Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Miała oszpecać własną córkę. Sprawa Moniki B. wraca na wokandę

Monika B., przez siedem lat miała aplikować na twarz dziecka toksyczną substancję, co doprowadziło m.in. do nieodwracalnych ubytków tkanek. Według obrony, kobieta jest niewinna. Sprawą zajmie się Sąd Apelacyjny w Lublinie.
Miała oszpecać własną córkę. Sprawa Moniki B. wraca na wokandę

Autor: EB (archiwum)

Jak poinformowała PAP rzeczniczka prasowa Sądu Okręgowego w Siedlcach sędzia Agnieszka Karłowicz, do sądu wpłynęła dotychczas jedna apelacja – złożona przez obrońcę Moniki B. Pełnomocnik oskarżonej zakwestionował wydany w marcu wyrok, wnosząc o uniewinnienie kobiety lub obniżenie kary.

Monika B. została przez Sąd Okręgowy w Siedlcach skazana na 15 lat więzienia za znęcanie się fizyczne i psychiczne ze szczególnym okrucieństwem nad małoletnią córką oraz spowodowanie u niej ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci trwałego i istotnego zeszpecenia ciała.

Sąd orzekł ponadto 10-letni zakaz kontaktowania się z pokrzywdzoną oraz zakaz zbliżania się do niej na odległość mniejszą niż 50 metrów. Kobieta ma także zapłacić córce 100 tys. zł nawiązki i pokryć koszty postępowania. Dożywotnio nie może również zajmować stanowisk związanych z wychowaniem i edukacją dzieci.

Siedem lat przemocy

Według ustaleń śledztwa do przestępstw miało dochodzić od lutego 2017 r. do stycznia 2024 r. w Sięciaszce Drugiej w woj. lubelskim.

Prokuratura Okręgowa w Lublinie ustaliła, że Monika B. miała aplikować na twarz i kark córki toksyczną, bliżej nieustaloną substancję płynną. W efekcie u dziecka pojawiały się m.in. rumień, stany zapalne i blizny. Dochodziło również do martwicy i nieodwracalnych ubytków tkanek. Dziewczynka straciła m.in. część prawego ucha.

Według śledczych obrażenia miały być przedstawiane lekarzom oraz sądowi opiekuńczemu jako objawy choroby. Prokuratura wskazywała, że takie działania dodatkowo świadczyły o szczególnym okrucieństwie zarzucanych czynów. Na leczenie dziecka organizowano zbiórki pieniędzy.

Lekarze zaczęli mieć wątpliwości

Sprawa wyszła na jaw po zawiadomieniu złożonym przez lekarzy Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie. Medycy nabrali wątpliwości, czy zmiany występujące u dziewczynki rzeczywiście były wynikiem choroby. W toku postępowania biegli z różnych dziedzin medycyny uznali, że zmiany miały charakter urazowy i zostały spowodowane działaniem człowieka. Zwracali uwagę m.in. na ich występowanie przede wszystkim w jednej części ciała. Wykluczono również chorobę skóry.

Badania nie wykazały u dziewczynki cech niepełnosprawności intelektualnej, autyzmu ani padaczki, których występowanie – jak wynikało z materiałów prokuratury – przez lata miała sugerować jej matka.

Istotną zmianę przyniosło odseparowanie dziecka od matki. Po tym, jak Monika B. trafiła do aresztu, sąd zawiesił jej władzę rodzicielską, a dziewczynka znalazła się pod opieką rodziny. Jej stan zdrowia znacząco się poprawił i lekarze nie stwierdzili pojawienia się nowych zmian skórnych.

Jak informowała prokuratura, dziecko prawidłowo rozwija się poznawczo i wróciło do nauki w systemie stacjonarnym.

Biegli ocenili stan psychiczny oskarżonej

Monika B. w toku śledztwa nie przyznała się do popełnienia zarzucanych jej czynów. Twierdziła m.in., że wykonywała przy córce czynności związane z jej higieną.

Biegli psychiatrzy uznali, że kobieta w chwili popełniania zarzucanych jej czynów miała zachowaną zdolność rozpoznania ich znaczenia oraz pokierowania swoim zachowaniem.

Według opinii przywoływanej przez prokuraturę u Moniki B. stwierdzono zaburzenia osobowości w postaci zespołu Münchhausena z przeniesienia. Jest to zaburzenie polegające na celowym wywoływaniu lub przedstawianiu objawów choroby u osoby pozostającej pod opieką, najczęściej dziecka, w celu uzyskania zainteresowania, współczucia lub innych korzyści.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama