Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Na Okrzei psy biegały razem ze szczurami

Na początku lat 70. XX wieku całą rodziną zamieszkaliśmy w bloku na ulicy Okrzei na osiedlu Kalinowszczyzna. Mieszkanie było nowe, ale malutkie, z przejściową kuchnią. Jednak to tam spędziłam najlepsze chwile swojego dzieciństwa – wspomina pani Marta.
Na Okrzei psy biegały razem ze szczurami

Źródło: Fot. Teatr NN, Ludwik Hartwig

Najciekawsza była klatka schodowa w moim bloku, bo schody biegły naokoło, a w środku była tzw. wielka studnia, głęboka na cztery piętra. My mieszkaliśmy na czwartym piętrze i naprawdę bałam się wychylać poza barierkę, bo dla mnie to mnie to była wielka przepaść. Na naszym piętrze była też pralnia i suszarnia. Rozwieszało się upraną pościel na długich sznurach i można było się bawić w chowanego, na co rodzice oczywiście nie pozwalali. Ale za to wysyłali mnie czasem po ogórki do piwnicy. I to był istny horror. Do piwnicy prowadziły wąskie, strome schody, bardzo słabo oświetlone, a najczęściej pogrążone w ciemności, bo ciągle ktoś wykręcał żarówkę. 

Podziemny labirynt

W piwnicy mieszkały szczury. Wiedzieliśmy się o tym, bo zdarzało się, że wybiegały na klatkę schodową. W gęstym labiryncie podziemnych korytarzy czasem błyskały ich ślepia. Albo tylko tak mi się wydawało, co nie zmienia faktu, że ta piwnica śni mi się do dzisiaj. Co ciekawe w piwnicy toczyło się też tzw. męskie życie. Sąsiedzi pędzili bimber, naprawiali motocykle i rowery w swoich przydomowych warsztatach, popijali wódeczkę zagryzając ogórkami z zimowych przetworów. Sąsiadki wpadały tam i wyciągały swoich mężów na górę. Krzyki było słychać na cały blok. 

Szczury mieszkały też w wieżowcach nad wąwozem i tam żerowały przy ssypach na śmieci. Tutaj widywałem je często, jak uciekały przed oszczekującymi je psami. Można powiedzieć, że psy były dobrze zaznajomione z tutejszymi szczurami, razem biegały po trawniku wokół wieżowców. 

Duże i małe górki

Chodziłam do przedszkola nr 13 przy ulicy Okrzei 9. Dobrze je wspominam, bo miało ładny plac zabaw na tyłach budynku, a kilka schodków niżej drugi placyk osłonięty drzewami. W przedszkolu najgorsze były wizyty w gabinecie dentystycznym, który znajdował się tuż przy wejściu do budynku. To druga trauma, po piwnicy ze szczurami, z mojego dzieciństwa. 

Obok przedszkola była niewielka górka, z której zimą zjeżdżało się na sankach. Ale prawdziwy zimowy raj mieliśmy w wąwozie pomiędzy ulicą Okrzei a ulicą Warskiego (od 1991 roku Wilhelma Orlika-Rueckemanna). Tam mieliśmy wielkie strome góry, na których zimą zbierał się tłum dzieci. Zjeżdżaliśmy na sankach i na łyżwach po obu stronach wąwozu. Lądowaliśmy na dole, gdzie często dochodziło do kolizji pomiędzy tymi z Okrzei, a tymi z Warskiego. 

W części wąwozu bliżej ulicy Lwowskiej latem rozbijało się wesołe miasteczko. Pamiętam strzelnicę, falę, diabelski młyn i karuzele łańcuchowe. Wesołe miasteczko zwijało się dopiero we wrześniu i to było symboliczne pożegnanie lata. 

Tak jakby luksusowo

Chodziłam do Szkoły Podstawowej nr 37 im. Komisji Edukacji Narodowej (dziś jest tu Zespół Szkół Odzieżowo-Włókienniczych) przy ulicy Lwowskiej (dawniej Bolesława Bieruta). Po drugiej stronie ulicy był pasaż handlowy z kultową Kalinką. To był duży, bardzo elegancki lokal. Na dole była restauracja, w której były obiady na abonamenty i cukiernia z ciastkami na wynos, a latem lodziarnia z okienkiem otwartym na ulicę. Na górze była duża kawiarnia ze sceną na występy i wielką ladą chłodniczą z pysznymi deserami. W Kalince obsługiwały panie w firmowych fartuszkach i można było palić papierosy. Pachniało dymem papierosowym i czarną kawą. Było tak jakby luksusowo. 

Gazety spod lady

Obok Kalinki, w tzw. podcieniach był duży kiosk RUCH-u, w którym znajoma pani kioskarka trzymała dla mnie „Zarzewie” i „Razem” z plakatami gwiazd muzyki. Tak, tak, to były czasy, gdy kolorowe gazety dostawało się spod lady! 

Po wszystko inne stało się w kolejkach. Ja też stałam. Głównie w mięsnym, w tym samym pasażu handlowym. Dołączałam do mamy, która stała od rana, a sprzedaż ruszała chyba po 14.00. Jak byłyśmy we dwie to mogłyśmy kupić więcej. 

Cukierki czekoladowe, kawę, kakao i pomarańcze kupowało się natomiast w Delikatesach po drugiej stronie ulicy, bliżej ulicy Okrzei. To był sklep wykwintny, pachnący towarami z wyższej półki, świątecznymi i zza granicy.

Na co dzień w pobliskim SAM-ie mieliśmy landryny, serwowit i kawę Inkę. A w warzywniaku kolorową oranżadę w woreczkach foliowych. 

U Salezjanów

Granicę mojego osiedla wyznaczał z jednej strony wąwóz, a z drugiej kościół Salezjanów do którego chodziłam na niedzielne msze i na religię. Kościół miał dwa piętra i ja wolałam msze na górze, tam było bardziej klimatycznie. W starych poklasztornych zabudowaniach wokół kościoła mieliśmy katechezy. Czuć tam było ducha czasów. Było i pięknie i strasznie. Za murem kościoła był żydowski cmentarz, zamknięty na cztery spusty i owiany wielką tajemnicą. Na tle tego muru mam pamiątkowe zdjęcie z Pierwszej Komunii. Dostałam wtedy swój pierwszy zegarek, a przyjęcie komunijne dla osób z najbliższej rodziny było w naszym mieszkaniu przy ulicy Okrzei. Wieczorem po komunijnym przyjęciu  skakałam z innymi dziećmi z mojej klasy po metalowym samolocie na naszym placu zabaw. Pewnie lecieliśmy w jakąś daleką podróż. Może do przyszłości. 

Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Piszcie do mnie o ulicach swojego dzieciństwa: magdabozko@poczta.onet.pl

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama