Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Kazimierz w czasach PRL-u. Piwo, plaża nad Wisłą i ostatni autobus do Lublina

Nie było hoteli ze spa, apartamentów na każdej ulicy ani restauracji oferujących kuchnię z całego świata. Była za to plaża nad Wisłą, smażalnia ryb, zimne piwo i wieczory przy ognisku. W czasach PRL-u Kazimierz Dolny wyglądał skromniej, ale dla wielu miał więcej prawdziwego uroku.
Kazimierz w czasach PRL-u. Piwo, plaża nad Wisłą i ostatni autobus do Lublina

Źródło: Archiwum

Marek Wójcik z Lublina do dziś pamięta wypady sprzed lat do nadwiślańskiego miasteczka. Specery po Rynku, potemnad Wisłę, ktoś wyciągał gitarę i nagle okazywało się, że ostatni autobus do Lublina właśnie odjechał.

– I wtedy zaczynał się problem. Nie było telefonu komórkowego, aplikacji ani taksówki na zawołanie. Trzeba było szukać kogoś z samochodem, łapać okazję albo kombinować, gdzie przenocować – wspomina.

W latach 80., jeszcze jako student, Marek przyjechał do Kazimierza na cały tydzień. Nocował w obiekcie PTTK przy ulicy Krakowskiej.

– Warunki nie były luksusowe, ale kogo to wtedy obchodziło? Łóżko było, człowiek miał gdzie zostawić plecak i przede wszystkim było go na taki pobyt stać. Za studenckie pieniądze mogłem przenocować, zjeść obiad, wypić piwo i jeszcze coś zostało – opowiada.

Dzisiaj, jak mówi, Kazimierz przypomina niekiedy Warszawę w miniaturze. Ceny noclegów i obiadów potrafią zaskoczyć, a pensjonatów, apartamentów oraz pokoi gościnnych przybyło tyle, że poza sezonem czasami można odnieść wrażenie, iż łóżek jest więcej niż chętnych.

– Ale i tak mnie tu ciągnie. Tylko już nie w letnią niedzielę, kiedy trudno przejść przez rynek. Najbardziej lubię przyjechać jesienią albo w zwykły dzień tygodnia. Wtedy wciąż można odnaleźć ten dawny Kazimierz – mówi.

Restauracja, do której przyjeżdżała cała Polska

Jednym z najbardziej znanych miejsc dawnego Kazimierza była restauracja „Esterka”. Dzisiaj po legendarnym lokalu nie ma już śladu, ale starsi mieszkańcy i stali bywalcy wciąż potrafią opowiadać o nim godzinami.

– W Kazimierzu bywałem bardzo często, bo ojciec prowadził wtedy „Esterkę” – wspomina Jacek Mirosław, znany lubelski fotoreporter. – Pamiętam, że do lokalu przyjechał kiedyś znany dziennikarz. Ja byłem początkującym fotografem. Ojciec pokazał mu kilka moich zdjęć. Obejrzał je, podrapał się po głowie i powiedział: „Zdjęcia robisz niezłe, ale jeśli chcesz być dobrym fotografem, musisz nauczyć się pić wódkę”.

Takie rady mogły paść chyba tylko w restauracji artystycznego Kazimierza i tylko w czasach, gdy wspólne siedzenie przy stoliku często było ważniejsze niż to, co znajdowało się na talerzu.

Historia tego miejsca sięgała 1880 r. Wtedy Aleksander Berens otworzył „Gospodę Chrześcijańską”, uznawaną za pierwszą restaurację w Kazimierzu. W okresie międzywojennym działały tutaj hotel i restauracja, w których bywali pisarze, aktorzy oraz artyści. Lokal znali między innymi Julian Tuwim, Antoni Słonimski i Hanka Ordonówna. W czasie okupacji mieściło się tu niemieckie kasyno wojskowe, a po wojnie restauracja zaczęła działać pod nazwą „Esterka”.

– Kiedy ojciec ją wydzierżawił, przypominała bardziej spelunkę niż porządną restaurację – opowiada Jacek Mirosław. – Dopiero po jakimś czasie odzyskała dawną renomę.

W najlepszych latach do „Esterki” przyjeżdżano na słynne flaki, dziczyznę i ryby. Były to dania, które dziś nazwalibyśmy wizytówką lokalu. Wtedy mówiło się po prostu, że u Mirosława można dobrze zjeść.

– W miasteczku nie było zbyt wielu miejsc, gdzie większa grupa mogła szybko dostać obiad. Ojciec zawsze miał w zapasie ogromny kocioł z zupą. Kiedy zajeżdżał autokar, turyści mogli od razu „poratować się” pierwszym daniem. Na drugie musieli już cierpliwie poczekać – wspomina fotoreporter.

Nie było rezerwacji internetowych, kart dań na kilkanaście stron ani kelnerów opowiadających o pochodzeniu każdego składnika. Była gorąca zupa, kawałek chleba i świadomość, że w pełnym turystów Kazimierzu człowiek nie zostanie głodny.

Ryba, frytki i piwo, którego w Lublinie brakowało

Oprócz „Esterki” dużą popularnością cieszyła się smażalnia ryb przy Małym Rynku. Sprzedawano w niej również frytki, wtedy jeszcze będące niemal luksusową przekąską. W weekendy przed smażalnią ustawiała się długa kolejka.

Nikt się jednak specjalnie nie oburzał. W PRL-u kolejka była częścią codzienności. Jeśli pachniało smażoną rybą, a ludzie wychodzący z lokalu wyglądali na najedzonych, to znaczyło, że warto poczekać.

Oblężenie przeżywały również nieliczne kawiarnie przy rynku. Wielu gości przyjeżdżało z Lublina specjalnie na zimne piwo. W stolicy województwa jego zdobycie nie zawsze było łatwe, natomiast Kazimierz miał opinię miejsca, gdzie na piwo można było liczyć.

Niedzielny wyjazd wyglądał więc często podobnie: autobus z Lublina, spacer po rynku, wejście na Górę Trzech Krzyży, ryba z frytkami, a później piwo w kawiarni. Kto zbyt długo siedział przy stoliku, mógł nie zdążyć na ostatni kurs powrotny.

Plaża, kosze wiklinowe i zdradliwa Wisła

Dzisiaj Wisłę ogląda się najczęściej z bulwaru albo pokładu statku wycieczkowego. W czasach PRL-u Kazimierz był natomiast popularnym miejscem plażowania. Największa plaża znajdowała się w pobliżu dzisiejszej siedziby PTTK, na końcu ulicy Krakowskiej. Obok działało pole namiotowe. W upalne dni rynek pustoszał, a tłum przenosił się nad rzekę.

Na plaży znajdowały się przebieralnia i kasa biletowa. Można było wypożyczyć jedno- lub dwuosobowy kosz wiklinowy, leżak, parasol, kajak albo rower wodny. Kto rozkładał się rano, potrafił spędzić nad Wisłą cały dzień.

Nad bezpieczeństwem kąpiących się czuwało trzech ratowników. Na brak pracy nie narzekali. Wisła była piękna, ale zdradliwa. Wartki nurt potrafił porwać nawet doświadczonego pływaka. Zdarzało się, że jednocześnie pomocy potrzebowało kilka osób. Ratownicy musieli wtedy w ciągu kilku sekund decydować, do kogo płynąć najpierw.

Wieczorem plaża zmieniała charakter. Rozpalano ogniska, pojawiały się gitary, śpiewano i rozmawiano do rana. Najstarsi kazimierzanie wspominają, że w blasku ognia można było spotkać Jonasza Koftę, braci Damięckich czy Piotra Szczepanika.

Nie było ochroniarzy, zamkniętych imprez ani biletowanych stref. Artysta, student i mieszkaniec Kazimierza mogli siedzieć przy tym samym ognisku. Nikt nie robił sobie zdjęć na pamiątkę, bo aparat fotograficzny nie był przedmiotem, który każdy nosił w kieszeni. Zostawały więc wspomnienia – czasami wyraźniejsze niż współczesne fotografie.

Lokomotywka w kamieniołomie

Kilkaset metrów od plaży do końca lat 70. działał kamieniołom. Po jego terenie jeździła niewielka lokomotywa ciągnąca wagoniki z urobkiem.

– Jako dzieci często się tam bawiliśmy – wspomina Marek Wójcik. – Dzisiaj aż trudno uwierzyć, że rodzice pozwalali nam chodzić w takie miejsca. Nikt nie miał telefonu, nikt nas bez przerwy nie pilnował. Rano człowiek wychodził i wracał dopiero wieczorem.

Marek co roku spędzał wakacje u cioci w Kazimierzu. Jak mówi, turystów nie brakowało, ale nie było jeszcze dzisiejszego tłoku.

– Kazimierz był bardziej zwyczajny. Mieszkali tu ludzie, robili zakupy, dzieci bawiły się na ulicach. Turystyka nie zajmowała jeszcze każdej wolnej izby, piwnicy i podwórka. No i ceny były normalne – dodaje.

Miasteczko piękne, ale nie z pocztówki

Wspomnienia o dawnym Kazimierzu łatwo polukrować. Tymczasem w czasach PRL-u miasteczko miało również problemy, o których oficjalne foldery turystyczne wolały milczeć.

27 lipca 1972 r. „Kurier Lubelski” opublikował obszerny i niezwykle krytyczny artykuł. Dziennikarze pisali o brudzie, kurzu, chwastach, dziurawych ulicach oraz błocie spływającym po każdym deszczu z wąwozów. Dojazd do PTTK porównali do trasy motocrossowej.

Narzekali także na fatalne zaopatrzenie. Nabiał można było kupić przede wszystkim podczas targu we wtorek albo w piątek, najlepiej już o piątej rano. W sklepach brakowało podstawowych produktów, za to – jak złośliwie zauważyli autorzy – bez trudu można było dostać alkohol.

Nie oszczędzili także nadwiślańskiej plaży. Opisywali błoto, śmieci, brak wytyczonego kąpieliska, sprzętu wodnego i ratowników. Tabliczki z napisem „Kąpiel zabroniona” nie powstrzymywały tysięcy turystów szukających ochłody w rzece.

Krytykowano również zachowanie pijanych przechodniów i kierowców wracających w niedzielę z Kazimierza. Na drodze do Lublina samochody wyprzedzały pod górę i ścinały zakręty, a grupy pieszych zajmowały całą jezdnię. Milicji drogowej, jak pisano, niemal nie było.

Dawny Kazimierz nie był więc wyłącznie krainą artystów, ognisk i tanich wakacji. Miał błoto, kolejki, braki w sklepach, kłopoty z komunikacją i niebezpieczną rzekę. Być może jednak właśnie dlatego wspomnienia o nim są tak żywe. Nie był dekoracją przygotowaną dla turystów, lecz prawdziwym miasteczkiem.

Romantyczny mimo wszystko

W 2011 r. Kazimierz Dolny zwyciężył w internetowym plebiscycie Sympatii i Onetu na najbardziej romantyczne miejsce w Polsce. Oddano w nim ponad 70 tys. głosów, a nadwiślańskie miasteczko wyprzedziło między innymi Zakopane, Sopot, Roztocze i Ogród Japoński we Wrocławiu. Internauci za najbardziej romantyczne miejsce w Kazimierzu uznali rynek. Wyniki plebiscytu opisał kazimierski portal, a zwycięstwo potwierdził serwis Sympatia.

Marek Wójcik nie potrzebuje jednak plebiscytów, żeby wiedzieć, na czym polega fenomen tego miejsca.

– Można narzekać na tłok, ceny i komercję. Można mówić, że dawniej było spokojniej i taniej. Ale wystarczy przyjechać w październiku, usiąść rano na pustym rynku albo zejść wieczorem nad Wisłę. Wtedy człowiek rozumie, że Kazimierz nadal jest niezwykły – mówi.

Nie ma już dawnej „Esterki”, plaży z wiklinowymi koszami ani studenckich noclegów za grosze. Ostatni autobus nie jest też katastrofą, bo zawsze można zamówić samochód albo znaleźć wolny pokój. Zostały jednak bruk rynku, stare kamienice, lessowe wąwozy, Wisła i szczególne światło, które od pokoleń przyciąga malarzy oraz fotografów.

I może właśnie na tym polega urok Kazimierza: zmienia się, drożeje i zapełnia apartamentami, ale nigdy nie daje się zmienić do końca.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama