jednoznacznych wniosków, jak było naprawdę – mówi Drozd. 

Zastanawia się, jaki udział w mistyfikacji miał sam Jan Wolski.

- W jego opowieści są elementy, które mogą świadczyć o jego współudziale. Pytany przez Zbigniewa Blanię o znajomość z Witkiem Wawrzonkiem całkowicie się jej wypiera. To niemożliwe, żeby po upływie tygodnia Wolski nie pamiętał Wawrzonka, pierwszego gościa z zewnątrz, który wysłuchał jego opowieści i nagrywał tę historię. A tam doszło do wyraźnego odżegnywania się Wolskiego od tej znajomości. Powstaje pytanie, dlaczego tak się działo? – kręci głową.

Drozd dość dobrze znał Witolda Wawrzonka.

- Z naszych rozmów nie wynikało, że jest zakompleksiony względem Blani-Bolnara. Ale niewątpliwie Wawrzonek chciał zaistnieć w środowisku ufologów. Wskazuje na to mnóstwo rzeczy, które robił. Zmyślone, ubarwione historie. Niewyjaśnione okoliczności, w jakich w ogóle trafił na trop Wolskiego i Emilcina. Wiadomo, że przez lata rozsyłał listy do środowiska ufologicznego, w których próbował wykazać, że Blania-Bolnar opowiada bzdury. Ten kompleks w nim samym musiał istnieć, skoro aż tak dążył do upokorzenia Blani-Bolnara. Uraziła go na pewno wpadka z programem „Kto widział UFO?”. I w ramach rewanżu naprawdę mogło dojść do mistyfikacji. Dlaczego bowiem Wawrzonek, który chwycił taki temat, pierwsze, co zrobił, to oddał go w ręce Blani-Bolnara? Trochę to jest bezsensu. Mógł sam zyskać na tym sławę – opowiada autor książki „Emilcin 1978. W poszukiwaniu prawdy”.

Komu przyśnili się kosmici?

- Przypadek Jana Wolskiego jest trudny do wytłumaczenia. Może został zahipnotyzowany i opowiedziano mu historię tego spotkania? Albo prawdę jest to, co beztrosko twierdzili milicjanci z Opola Lubelskiego, że pewnie przysnął i wszystko mu się przyśniło? Ale Wolski wierzył w to, co opowiada. Znaliśmy się, rozmawiałem z nim, nigdy nie spotkałem się z choćby jednym jego słowem, które by temu przeczyło. Tylko że to, co się ludziom wydaje, że jest prawdą, nie zawsze jest… prawdą obiektywną – rzuca Drozd.

- Co pan ma na myśli?

- Różne rzeczy odbijają się w naszym umyśle w śnie czy stanie hipnozy. I nie można traktować tych rzeczy jako prawdy obiektywnej, choć człowiek będzie wierzył, że bez wątpienia jest to najczystsza prawda.

- A jak pan ocenia prawdę dzieci: Adama i Agnieszki Popiołków? Czysta fantazja?

Popiołek całkowicie się odciął. Wycofał z tego, co mówił jako dziecko. Jego ojciec powiedział mi tak: „Panie, jak kombajn chłopak zobaczył, to było dla niego wydarzenie. Coś mu się przewidziało. Może helikopter leciał?”. Adam miał sześć lat. Siostra miała cztery, potem sklep tu prowadziła, rozmawialiśmy z nią. Powiedziała, że była za mała i nic nie pamięta. A w latach osiemdziesiątych wszyscy twardo stali za tym, że to prawda.

Ślady, których nie ma

Na Pikniku Ufologicznym odbywa się inscenizacja wydarzeń z 1978 roku. Ludzie przemieszczają się w kierunku polany, na której Wolski miał spotkać „potworaków”. Z Krzysztofem Drozdem wtapiamy się w tłum.

Rozmawiamy o tym, jak przez ostatnie pół wieku legenda Emilcina ’78 zaczęła się rozrastać. Ślady stóp kosmitów. Smar pozostawiony przez pojazd kosmiczny. Pozrywane kłosy. Pióra ptaków. 

- Na miejscu lądowania UFO w Emilcinie rzekomo miała nie rosnąć trawa. Choć Wawrzonek początkowo utrzymywał, że ta trawa… rośnie tam bujniej. Później stwierdził zaś, że ten ślad zniknął, ponieważ wyjadły ją zwierzęta. Sam słyszałem, jak po latach ścierają się o to Jan Wolski z synem Józefem. Ale przyznam, że mnie to przypomina murawę zrytą przez dziki. Nie ślady pozostawione przez pojazd kosmiczny – opowiada Drozd. 

Przypomina o badaniach przeprowadzonych w Emilcinie przez dwóch biologów z UMCS-u. 

- Zostali zaproszeni, żeby zbadać możliwe ślady biologiczne. Stwierdzili, że w roślinności na tej polanie nie ma niczego nienaturalnego. Z innych śladów nic nie zostało. Bardzo istotna dla mnie jest relacja byłego technika kryminalistyki z komisariatu w Opolu Lubelskim, który również został wysłany z ekipą do Emilcina i to na świeżo po 10 maja 1978 roku. Mieli zabezpieczyć ślady. Nie było, czego zabezpieczać. Nic nie znaleźli.

Fale zła

Jest też „diabelski kamień”. 

Istniało przekonanie, że głaz odpowiadał za śmierć Edwarda Wolskiego, syna Jana. Jego ciało znaleziono zimą 1981 roku niedaleko polany. Nagi, zmarznięty mężczyzna od razu stał się pożywką dla teorii o „zemście kosmitów”. Drozd badał tę sprawę jako funkcjonariusz. Sekcja zwłok wykazała około dwóch promili alkoholu we krwi Edwarda. Po pracy za dużo popił, zasnął, zmarł z wychłodzenia.

„Diabelski kamień” został przewieziony do SGGW. Pojawiały się głosy, że w jego otoczeniu padają króliki i krowy, ludzie umierają, mnożą się morderstwa i kradzieże.

Drozd mówi, że po dokładniejszym sprawdzeniu plotki te sprowadzały się do wiejskich opowieści bez ładu i składu.

„Emilcin 1978. W poszukiwaniu prawdy” czytamy jednak, że wciąż znajdują się tacy, którzy uważają, że Polskę i cały świat pokrywa siatka linii, na przecięciu których umieszczone są tajemnicze kamienie, w których ukryte są dziwne przyrządy służące pojazdom kosmitów do nawigacji, wywierające telepatyczny wpływ na ludzi i powodujące, że w okolicach głazu rozlewa się fala zła. 

- Kamień zniknął. Nie został odnaleziony. Dwie oddzielne ekipy twierdzą, że znalazły go zatopionego. Ale żadna go nie wydobyła. Moim zdaniem nie trafił do wody. Leży pod hałdą ziemi czy gruzu. Jego diabelskość to baśnie. Jak i wszystko inne -stwierdza Drozd, gdy inscenizacja na Pikniku Ufologicznym dobiega końca. 

Żona przygotowała obiad

W samym sercu wydarzeń Pikniku Ufologicznego zaczepiam Alicję Stasiak, wiceprezeskę fundacji Extra Terrestra, jedną z organizatorek wydarzenia. Śmieje się, gdy pytam, czy wierzy w Emilcin ’78.

- Wierzę, że zdarzył się tu pewien niezbadany incydent i po to organizujemy piknik, żeby za pomocą różnych głosów dowiedzieć się, co tu się tak naprawdę zdarzyło – uśmiecha się Stasiak.

Przedstawicielka fundacji Extra Terrestra ponoć czasami zadaje sobie pytanie: Co ja tu właściwie robię?!”. Ale potem przekonuje, że jesteśmy mali względem kosmosu, że trzeba mieć otwartą głowę i odkrywać nieznane światy, bo „dokonania Kopernika czy innych wielkich astronomów też nie odbyłyby się bez jakiejś dozy fantazji.

- Najciekawsze i urocze w historii Wolskiego, że dla niego było to bardzo miłe doświadczenie. Oni tam się witali. Mówili do siebie dzień dobry. Zapraszali go do stateczku. Potworaki częstowały go jakąś strawą. Ale nie chciał tego zjeść. Pewnie żona przygotowała obiad! – uśmiecha się Stasiak.

- Niebywale ujmujące, że to taka ludzka, miła, nacechowana czułością historia. Różni się to od innych spotkań z UFO i kosmitami, których kojarzymy zazwyczaj ze złymi, obcymi istotami, które chcą zawładnąć Ziemią – dodaje.

Przekonuje, że mieszkańcy Emilcina wspierają Piknik Ufologiczny. Mówią, że Jan Wolski był postacią nieskalaną.

Inny wymiar

Zabieram się za trylogię „Wtajemniczeni. Spisek w sprawie UFO” i pytam Bartosza Rdułtowskiego, co zrobiłby gdyby istniał wehikuł czasu i mógł przetransportować się do Emilcina w 1978 roku.

- Być może chciałbym po prostu zobaczyć, co działo się na tej polance rankiem 10 maja 1978 roku. Ale nawet wtedy pewnie dla części ludzi nie byłby to ostateczny dowód. Bo jeśli ktoś bardzo chce wierzyć, zawsze znajdzie wyjaśnienie, które uspokoi jego samego. Gdybyśmy cofnęli się w czasie i zobaczyli, że na polance niczego nie ma, ktoś powiedziałby, że „statek zniknął do innego wymiaru”. A gdybyśmy zobaczyli Jana Wolskiego siedzącego na furze z Witoldem Wawrzonkiem, część osób i tak pewnie próbowałaby to jakoś tłumaczyć. Taka już jest natura podobnych historii.

Zdjęcia: Michał Żyszkiewicz

Ilustracje z książki „Emilcin 1978. W poszukiwaniu prawdy” Krzysztofa Drozda i fragmentu filmu „Odwiedziny, czyli u progu tajemnicy” w reżyserii Elżbiety Więcławskiej-Sauk

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama