30 lipca, dochodziła 20.40. Inspektor Damian Dudziński z Komendy Regionalnej Straży Ochrony Kolei w Lublinie wracał po służbie samochodem do domu. Przy ulicy Krańcowej dostrzegł kobietę leżącą na ziemi, dwie nastolatki i hulajnogę elektryczną. SOP-owiec zatrzymał auto, podbiegł do poszkodowanej, ta nie reagowała. - Ale zachowała czynności życiowe – relacjonował podinspektor Kamil Gołębiowski z lubelskiej Komendy Miejskiej Policji.
Inspektor Dudziński zadzwonił pod numer alarmowy 112. Świadkowie opowiadali, że kobieta została potrącana przez dziewczyny, które we dwie jechały na jednej hulajnodze elektrycznej. Gdy tylko SOP-owiec pojawił się na miejscu wypadku, nastolatki próbowały się ulotnić. Ten nakazał im czekać na przyjazd policjantów i ratowników medycznych. O pomoc w ich pilnowaniu poprosił jednego z przechodniów. I przystąpił do udzielania poszkodowanej pierwszej pomocy.
Po jakimś czasie ta odzyskała przytomność. Podinspektor Gołębiowski z KMP Lublin opowiadał, że mimo to kontakt z nią pozostawał utrudniony, była zdezorientowana, wreszcie doznała napadu drgawek. Inspektor Dudziński monitorował stan kobiety, zapewnił jej bezpieczeństwo, zabezpieczył ją przed kolejnymi obrażeniami do przyjazdu śledczych i medyków. To jedna z wielu ofiar plagi wypadków z hulajnogami elektrycznymi na Lubelszczyźnie.
Nieprzytomna na jezdni
Tego samego dnia 22-latek i 19-latka w miejscowości Krynka, w powiecie łukowskim, wywrócili się przy dużej prędkości, poruszając się na jednej hulajnodze elektrycznej. Obrażenia dziewczyny były na tyle poważne, że na miejsce wezwano śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Dwa dni wcześniej 15-latek w Świdniku przy ulicy Piłsudskiego przewoził na hulajnodze 13-letnią koleżankę. Nie mieli kasków. Najechali na studzienkę. Dziewczynka straciła przytomność. Odniosła ciężkie obrażenia. Policja informowała, że nastolatek uciekł z miejsca zdarzenia, zostawiając ją nieprzytomną na jezdni. Świadkowie twierdzą jednak, że miał rozładowany telefon i pojechał po pomoc. Powiadomiony został sąd rodzinny.
- To zdarzenie pokazuje, jak tragiczne w skutkach może być lekceważenie obowiązujących przepisów i zasad bezpieczeństwa. Hulajnoga elektryczna jest przeznaczona wyłącznie dla jednej osoby. Przewożenie pasażera znacząco ogranicza możliwość panowania nad pojazdem i zwiększa ryzyko poważnych obrażeń. Dodatkowo wymagane przepisami kaski ochronne dla osób do szesnastego roku życia ograniczają skutki upadku i mogą uratować zdrowie, a nawet życie – przekazała aspirant sztabowy Elwira Domaradzka z KPP Świdnik.
W kwietniu 26-letnia obywatelka Ukrainy podczas nocnej jazdy hulajnogą elektryczną przy ulicy Sekutowicza w Lublinie próbowała gwałtowanie hamować, straciła panowanie nad pojazdem, uderzyła głową w betonową nawierzchnię drogi i w wyniku ciężkich obrażeń zmarła w szpitalu.
Dwa tygodnie później 36-letni mężczyzny na alei Kompozytorów Polskich w Lublinie potrącił hulajnogą elektryczną 13-latkę. Tchórzliwie uciekł z miejsca zdarzenia. Policjanci opublikowali jego wizerunek z nagrań monitoringu. Został rozpoznany przez innych mieszkańców miasta. I zatrzymany.

Zatrzymanie „frajera”
Noc, Ogród Saski, ścieżka rowerowa i chodnik przy Alejach Racławickich. Pięciu hulajnogistów czy też potocznie „hulajnogarzy” w wieku nastoletnim, końcówka podstawówki lub początek liceum, goni dostawcę jedzenia z firmy Glovo.
- Frajerze! – krzyczy jeden z nich.
Pędzą obok przechodniów.
- Frajerze z Glovo! Zatrzymaj się!
Siarczyście klną. I przyspieszają. Ścigają niczego niewinnego chłopaka. Dla draki. Obok jedzie autobus. Obowiązuje tu standardowe ograniczenie prędkości do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Pojazd wyjechał z przystankowej zatoczki, światła dość daleko przed nim, nie wlecze się, musi dobijać do limitu. Ale nastoletni hulajnogiści jadą szybciej. Szybciej niż autobus.
Takich scen w okolicach Ogrodu Saskiego, Alei Racławickich, Krakowskiego Przedmieścia, Plazy, Placu Litewskiego, placu Teatralnego, a nawet Starego Miasta jest mnóstwo. To królestwo „hulajnogarzy”, którzy opanowali Lublin, Lubelszczyznę i całą Polskę.

Chińska moc
Hulajnogami elektrycznymi w Polsce jeździć można maksymalnie dwadzieścia kilometrów na godzinę. Najlepiej po ścieżkach rowerowych, a jeśli to niemożliwe: po jezdniach, tylko jednak gdy obowiązuje na nich ograniczenie prędkości do trzydziestu kilometrów na godzinę. W wyjątkowych sytuacjach można przenieść się na chodnik, ale tam należy poruszać się z prędkością zbliżoną do pieszego i z obowiązkiem ustępowania mu pierwszeństwa.
Przepisy, szczególnie te drogowe, są jednak po to, żeby je łamać, a przynajmniej tak rozumuje wielu Polaków. Hulajnogi elektryczne mają więc fabrycznie ustawiony limit dwudziestu kilometrów na godzinę, ale w sieci bez problemu można kupić oprogramowanie lub modyfikatory, które pozwalają pojazdom rozwijać prędkości od pięćdziesięciu do nawet osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. A hulajnoga jadąca z taką prędkością staje się rodzajem motocykla. Zazwyczaj nieoświetlonym, cichym i rozpędzającym się po chodniku. Wśród ludzi.
Zresztą, ostatnio chociażby dziennikarz motoryzacyjny Tymon Grabowski, znany jako „Złomnik”, opisywał na portalu Zero.pl, że z Chin bez problemu i wcale nie za wygórowaną cenę sprowadzić można hulajnogę o mocy dwóch kilowatów. Przepisy regulują bowiem prędkość, ale już nie moc. I chińska hulajnoga jest zablokowana, ale odblokowuje się ją… włączeniem lewego hamulca i pięciokrotnym wciśnięciem przycisku na kierownicy. A potem to już tylko dzika szybkość.

Na trzeźwo i po pijanemu
Minimalny wiek dla „hulajnogarzy” to trzynaście lat. Młodsze dzieci mogą jeździć tylko w strefie zamieszkania pod opieką dorosłych. Nastolatkowie przed osiemnastym rokiem życia muszą posiadać kartę rowerową bądź prawo jazdy AM, A1, B1 lub T. W praktyce rzadko ktokolwiek się do tych przepisów stosuje, nawet w przypadku hulajnóg elektrycznych na minuty od operatorów typu Lime czy Bolt. Nastoletni hulajnogiści rejestrują się na kontach rodziców lub starszego rodzeństwa, podpinając ich karty płatnicze. Aplikacje wypożyczalni nie weryfikują tożsamości kierującego przy każdym przejeździe, a to tworzy lukę prawną.
Z podobną kreatywnością „hulajnogarze” obchodzą inne zakazy i nakazy. Przewożą na hulajnogach inne osoby, zwierzęta, bagaże. Jeżdżą po alkoholu, po narkotykach, prowadzą rozmowy telefoniczne, scrollują media społecznościowe: TikToka, X, Instagrama. Przejeżdżają przez przejścia dla pieszych, choć pojazd należy przez nie przeprowadzać. No i parkują, gdzie popadnie, choć hulajnogę powinno zostawiać się równolegle do krawędzi chodnika, jak najbliżej jego zewnętrznej strony, zostawiając przynajmniej półtora metra przestrzeni dla pieszych.
Wybite zęby, rozbite czaszki
Spacerując po polskich miastach na początku szału na hulajnogi elektryczne, mieszkańcy irytowali się na nowopowstały chaos przestrzenny, bezład estetyczny. System „free-floating”, czyli możliwość zostawiania hulajnóg w niemal dowolnym miejscu, sprawił bowiem, że te regularnie blokowały przejścia, ścieżki rowerowe, wejścia do budynków. Głośno wybrzmiewały wtedy skargi niewidomych, niedowidzących i niepełnosprawnych poruszających się na wózkach na taki stan rzeczy.
Również na Lubelszczyźnie nie brakowało grup nieletnich, którzy celowo dewastowali hulajnogi: jeździli na nich po kilka osób, wjeżdżali w przeszkody z dużą prędkością. Hulajnogi wrzucono do rzek, kanałów miejskich, wieszano na drzewach, niszczono ich baterie.
W ustabilizowaniu sytuacji pomogło wprowadzenie wymogu zostawiania hulajnóg wyłącznie w wyznaczonych stojakach lub wymalowanych obszarach w centrach miast pod rygorem dalszego naliczania opłat w aplikacji. Operatorzy wprowadzili też w aplikacjach wymóg robienia zdjęcia zaparkowanego pojazdu i kary umowne za złe pozostawienie sprzętu. Państwo wdrożyło zaś wspomniane już zmiany prawne, ograniczenia prędkości i obowiązek jazdy w kasku dla nastolatków.
Jednocześnie lekarze z SOR-ów i chirurdzy z całej Polski biją na alarm. W szczycie sezonu trafiają do nich dziesiątki nastolatków z połamanymi kościami twarzy, wybitnymi zębami, rozbitymi czaszkami. I nie tylko nastolatków. Dorosłych również. Urazów doznają po upadkach z zbyt szybko prowadzonych hulajnóg.
Na jednym kole
Wśród młodych panuje moda na hulajnogi. Uczą się trików. Jazdy na jednym kole. Ścigają się po chodnikach i drogach osiedlowych. Wielu z nich inwestuje w ochraniacze i kaski. W takim wariancie stwarzają zagrożenie przede wszystkim dla innych. Ale wielu o ochraniaczach i kaskach zapomina. I wtedy już w niebezpieczeństwie są i wszyscy wokół, i oni sami.
- Małe koła i brak zawieszenia sprawiają, że hulajnoga przy dużej prędkości wybacza znacznie mniej niż rower. Przy prędkości powyżej tych dwudziestu, trzydziestu kilometrów na godzinę dziura w drodze, a już na pewno krawężnik stają się dźwignią wyrzucającą kierowcę w powietrze. Gwałtowane hamowanie wiąże się z tym, że ciało „hulajnogarza” natychmiast leci nad kierownicą. Jej stabilność jest zresztą słabiutka. Łatwo o utratę panowania – mówi pracownik jednego ze sklepów rowerowych na Lubelszczyźnie, w którego asortymencie znajdują się również hulajnogi elektryczne.
Fajnie być „hulajnogarzem”
- Przepraszam, ale powiem brzydko. To gnojki głównie śmigają na tych hulajnogach. Ile to razy wcześniej widziałam, że kogoś prawie rozjechali – mówi pani Anna, mieszkanka Lublina, która w mediach społecznościowych z perspektywy świadka opisała sytuację wypadku z udziałem nastoletniego „hulajnogarza” i potrąconej przez niego dziewczynki w wieku szkolnym.
- Przed wakacjami uczulałem chłopaków z klasy, którą uczę, żeby uważali z prędkością na hulajnogach, zakładali kaski i ochraniacze. Nie wiem, czy się do tego stosują. Raczej nie. Ale każdy był kiedyś młody – opowiada pan Artur, nauczyciel ze wschodu Lubelszczyzny.
W okolicach Centrum Spotkania Kultur podchodzę do grupy chłopaków na hulajnogach elektrycznych.
- Czy taka szybka jazda nie jest niebezpieczna? – pytam, choć brzmię jakbym był jakieś pół wieku starszy.
- Nie, a czemu pan pyta? – odpowiada nastolatek w kasku.
Mówię, że jest dużo skarg.
- Aha – rzuca tamten i chce odjechać.
- Dlaczego hulajnoga, a nie rower? – dopytuję jeszcze.
Śmieją się.
- Bo to fajne.
Policjanci alarmują
Nadkomisarz Anna Komola z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie informuje, że od stycznia do końca lipca 2026 roku na terenie Lubelszczyzny odnotowano trzydzieści cztery wypadki drogowe i dziewięćdziesiąt trzy kolizje z udziałem hulajnóg elektrycznych. Rannych? Dwadzieścia sześć osób. Zabitych? Jedna osoba.
- Sami kierujący hulajnogami spowodowali dwadzieścia trzy wypadki i sześćdziesiąt kolizji – mówi rzecznik prasowa KWP Lublin.
Hulajnogiści zostali przyłapani na dwustu osiemdziesięciu jeden wykroczeniach. Osiemdziesiąt dwa razy było to nieużywanie kasku ochronnego przez młodzież do szesnastego roku życia. Dwadzieścia pięć razy nieprawidłowe zachowanie wobec rowerzystów. Dwadzieścia cztery razy korzystanie podczas jazdy z telefonu wymagające trzymania słuchawki lub mikrofonu w ręku. Dwadzieścia dwa razy nieprawidłowa zmiana pasa lub kierunku ruchu.
- W ostatnich latach zauważalny jest wzrost użytkowników hulajnóg elektrycznych na naszych drogach, a co za tym idzie: wzrost zdarzeń z ich udziałem, zarówno kolizji i wypadków. Najczęstsze przyczyny wypadków to brak ostrożności, brawura i nieprzestrzeganie przepisów ruchu drogowego. Wykroczenia najczęściej popełniane przez młodych użytkowników hulajnóg i rowerów to wciąż niebezpieczna jazda po chodniku i stwarzanie zagrożenia dla pieszych, jazda po przejściu dla pieszych, jazda z pasażerem, rozmowa przez telefon, jazda bez kasków ochronnych. Od początku wakacji do 30 lipca ujawniliśmy ponad trzydzieści przypadków jazdy bez kasku. Jeśli zaś chodzi o zbyt szybką jazdę, ujawniliśmy w tym roku ponad czterdzieści takich przypadków. Na terenie Lubelszczyzny cyklicznie prowadzimy działania prewencyjne typu „Bezpieczny jednoślad” i „Bezpieczna hulajnoga” – podsumowuje nadkomisarz Anna Komola.


Komentarze