Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Sędzia taki, że aż zakonnice musiały się wyspowiadać

Dwie zakonnice przyglądają się show pod tytułem „Juez Casarozzi” na Carnavale Sztukmistrzów w Lublinie. Śmieją się, aż w pewnym momencie jedna z nich mówi: „Będziemy musiały wyspowiadać się u kapucynów!”.
Sędzia taki, że aż zakonnice musiały się wyspowiadać

Autor: DW

Fryzura na Borata z zakolami. Czarno-biała koszulka w paski, obcisłe szorty, getry, frotki. Z tyłu złoty nadruk: Juez Casarozzi. Na szyi gwizdek. Po kieszeniach pochowane kartki: żółta i czerwona. Sprej sędziowski w kaburze. A wokół rekwizyty: kubki, wino, magnez, wieniec, wielgaśne buciory, chorągiewki dla liniowych, prowizoryczna siatka pełniąca rolę bramki. No i złota piłka.

Javier „Chiquito” Casali pisze na tablicy, że występ zacznie się za pięć minut. Show robi już jednak od dawna. Jest wysoki, bardzo wysoki, ma jakieś dwa metry wzrostu. Flamastrem domalował sobie fikuśnego wąsika. Na twarzy wybielający makijaż. Od razu przyciąga uwagę. Nawet nie wyglądem, co sceniczną prezencją. Ekscentryzmem. Jak sam określa: „zdolnością do robienia z siebie idioty”.

Szczeka na niego piesek na smyczy. Sędzia Juez Casarozzi pokazuje mu żółtą kartę i wykręca ciało w dzikim tańcu. Przytula się z ludźmi. Ale tak, że jego ręce pozostają wysoko nad ich głowami - w próżni. Goni przechodniów zmierzających w stronę dawnego Pedetu. Gdy go ignorują, wykrzywia twarz w takie miny, że ze śmiechu płacze już zgromadzona publiczność. Na każdego znajdzie jakiś patent. Nic nie musi mówić. I nic nie mówi. Wystarczy język ciała.

Patrz na mnie

Obok Kapucyńskiej, przy której występuje, przechodzą dwie zakonnice z parą w podeszłym wieku i kobietą na wózku inwalidzkim. „Chiquito” kradnie starszemu mężczyźnie marynarską czapkę, jego żonę usadza wśród dzieci, przejmuje wózek i ustawia go na wprost miejsca, w którym za chwilę zacznie się show. Przenosi uwagę na siostry zakonne. Składa dłonie do modlitwy. Robi znak krzyża. Zakonnice się śmieją. Nie mają wyboru. Dołączają do coraz większego tłumu.

Javier Casali wraca do środka zgromadzonego wokół niego kółeczka. I odgrywa spektakl, w którym przemienia się w sędziego piłkarskiego. Wykreowana przez niego postać Jueza Casarozziego doskonale bawi się konwencją futbolu rozumianego jako komedia przerysowanych ruchów. Gesty wykonywane przez arbitrów są bowiem naturalnie teatralne. Kto choć raz przyglądał się boiskowej mimice Pierluigiego Colliny czy nawet naszego Szymona Marciniaka, ten wie, o czym mowa.

Klaunada Casarozziego, biegającego na długich nogach jak na szczudłach, jest więc jednocześnie karykaturalna, dalece przejaskrawiona, ale przy tym jakby zupełnie adekwatna. Widzowie bawią się wybornie. Jak podczas najlepszych weselnych oczepin. Dołączają do tańca „fałszywego” sędziego, masują jego plecy, odrzucają mu piłkę i kubki. Utrzymują z nim ciągły kontakt wzrokowy. A jak ktoś popatrzy w telefon, od razu dostaje od Casarozziego upomnienie: patrz na mnie.

100 złotych is normal

Show kończy się konkursem rzutów karnych z udziałem „chętnych” i „We Are the Champions” Queenu. Show, które jest zajmujące, na swój sposób wspaniałe, chyba ciekawsze niż finał ostatnich mistrzostw świata. Javier „Chiquito” Casali mógłby to potwierdzić. W końcu sam pochodzi z Argentyny, która w najważniejszym meczu mundialu przegrała z Hiszpanią. W teatrze ulicznym i sztukach cyrkowych szkolił się w Rosario. Tam, gdzie urodził i wychował się Leo Messi. Casaliemu w Lublinie towarzyszy Paula Zapata, z którą tworzy duet „Gato Blanco, Gato Negro”, czyli „kot biały, kot czarny”. Rok temu na Carnavale Sztukmistrzów zdobyli nagrodę publiczności za „Atempo

- Jeśli lubisz nasze show, wrzuć drobniaka lub banknot. 10 złotych is good. 20 złotych is very good. 50 złotych is perfect. 100 złotych is normal” - śmiał się na koniec Javier „Chiquito” Casali.

Do finału jego występu nie dotrwały zakonnice.

- Żeby nie był to występek przeciwko skromności - wymieniały się spojrzeniami, gdy Juez Casarozzi wyprawiał swoje dziwy.

W katolickiej teologii moralnej jest to nie tylko epatowanie seksualnością, ale też brak wewnętrznego i zewnętrznego uporządkowania, czyli nieskromny ubiór, nieskromne słowa, gesty, spojrzenia, a nawet afektacja rozumiana jako sztuczność w sposobie bycia, przesadne gestykulowanie, nienaturalny sposób mówienia czy brak panowania nad odruchami ciała. Lekceważąca postawa wobec sacrum.

- Pójdziemy się do kapucynów wyspowiadać - żartowały nieco speszone i zdezerterowały przed czasem.

Bezsens pracy

Kilkadziesiąt metrów dalej występowali Jon Hicks i Matt Rudkin ze swoim Tony&Ray Find Their Feet”, który należy postrzegać w kategoriach hołdu dla humoru z niemych filmów z Charliem Chaplinem. Artyści uliczni wcielają się w dwójkę robotników, z nieznością lekkością bytu podchodzących do dość prymitywnych zadań, które przychodzi im wykonywać. 

Nie są w stanie rozwinąć miarki automatycznej. Ganiają się z młotkiem. Tańczą z miotłami. Bohatersko rozwiązują problemy, które sami stworzyli. Żeby zaraz wszystko znowu popsuć. A najważniejsza jest dla nich oczywiście przerwa. I karmienie jednorożca. 

To humor slapstickowy, wodewilowy. Klaunada. Nie dla każdego. Pod wieloma względami przede wszystkim trafiająca do dzieci. Ale jeśli się dobrze zastanowić, jest to również niewątpliwie jakaś opowieść o koleżeństwie, może przyjaźni, pędzie życia, bezsensie wielu drobnych czynności, które wykonuje człowiek, byle tylko zapracować na wypłatę.

Dawaj kasę

Hicks i Rudkin pochodzą z Wielkiej Brytanii. Są doświadczonymi artystami ulicznymi. Ale do Polski przyjechali po raz pierwszy. 

- Organizatorzy zapłacili nam za hotel i za przyjazd. Ale resztę opłaca widownia. Specjalnie na tą okazję przyswoiliśmy więc jedno zdanie po polsku: Dawaj kasę!” - mówili. 

Rudkin uczył się fachu u legendarnego mistrza klaunady Philippe'a Gauliera. Francuz szkolił również Saszę Barona Cohena, Helenę Bonham Carter, Emmę Thompson czy Rachel Weisz. Uczniowie Gauliera opowiadali w Guardianie” o jego słynnych metodach dydaktycznych, ponoć tak surowych, jak skutecznych. 

- Słowem, którego wszyscy obawiali się najbardziej, było francuskie „suivant!”, czyli „następny!”. W praktyce oznaczało ono jednak jedno: „zejdź ze sceny”. Wychodziłeś przed publiczność, ledwie zdążyłeś otworzyć usta, a już słyszałeś: „suivant!”. Schodziłeś zdezorientowany, zastanawiając się: „Co zrobiłem źle? Przecież nawet jeszcze nic nie powiedziałem”. Dopiero z czasem zaczynałeś rozumieć, o co naprawdę chodziło: że najważniejsze jest natychmiastowe nawiązanie kontaktu z publicznością. Doskonale zapamiętałem jego bezkompromisowość i niemal całkowity brak tolerancji dla fałszu czy błędów. Często powtarzał: „Pour faire rire le public”, czyli „trzeba rozśmieszyć publiczność”. Czy widzowie są z tobą? Czy dają się porwać? Jeśli nie, to „suivant!” - tak mistrzowie klaunady młodszego pokolenia opisywali w „Guardianie” mistrzostwo Gauliera.

Do tego grona należą Hicks i Rudkin, do których podchodzę, gdy zebrali już pieniądze i zwiną majdan z przyczepionym jednorożcem.

- Co jest najważniejsze w tego typu występach ulicznych?

- Rozśmieszać ludzi - mówi Hicks. 

- Najgłośniej śmieją się dzieci?

- Dorośli też się śmieją. Tylko trochę inaczej. Sztuką jest ich zaskakiwać. Jeśli nie podłapią energii show, wszystko leci w dół.

- Wodewil wciąż może być współczesny?

- Oczywiście, że jest współczesny. Nie zdezaktualizował się. Lublin tego dowodem.

Tańczą z miotłami

Publiczność na poszczególnych występach podczas Carnavalu Sztukmistrzów jest stała. Widzowie rzadko przedwcześnie rezygnują z oglądania występów artystów. Znacznie częściej wtapiają się w tłum już w czasie trwania show. I na Tony&Ray Find Their Feet” nie było inaczej. Hicksa i Rudkina przybiegł zobaczyć chłopiec w czapce z daszkiem.

- I co się tam dzieje? - spytali go rodzice.

- A nic, panowie tańczą z miotłami.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama