Z Sandomierza do Płocka, setki kilometrów, głównie po płyciznach i odsłaniających się łachach. Tak wygląda wyprawa Jana Dąbrowskiego, który chce w ten sposób zwrócić uwagę na coraz poważniejszy problem suszy i niedoboru wody w Polsce.
Autor projektu „Wischła” od lat realizuje przedsięwzięcia o charakterze społecznym, wykorzystując przy tym swoje zainteresowania i umiejętności związane m.in. z architekturą, filmem i dokumentacją.
– Długo zastanawiałem się, jaką trasę pokonać, co pokazać w formie wycieczki, żeby ta susza była najbardziej widoczna – opowiada. – Doszedłem do wniosku, że najbardziej widowiskowa będzie właśnie Wisła, która co roku wysycha, szczególnie pod koniec lata.
Jan przeanalizował zdjęcia satelitarne różnych odcinków rzeki i stwierdził, że przy tak niskim poziomie wody możliwe jest pokonanie znacznej części trasy pieszo.
– Wisłę może w zasadzie każdy przepłynąć w jakikolwiek sposób, ale jeszcze nikt jej nie przeszedł. Sam pomysł brzmi tak absurdalnie, że wydaje mi się, iż potrafi przykuć uwagę wielu osób – tłumaczy.
Kilkaset kilometrów po dnie rzeki
Wyprawa rozpoczęła się w Sandomierzu, a planowanym celem jest Płock. Łącznie mężczyzna planuje pokonać ok. 300–400 kilometrów. Trasa prowadzi m.in. przez odsłaniające się przy niskim stanie wody piaszczyste łachy, czyli wyspy, których przy wyższym poziomie Wisły nie widać.
– Staram się po nich chodzić, ale w zasadzie większość czasu jestem w wodzie. Chodzę po prostu po dnie, bo ta woda jest zazwyczaj do pasa – opowiada Jan.
Choć z pozoru przejście płytką rzeką może wydawać się łatwe, wyprawa wiąże się z zagrożeniami. Wisła potrafi bowiem w ciągu kilku metrów gwałtownie zmienić głębokość.
– W jednym miejscu jest po kostki, a dosłownie metr dalej już może być na przykład do głowy. Są takie różnice poziomów i trzeba bardzo uważać na wiry, które potrafią wciągać – zaznacza.
Niebezpieczeństwo stanowią również piaszczyste brzegi. Łachy mogą się osuwać, szczególnie w miejscach, gdzie tworzą wysokie skarpy.
– Nie lubię bardzo przepływać pod filarami mostów czy przy ostrogach, bo tam robią się niebezpieczne wiry wodne, które potrafią wciągnąć. Jeśli robi się niebezpiecznie albo woda jest ewidentnie brudna, szybko wsiadam na dechę, omijam takie miejsce i maszeruję dalej – mówi podróżnik.
Wspomniana "decha" to deska SUP, która służy do transportu bagażu. Na wyprawę Jan zabrał m.in. żywność, wodę oraz sprzęt potrzebny do dokumentowania i transmitowania przejścia. Całość waży ponad 30–40 kilogramów.
– Na tej desce są moje wszystkie bagaże. Ta deska też mnie asekuruje, więc jest dla mnie dodatkowym zabezpieczeniem – wyjaśnia.
fot. Jan Dąbrowski
Nie widzimy skali problemu
Wyprawa jest sposobem na pokazanie skali problemu niedoboru wody. Jak podkreśla Jan, o suszy i niskich stanach rzek mówi się regularnie, jednak pojedyncze komunikaty nie zawsze pozwalają wyobrazić sobie rzeczywistą skalę zjawiska.
– Wszyscy jesteśmy w miarę świadomi tego problemu, tylko chyba nikt nie widzi jego skali. Co roku słyszymy te same wiadomości: że wody jest coraz mniej, że gdzieś znowu został pobity jakiś rekord. Idę tyle kilometrów i cały czas pokazuję, że to nie jest tylko problem w jednym punkcie. To jest problem na dłuższym odcinku. Myślę, że to właśnie pokazuje skalę. Mam nadzieję, że to jest taki projekt, który zachęci nas, Polaków, do lepszego gospodarowania wodą, bo w wielu miejscach po prostu bardzo nierozważnie jej używamy, a nie mamy jej zbyt wiele w porównaniu do wielu innych krajów w Europie – mówi.
Problem niskiego poziomu Wisły ma, jak zauważa rozmówca, szersze konsekwencje. Niedobór wody może wpływać m.in. na rolnictwo, ceny żywności czy funkcjonowanie infrastruktury wykorzystującej zasoby rzeki. Jan zwraca uwagę, że niski poziom wody może być problemem także dla instalacji przemysłowych korzystających z zasobów Wisły.
Jednocześnie wskazuje na rozwiązania, które pozwalają ograniczać wykorzystanie wody rzecznej, m.in. ponowne korzystanie z odpowiednio oczyszczonej wody. Jego zdaniem problem zaczyna się jednak znacznie wcześniej.
– Nasze miasta też się projektuje w taki sposób, że są całkowicie zabetonowane. Cała nasza infrastruktura, czy to urbanistyczna, czy chociażby też na polach, traktuje rzekę raczej jako taką rynnę, która jak najszybciej ma odprowadzić wodę do Bałtyku, zamiast gdzieś mądrze ją wykorzystać, zachować w zbiornikach, pozwolić jej wnikać w ziemię i wypełniać zbiorniki podziemne.
To nie pierwszy taki projekt
Wyprawa Wisłą nie jest pierwszym przedsięwzięciem o charakterze społecznym i ekologicznym, które realizuje nasz rozmówca. Dwa lata temu zajmował się problemem zanieczyszczenia Odry. W ramach projektu spływał rzekami, dokumentując stan wód i pokazując problem z perspektywy, której na co dzień nie widzą mieszkańcy.
– Szczególnie na Śląsku tych ścieków jest dosyć sporo. Te rzeki śląskie są bardzo nieprzyjemne, bardzo brudne. Myślę, że wielu ludziom dało to do myślenia, że zobaczyli swoje rejony z zupełnie innej strony, z perspektywy zanieczyszczenia – wspomina.
Jak przyznaje, tego rodzaju projekty są połączeniem jego zainteresowań i zawodowych umiejętności.
– Jest to moje hobby. Sam zajmuję się architekturą, natomiast mam takie zainteresowanie interdyscyplinarne i wykorzystuję różne umiejętności. Próbuję je łączyć z pasjami. Nie jestem z wykształcenia hydrologiem – mówi.
Na co dzień projektuje domy i duże obiekty, a jednocześnie zajmuje się tworzeniem filmów i dokumentowaniem realizowanych przedsięwzięć.
W momencie naszej rozmowy, czyli w środę (9.09) Jan znajdował się w rejonie Kazimierza Dolnego. Na pytanie o termin zakończenia wyprawy odpowiada ostrożnie.
– Ciężko mi powiedzieć, ale dwa tygodnie jeszcze na pewno pójdę – mówi.
Jego drogę można śledzić m.in. w serwisie YouTube.
Komentarze