- Często się pani ostatnio wzrusza?
- Jestem osobą bardzo wrażliwą. Momenty wzruszenia po prostu u mnie bywają.
- Seria koncertów „Beata Unplugged” wydaje się być dla pani portalem do przeszłości. Jednym wielkim wyzwalaczem nostalgii.
- Pięknie to pan ujął. Miejsce mojego pięknego dzieciństwa, w samym sercu lubelskiego Starego Miasta, od zawsze pozostaje u mnie na pierwszym miejscu. Kiedyś moim marzeniem było wystąpić na dziedzińcu Zamku Lubelskiego. Długo nie było to możliwe. Ale teraz tak się miło ułożyło, że ten koncert mógł dojść do skutku. Nie tylko ja byłam wzruszona. Widziałam po reakcji publiczności, że ludzie też czekali na takie wydarzenie. Na koncert, który pozwoli powspominać przy moich utworach, te przecież towarzyszyły im w różnych momentach życia. Cudowna podróż. Podobno magiczna. Tak mówili słuchacze. Ja tylko modliłam się, żeby nie rozpłakać się na scenie. Starałam się skupić na występie, na jak najlepszym zaprezentowaniu utworów w nieco innej aranżacji. Wszystko się udało. Byłam bardzo szczęśliwa.
- Trasa „Beata Unplugged” reklamowana jest tak: „Najbardziej osobista odsłona twórczości artystki. Bez monumentalnej scenografii, bez dystansu i nadmiaru”. To dla pani aż tak ważne?
- Pomysł na koncerty z serii „Beata Unplugged” narodził się jakiś czasu temu. Najpierw zrealizowaliśmy je w lubelskim Teatrze Starym. To też było dla mnie wielkie przeżycie. Tam odbył się między innymi koncert wdzięczności dla moich lekarzy. Zrozumiałam, że ludziom potrzebna jest bliskość. W kameralnych miejscach ta energia między artystą a publicznością przepływa, krąży znacznie szybciej. Może to także choroba, przez którą przeszłam, nauczyła mnie pewnych rzeczy? Poczułam potrzebę bycia bliżej ludzi. Mam nawet piosenkę „Bliżej”.
- Oczywiście.
- Chciałam, żeby ludzie poczuli mnie taką, jaką jestem naprawdę. Nie panią z wielkiej sceny, telewizji, festiwalu, Sylwestra. Niejednokrotnie niedostępną, o wizerunku wypaczonym przez prasę. Przy takiej bliskości nie ucieknie się przed prawdą, która jest w nas. Prezentuję więc całą siebie. Ale publiczność też się obnaża. Bo muzyka jest po to, żeby dostarczać emocji. Fani słuchają piosenek i płaczą. Pytał pan, czy ja płaczę…
- Płacze pani?
- Wzruszam się z przeróżnych powodów. Przy filmach, przy książkach, przy rozmowach, ale i przy muzyce. Naprawdę, poczułam, że sama potrzebuję takiej prawdy. W moim życiu był trudny moment. Chorowałam. Potrzebowałam wzmocnienia od ludzi i dostałam od nich tyle dobrej energii, że aż nie da się tego wyrazić. Nie tylko od publiczności, która wychowywała się na moich piosenkach. Ale też od tych, którzy zwyczajnie dobrze mi życzyli. Piękne, bo żyjemy w epoce zbudowanej na hejcie, na nienawiści.

- W piosence „Bliżej” śpiewa pani: „Wracam, patrząc oczami dziecka”. Wychowała się pani przy ulicy Grodzkiej. Rzut beretem od Teatru Starego. Z okien rodzinnej kamienicy każdego dnia widziała pani Zamek Lubelski.
- Jestem szczęściarą, że po latach mogę w tych miejscach koncertować. Tej podróży do własnego dzieciństwa nikt mi nie zabierze. Kiedy dziecko zaczyna marzyć, wykuwa sobie powolutku przyszłość. Może tego spróbuję, może tamtego? U mnie działo się to na lubelskim Starym Mieście. Do Zamku chodziłam na zajęcia baletowe, na grę na skrzypcach. Daleko nie miałam, przy ulicy Grodzkiej 36a mieszkaliśmy z rodzicami i rodzeństwem.
- Jak pani to wspomina?
- Wychowywałam się w specyficznych warunkach.
- Co to znaczy?
- Stare Miasto pożegnałam jako dwunastolatka. Kiedy więc po wielu latach znalazłam się w tym moim dawnym mieszkaniu, trochę już zmienionym, wyremontowanym, spojrzałam przez okno na Zamek i Plac Zamkowy, i nagle zrozumiałam tę małą Beatę. Ja nie mogłam stać się kimś innym. Miałam wszystko, co potrzebne dziecku do kształtowania wyobraźni. Z tym przeświadczeniem wyszłam potem na scenę na Zamku. Śpiewałam piosenki, które powstały o tych miejscach, jak „Grodzka 36a”. Mogłam prowadzić monolog, opowiadać publiczności o przeżyciach, o których wcześniej nigdy nie mówiłam. Mam nadzieję, że ludziom się to podobało. Opinie dochodziły do mnie dobre. Mieszkańcy mojego miasta też mieli tu swoje miejscówki. Razem zanurzyliśmy się w dzieciństwo.
- Stare Miasto i ulica Grodzka z czasów pani dzieciństwa to były miejsca bardziej niebezpieczne niż dzisiaj, prawda?
- Tak, choć przy tym bardzo barwne. Mieszkali tam ludzie biedniejsi, było sporo patologii. Tylko dwie rodziny w naszej kamienicy były nieco lepiej sytuowane. Ale dzieci nie patrzą na takie rzeczy. Mieliśmy swoją podwórkową bandę. Nikt nie pytał, jak tam w domu. Jak ktoś miał pieniądze na lody, to stawiał reszcie. Nie siedzieliśmy w telefonach, tylko szukaliśmy przygód, rozwijaliśmy pasje: jedni sportowe, inni artystyczne. Budowało to naszą wrażliwość. Niebezpiecznie oczywiście bywało. Bandy zarysowywały rewiry. Na taką Lubartowską wieczorami lepiej było się nie zapuszczać.
- Nie kusiło? Dla draki?
- Nie miałam takiej potrzeby!
- Bała się pani…
- Miałam starszego brata. Zawsze mógł mi pomóc, więc się nie bałam. Ale mieszkanie na Starym Mieście było wyzwaniem. Te wszystkie zakamarki, korytarze. Tylko my wiedzieliśmy, jak przejść z jednej ulicy na drugą najkrócej i co naprawdę działo się na dawnym Placu Zebrań Ludowych.
- Kogo jednak nie zapytam, odpowiada, że Stare Miasto wypiękniało.
- Na Placu Zamkowym zagrałam potem z Bajmem mnóstwo koncertów. Przychodziły tłumy, kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Przeżyłam tu jeden z najpiękniejszych koncertów w moim życiu, nasze czterdziestolecie. Zagrałam go tuż po śmierci mojego brata, współzałożyciela zespołu. Było mi strasznie ciężko. Ale czułam, że brat pomaga mi z góry. I publiczność tak jakby to ze mną współprzeżywała. Postrzegałam ją jako grupę bardzo bliskich mi osób. Tam się zadziała magia. Na „Beata Unplugged” i dziedzińcu Zamku Lubelskiego zdarzyło się coś podobnego. Pewnego rodzaju życiowa kropka nad „i”.
- Jest w pani coś jeszcze z tej dziewczynki ze Starego Miasta?
- Chyba w nas wszystkich jest coś z dziecka. Ono się czasami w nas odzywa. Czasami robimy głupie błędy, takie dziecinne właśnie, i zastanawiamy się, co też nam strzeliło do głowy? Kiedy występuję na Starym Mieście, spotykam ludzi z dawnych lat, natychmiast przenoszę się w czasie. Pojawia się duża pokora. Staję się znów tą dziewczynką. Na Zamku byłam w jednej chwili dzieckiem i artystką. Migało mi przed oczami, że chodziłam tam z baletkami w worku, że gdy ćwiczyłam przy lustrach, podszedł do mnie pewien pan i powiedział, że będę kiedyś znana.
- Przypadkowy człowiek?
- Zupełnie przypadkowy.
- Ależ utrafił.
- Powiedział, że mam w sobie wyjątkową aurę. Czułam się całkowicie zwyczajna. Nieopierzona. Daleko mi było do spełnienia marzeń, które później się wydarzyły. Ale fajne jest, jak ktoś na początku tej drogi dostrzega, że coś w tobie jest, że coś osiągniesz. Dostaje się skrzydeł. Każdemu młodemu człowiekowi jest to potrzebne. Nie tylko ganienie cały czas.
- Kiedy koncerty „Unplugged” robiły furorę, trwały lata dziewięćdziesiąte, do historii przeszedł występ Kurta Cobaina i jego Nirvany. Pani też już była sławna, koncertowała po Europie i świecie, wydała „Białą armię”. Co po ponad trzydziestu latach wciąż jest tak magicznego w formule „Unplugged”?
- Zupełnie inny rodzaj spotkania artysty z publicznością. Tu nie da się okłamać widza. Wychodzi absolutna prawda. Słychać głos, lekkość, dramaturgię. Teksty piosenek wybijają się na pierwszy plan. Dla mnie, jako autorki, która teksty pisze sama od lat, to niezwykle ważne. Forma „Unplugged” daje wolność. Możemy inaczej interpretować i aranżować znane utwory, choćby „Białą armię”. „Co mi Panie dasz” śpiewamy w formie tanga!
- Wow.
- Jest szaleństwo, publiczność się w tym rozkochała. Ja też nie śpiewam bardzo delikatnie. Nie mam ochoty ludzi zanudzać. Przeplatamy ballady, których trochę w reperaturze mam, z momentami dynamicznymi. Cudownie, że mogę bawić się muzyką.
- Takie eksperymentowanie leży w pani naturze?
- Na dużych koncertach z Bajmem gram znane hity w tradycyjnych wersjach. Na „Beata Unplugged” panuje inna temperatura. Ludzie tego potrzebują. No i wreszcie mogę się wygadać z publicznością! Nie wszyscy może wiedzą, ale jestem gadułą. Kocham nawiązywać kontakt z ludźmi. Opowiedzieć jakąś historię. Nawet się pośmiać. Jestem wtedy w pełni sobą. Cała Beata. W Teatrze Starym na koncert przyszła na przykład moja nauczycielka śpiewu z podstawówki numer 12, pani Ela.
- Poznała ją pani?
- Tak, a jeśli to czyta, przytulam ją i całuję. Była niedawno chora. Ale przyszła. Zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać poprzez ludzi. Powiedziała, że już w podstawówce czuła, że będę śpiewać, że mam niezwykłą barwę głosu. Wymiana zdań, jak z sąsiadem. Była moja siostra Mariola. Opowiadałyśmy o czasach, jak miałam dwanaście lat i rodzice budowali dom, żeby przenieść się na Ponikwodę. A my z siostrą powtarzałyśmy im, że nie chcemy się przeprowadzać i że zostaniemy na Starym Mieście. Mariola śmiała się, że już wtedy miała tu adoratorów.

- A pani?
- Ja byłam jeszcze za młoda!
- Wróćmy do tej bliskości z publicznością.
- Niczego nie da się ukryć. Jakby być w grupie znajomych. Słowa wyrażają wszystko. Tego w tym momencie życia było mi trzeba.
- Szuka pani nowych aranżacji i artystycznych form, żeby po tylu latach na scenie nie zmęczyć się materiałem? Nie wypalić się?
- Poszukuję świeżości. Mam w dorobku mnóstwo piosenek. Nie tylko wielkie hity, ale też utwory, które nigdy nie miały premiery radiowej, a są piękne i chciałabym je zaprezentować. Koncerty akustyczne pozwalają mi je odkryć na nowo.
- Dla serii koncertów „Beata Unplugged” nie ma jednej listy utworów. Zawsze zaskakuje pani czymś nowym.
- Inspirują mnie kolejne miejsca. W Kozłówce, gdzie 18 września o 19.00 odbędzie się „Ostatni wieczór lata” z serii „Beata Unplugged”, w pięknym ogrodzie różanym Pałacu Zamoyskich, zaśpiewam piosenkę „Kolce róż”. Utwór ten zagramy po raz pierwszy w historii.
- A pochodzi z 1998 roku.
- Oryginalnie to był mocny, rockowy, ciężki numer, z tekstem przypominającym rap wyznanie. Monolog, może dialog z kobietą, którą spotykam, a której świat się zawalił i nie widzi sensu w nim dalej być.
- Musiała sobie pani przypominać tekst?
- Nie miałam z tym żadnego problemu. Teraz zaaranżujemy go delikatniej, dostosowując do projektu „Beata Unplugged”. Jestem bardzo ciekawa, jak to wyjdzie.
- Promocję koncertu w Kozłówce opieracie między innymi na nawiązaniu do popularnej postaci Stefci, fikcyjnej młodej służącej, której losy w internetowym miniserialu kostiumowym podbiły serca tysięcy widzów w mediach społecznościowych. Szuka pani pomostu z młodszym pokoleniem?
- Nie znałam Stefci, ale pokazała mi ją moja menadżerka Ewa i to jest cudowna rzecz! Młodsi ludzie postrzegają historię inaczej. Sama w szkole nie miałam szczęścia do historii przez nieciekawą nauczycielkę. Dopiero z wiekiem człowiek zanurza się w historię i nagle dowiaduje się, że jako Polacy mamy takie piękne miejsca, jak choćby Kozłówka. Wszystkich zachęcam do bycia dumnymi z historii Polski. A wracając do Stefci, przyjedzie na koncert do Kozłówki, gdzie zadebiutuje jako konferansjerka.

- Bije od pani entuzjazm.
- Ciągle szukam patentów, powiązań. Gdy graliśmy koncert w Ruchence, zaprosiłam na scenę młodzieżową orkiestrę z Ochotniczej Straży Pożarnej. Byli bardzo przejęci. A dla mnie to była ogromna radość, że mogę wprowadzić ich w świat muzyki na dużej scenie.
- Skąd w pani ta energia?
- „Beata Unplugged” to niejedyny mój projekt. Oprócz wielkich koncertów z Bajmem bawię się muzyką elektroniczną z zespołem Kamp! Niedawno graliśmy na festiwalu Wisłoujście. Był wspaniały. Muzyka jest taka piękna. Ja już nic nie muszę. Ja po prostu mogę. Jestem na takim etapie dorobku, że mogę czerpać z tego pełną, niczym nieskrępowaną radość.
- Nie męczy się pani głos? Pani repertuar jest wymagający.
- W projektach „Unplugged” śpiewam delikatniej, więc nie mam z głosem problemu. Ale tak jak wspomniałam: ja już nic nie muszę, ja mogę. To moje motto po przebytej chorobie. Nie katuję się ogromną liczbą koncertów. Wybieram te wydarzenia, które mi pasują. I szanuję struny głosowe, bo to najdelikatniejszy instrument.
- W jednym z wywiadów po przejściu choroby mówiła pani, że skupia się wyłącznie na teraźniejszości i nie wybiega zbyt daleko w przyszłość. Trzyma się pani tego postanowienia?
- Kiedy w 2024 roku usłyszałam diagnozę o chorobie nowotworowej, miałam zaplanowane wielkie przedsięwzięcia na kilkanaście miesięcy do przodu. Choroba mnie zatrzymała. Zrozumiałam wtedy, że nie można niczego planować na dłuższy czas. Życie bywa nieprzewidywalne. Wszystko może przekreślić się w jeden poranek czy wieczór. Lepiej skupić się na tym, co jest tu i teraz. Pilnuję swojego zdrowia. Jestem pod stałą opieką moich ukochanych lekarzy. Wyniki mam bardzo dobre, z czego niezwykle się cieszę, więc coś tam delikatnie do przodu planować mogę. Zdrowie jest jednak najważniejsze. I to nie jest wyświechtany slogan. Czysta prawda.
- Skoro mówi pani o delikatnym planowaniu, to kończycie projekt „Beata Unplugged” po Lubelszczyźnie. Ale za chwilę ruszacie dalej w Polskę.
- Pracuję z cudownymi muzykami. W tym z dwoma, z którymi nigdy wcześniej nie grałam: gitarzystą Piotrem Bogutynem i pianistą Piotrem Matuszczykiem. Pozostała dwójka to basista Artur Daniewski i Maciej Szyszkowski, który gra na perkusjonaliach i harmonijce. Za każdym razem nie mogę się doczekać, żeby się z nimi spotkać. Przed każdym kolejnym występem próbuję odgrzebywać z pamięci i archiwów jakieś piękne, zapomniane nagrania, z których tworzymy nowe aranżacje. Publiczność czuje naszą autentyczną radość z grania. Zawsze podziwiałam światowych artystów, jak Sting, którzy na pewnym etapie kariery dobierają sobie muzyków i po prostu bawią się formą. Chciałam przenieść te emocje na naszą polską scenę. Jeśli ktoś chce to zobaczyć i usłyszeć, zapraszam na koncerty w całej Polsce!
ROZMAWIAŁ JAN MAZUREK

Komentarze