Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Na Zimowej nie było wiosny

Długo czekaliśmy na większe mieszkanie. Wcześniej, w pięć osób, gnieździliśmy się w dwóch klitkach na Kalinie. A w nowym bloku przy ulicy Zimowej w 1986 roku dostaliśmy cztery pokoje. To było więcej niż luksus – wspomina pani Anna Wiącek.
Na Zimowej nie było wiosny
„Łamaniec” przy ulicy Zimowej. Dzisiaj jest tu dużo zieleni, powstał też osiedlowy skwer i plac zabaw
FOT. MAGDALENA BOŻKO-MIEDZWIECKA

Jedni mówili na to osiedle Pogodna, inni Bronowice. Dla mnie to był koniec świata, a na pewno koniec miasta. Nasz blok stanął pośrodku niczego. Blok to zresztą nie jest dobre słowo. Budynek, w którym dostaliśmy mieszkanie był wysoki na dziesięć pięter i ciągnął się na kilkanaście klatek schodowych. To było jakieś dziesięć połączonych wieżowców w jeden „łamiący” się w kilku miejscach budynek, z prześwitem pośrodku. Podobny „Pekin” był na Kalinie przy ul. Koryznowej, ale ten przy Zimowej wydawał mi się jeszcze bardziej przytłaczający. 

Wykładzina zrobiła się czarna

Ale mnie i moim braciom to w ogóle nie przeszkadzało. Cieszyliśmy się każdą chwilą w nowym mieszkaniu. Największy pokój miał 25 metrów i to było niewiele mniej niż całe nasze poprzednie mieszkanie. Cała podłoga wyłożona była ciemnozieloną wykładziną – paskudną w wyglądzie, ale na tyle miękką, że pierwsze noce, gdy nie mieliśmy jeszcze wszystkich łóżek spałam wprost na niej. Szczęśliwa, że wreszcie mam swój własny pokój. 

Zamarzyliśmy z braćmi o psie. Tak długo męczyliśmy rodziców, aż wreszcie się zgodzili. To był rudy jamnik, mały i szczekliwy. Mieliśmy dyżury na wyprowadzanie go na dwór. I tu pojawił się problem. Kończyła się zima, a wiosna nie chciała nadejść. Nasz blok tonął w głębokich sadzawkach z błota i pozostałościach po budowie. Co zrobiło się cieplej, to znowu chwytał mróz i znowu roztopy. Pies dosłownie topił się w tym błocie, a po powrocie do domu brunatne ślady jego łap widać było na całej wykładzinie. Wkrótce wykładzina była coraz ciemniejsza, niemal czarna i rodzice zaczęli rozglądać się za parkietem. Minęło kilka lat zanim udało im się zdobyć upragnione drewniane klepki i nasze mieszkanie przejaśniało. 

Przystanek przy Bohaterów ORMO

Wiosna nas ominęła i nagle przyszły upały. Wokół nie było ani jednego skrawka trawy, ani jednego drzewa. Wszędzie unosił się beżowy pył z popękanej ziemi. Wychodziłam na balkon i z góry patrzyłam na ten pustynny, bardzo smutny krajobraz. 

We wrześniu moi młodsi bracia poszli do Szkoły Podstawowej przy ulicy Pogodnej, a ja przez dwa kolejne lata dojeżdżałam do swojej poprzedniej szkoły na Kalinie. Przystanek był blisko naszego bloku, przy ulicy Bohaterów ORMO (dziś Grabskiego). To była wąska, mało uczęszczana ulica, poza tym przystankiem to nic przy niej nie było. Wsiadałam do autobusu nr 7 i jechałam na Plac Wolności, a stamtąd na Lwowską. Cała droga w jedną stronę zajmowała mi ponad godzinę z co najmniej dwiema przesiadkami. I tak codziennie, przez dwa lata. 

Kurniki i gołębniki

W weekendy próbowałam poznać okolicę, ale to była absolutna porażka. Nasz blok przy Zimowej i sąsiednie bloki przy Jesiennej powstały na gruzach Majdanu Tatarskiego, który ciągnął się w stronę ulicy Łęczyńskiej. Były tu gęste skupiska drewnianych, bardzo skromnych domków i komórek, stare sady, kurniki, gołębniki. Część z nich zrównano z ziemią pod nowe osiedle, a znaczna część tych bieda-domów jeszcze została. To było trochę jak slumsy pośrodku miasta. Tyle że to nie miasto wchłaniało slumsy, ale odwrotnie. I każdy mój spacer kończył się bardzo szybkim do domu. Odprowadzało mnie ujadanie psów, które biegały tu samopas. Bałam się tego miejsca. 

Szkoła na Pogodnej, moda na Krańcowej

Od Majdanu Tatarskiego oddzielała nas ulica Pogodna. To była ta bardziej cywilizowana cześć osiedla. Była szkoła, kiosk RUCH-u, na jednym z bloków aparat telefoniczny. Najbliższe sklepy były na ulicy Łabędziej. Był duży sklep spożywczy, gospodarstwo domowe, pasmanteria, mięsny i chyba rybny. Była przychodnia i basen. 

A niedaleko w wielkiej hali przy ulicy Krańcowej była „Moda Polska”, do której najbardziej lubiłam chodzić, bo tu były naprawdę piękne rzeczy. Wcześniej w tym miejscu był sklep spożywczy, a po likwidacji „Mody Polskiej” zagościł „Ducat Service". Dziś jest tu Stokrotka i apteka, a obok targowisko, który zachowało się jeszcze z tamtych lat, choć dziś wygląda dużo lepiej. 

W długim bloku po drugiej stronie ulicy Krańcowej była Poczta Polska, biblioteka, sklep elektryczny. Podobno wcześniej była też „dziupla” ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) *, co wydaje mi się prawdopodobne z uwagi na nazwę pobliskiej ulicy Bohaterów ORMO. Ale wtedy zupełnie mnie to nie interesowało. 

Z kart historii

*Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej (ORMO) – paramilitarna organizacja społeczna wspierająca Milicję Obywatelską, powołana uchwałą Rady Ministrów z 21 lutego 1946 r., rozwiązana ustawą uchwaloną przez Sejm 23 listopada 1989 r. W szeregi ORMO przyjmowano osoby w wieku od 18 do 45 lat, posiadające obywatelstwo polskie. W szczytowym okresie liczyła ok. 400 tysięcy ludzi, w większości rekrutowanych spośród członków PZPR, ale również z udziałem ZSL, SD i bezpartyjnych. Została powołana, by „czynnie i w sposób zorganizowany brać udział w ochronie ładu i porządku publicznego i w ochronie mienia społecznego i mienia obywateli”. Członkom ORMO służyło prawo pierwszeństwa przy przyjmowaniu do służby w Milicji Obywatelskie. Podczas stanu wojennego w dużych miastach Oddziały Zorganizowane ORMO brały udział w tłumieniu demonstracji.

Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Piszcie do mnie o ulicach swojego dzieciństwa: magdabozko@poczta.onet.pl

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama