Czwartkowy alarm na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu postawił w stan gotowości tysiące mieszkańców. Alert RCB o zagrożeniu z powietrza zmusił szkoły do ewakuacji uczniów do piwnic, sal gimnastycznych czy korytarzy bez okien, a lekarzy, szpitalnych pacjentów i urzędników do szukania miejsc schronienia. Przyczyną tego paraliżu był kolejny potężny ostrzał zachodniej części Ukrainy przez rosyjskie wojska.
Do incydentu podczas spotkania z austriackim kancelerzem Christianem Stockerem odniósł się premier Donald Tusk. Szef rządu zwrócił uwagę na symboliczny, a zarazem groźny kontekst daty rosyjskiego nalotu, nawiązując do rocznicy sowieckiej agresji na Polskę z 1939 roku.
- Odebrałem kolejny komunikat, że zakończył się atak Rosji na zachodnią część Ukrainy. Bardzo blisko polskiej granicy, niedaleko Dorohuska, znowu zaatakowano prawdopodobnie stację benzynową. Doszło do bardzo masowanej eksplozji. Nasze samoloty zostały poderwane. Ten 17 września jest wyjątkowym dniem, także pod względem dzisiejszego bezpieczeństwa - mówił premier Donald Tusk.
Eksplozja miała miejsce w ukraińskim Jagodzinie, zaledwie cztery kilometry od polskiego przejścia granicznego w Dorohusku. Huk słyszalny w Polsce był efektem przekroczenia bariery dźwięku przez polskie i sojusznicze myśliwce. Przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej potwierdzili, że wojsko było w pełnej gotowości do zestrzelenia każdego obiektu, który przekroczyłby granicę Polski. Ostatecznie polska przestrzeń powietrzna nie została naruszona, operacja lotnictwa zakończyła się przed godziną 13:00, a alarm został odwołany.

Komentarze