Jeszcze na początku lat 60. widok telewizora w mieszkaniu budził niemałą sensację. Wielka drewniana skrzynka, nieduży ekran, kilka pokręteł i obraz, który często bardziej przypominał śnieżycę niż film. Ale wystarczyło, że na ekranie pojawił się człowiek, który mówił i poruszał się, a domownicy i sąsiedzi patrzyli jak zahipnotyzowani.
Telewizor był nie tylko urządzeniem do oglądania programów. Stanowił oznakę zamożności, przedmiot zazdrości, a niekiedy powód, dla którego sąsiedzi zaczynali utrzymywać bliższe znajomości.
Czekali całymi latami
Historia polskiej telewizji rozpoczęła się jeszcze przed wojną, ale oficjalna inauguracja TVP miała miejsce 25 października 1952 roku. Tego dnia wyemitowano pierwszy półgodzinny program. Obejrzeć go można było zaledwie na 24 odbiornikach ustawionych w świetlicach warszawskich zakładów pracy. Ekrany miały wymiary 12 na 18 centymetrów - niewiele więcej niż współczesny smartfon.
Pierwsza audycja to były występy muzyczne, taniec i scenki mimiczne. Dziś trudno uwierzyć, że właśnie od tego zaczęła się historia medium, które w następnych dziesięcioleciach zdominowało życie milionów Polaków. Do Lublina telewizja docierała stopniowo. W latach 50. mieszkańcy miasta znali ją przede wszystkim z gazet i opowieści. Aby odbierać program, potrzebny był nie tylko kosztowny telewizor, ale również odpowiedni sygnał.
Przełom nastąpił 1 maja 1962 roku. Wtedy mieszkańcy Lublina uzyskali możliwość odbioru programu warszawskiego. Wcześniej, już w styczniu 1958 roku, lokalna prasa rozpoczęła starania o rozwój telewizji w mieście. Co ciekawe, na drugi program mieszkańcy musieli poczekać jeszcze ponad dekadę. W Lublinie rozpoczęto jego przekazywanie 18 października 1973 roku, początkowo za pośrednictwem prowizorycznych anten umieszczonych na wieżowcu przy ówczesnej alei Świerczewskiego.
To pokazuje, jak ogromną zmianą był sam dostęp do jednego programu. Dzisiaj kilkaset kanałów nie robi na nikim wrażenia. Wtedy możliwość zobaczenia wieczornego filmu bez wychodzenia do kina, wydawała się niemal cudem techniki.

Krzesła z kuchni, dzieci na podłodze
Pan Stanisław, dzisiaj 78-letni mieszkaniec Lublina, dobrze pamięta czasy, gdy telewizor miał tylko jeden sąsiad w kamienicy. Były wczesne lata 60. Odbiornik stał na specjalnym stoliku, przykryty serwetą, a gospodarz traktował go niemal jak najcenniejszy mebel. – Kiedy miał być jakiś ciekawy film, od rana było wiadomo, że wieczorem idziemy do sąsiadów. Mama mówiła, żebyśmy się porządnie ubrali, nie hałasowali i niczego nie dotykali. Bo to był drogi sprzęt, a my byliśmy dzieciakami – wspomina.
Gospodarze wystawiali dodatkowe krzesła. Niektórzy goście przynosili własne taborety. Dzieci zajmowały miejsca na podłodze, najbliżej ekranu, dorośli siadali z tyłu. Kiedy wszyscy już się pomieścili, gospodarz podchodził do telewizora i przekręcał pokrętło. Najpierw rozlegał się charakterystyczny szum. Potem na ekranie pojawiał się jasny punkt, który stopniowo zamieniał się w obraz. Czasem trzeba było jeszcze poprawić antenę.
– Najgorsze było to, że jak człowiek się już wciągnął w film, obraz zaczynał skakać. Gospodarz wstawał i kręcił pokrętłami. Wszyscy mu doradzali. Było przy tym więcej emocji niż podczas samego filmu.
Wspólne oglądanie miało swój niepisany regulamin. Nie wypadało przychodzić bez zaproszenia, chociaż zdarzali się sąsiedzi, którzy regularnie pukali do drzwi tuż przed rozpoczęciem programu. Dzieciom przypominano, że mają siedzieć cicho. A gospodarz, choć nieraz zmęczony wizytami, mógł czuć się kimś wyjątkowym.
Belweder kosztował kilka pensji
Jednym z pierwszych polskich odbiorników była Wisła, produkowana od połowy lat 50. Miała 12-calowy ekran i kosztowała około 4 tys. zł. W czasach, gdy przeciętne wynagrodzenie było wielokrotnie niższe, stanowiła luksus. W 1957 roku rozpoczęto produkcję Belwedera, pierwszego telewizora zaprojektowanego w całości przez polskich konstruktorów. Kosztował około 7 tys. zł, czyli równowartość kilku miesięcznych pensji.
Zakup telewizora był więc poważnym wydarzeniem finansowym. Rodziny oszczędzały miesiącami, a nawet latami. Niekiedy pieniądze dokładali krewni, bo odbiornik miał służyć wszystkim domownikom. Sam telewizor był również meblem. Wykonywano go w drewnianej obudowie, często starannie wykończonej. Stał w najbardziej reprezentacyjnym miejscu pokoju, czasem obok kredensu czy biblioteczki.
W wielu mieszkaniach ekran zasłaniano specjalną serwetką. Niektórzy właściciele przykrywali cały odbiornik, żeby nie osiadał na nim kurz. A dzieci słyszały nieustannie: nie dotykać, nie kręcić pokrętłami, nie stukać w ekran!
Antena na dachu i sąsiad do pomocy
Zakup odbiornika nie gwarantował jeszcze dobrego obrazu. Szczególnie w pierwszych latach telewizji problemem bywał odbiór sygnału. Na dachach kamienic i bloków pojawiały się anteny, których ustawienie wymagało cierpliwości. Zdarzało się, że jedna osoba obracała antenę, a druga z mieszkania krzyczała przez otwarte okno, czy obraz jest już lepszy.
Ważną postacią był miejscowy spec od radia i telewizji. Człowiek, który potrafił wymienić lampę, poprawić połączenia i sprawić, że ekran przestawał migotać. Tacy majsterkowicze byli niemal równie cenieni jak mechanicy samochodowi.
Dawne odbiorniki lampowe potrzebowały czasu, żeby się rozgrzać. Obraz potrafił zwężać się, przesuwać lub znikać. I to w najmniej odpowiednim momencie. Niewiele pomagało uderzanie dłonią w obudowę, chociaż ten sposób naprawiania telewizorów przetrwał w wielu polskich domach jeszcze przez następne dziesięciolecia.

Czekało się cały tydzień
Telewizja nie nadawała programu przez całą dobę. W pierwszych latach audycji było niewiele, dlatego widzowie dokładnie studiowali program drukowany w gazetach. Szczególne emocje wywoływał Teatr Sensacji „Kobra”. Kryminalne zagadki, morderstwa i tajemnicze historie przyciągały przed ekrany tłumy. Widzowie czekali również na filmy fabularne i widowiska teatralne.
Program telewizyjny często wyznaczał plan całego wieczoru. Domowe obowiązki starano się zakończyć wcześniej, żeby niczego nie przegapić. Nie było przecież możliwości nagrania filmu ani obejrzenia go następnego dnia na żądanie.
Na antenie pojawiały się także programy popularnonaukowe i edukacyjne. Dużym zainteresowaniem cieszyła się „Eureka”, a później „Piórkiem i węglem”, w którym profesor Wiktor Zin opowiadał o architekturze, historii i sztuce, jednocześnie wykonując znakomite rysunki. – W każdą niedzielę oglądaliśmy program profesora Wiktora Zina „Piórkiem i węglem”. To był niezwykle ciekawy program o architekturze i historii. Profesor opowiadał tak barwnie, a przy tym rysował, że nawet dzieci oglądały go z zainteresowaniem. Podobnie jak późniejszą „Sondę”. To były bardzo mądre i pożyteczne audycje; można się było naprawdę sporo z nich dowiedzieć – wspomina pan Andrzej.
Rubin, czyli kolorowy luksus
W latach 70. marzeniem wielu rodzin stał się telewizor kolorowy. Szczególną sławę zdobyły radzieckie Rubiny, montowane również w Polsce. Były wielkie, ciężkie, pobierały dużo energii i mocno się nagrzewały. Popularny Rubin 714 ważył około 57 kilogramów. Z czasem zyskał ponurą sławę ze względu na przypadki przegrzewania się, co skutkowało nieraz pożarem. Rubin miał też inne wady. Potrzebował sporo miejsca, a podczas pracy wydzielał dużo ciepła. Zdarzało się, że właściciele niechętnie pozostawiali go włączonego bez nadzoru.
Wokół tych telewizorów narosło mnóstwo opowieści. Jedni zapewniali, że Rubin grzał lepiej niż kaloryfer, inni opowiadali o odbiornikach, które zaczynały dymić. Historie nie były całkowicie pozbawione podstaw, choć nie oznacza to oczywiście, że każdy Rubin był niebezpieczny.
Kolorowy telewizor szybko stał się jednym z najbardziej pożądanych sprzętów w polskich mieszkaniach. Obok pralki automatycznej, lodówki i samochodu był symbolem poprawy warunków życia.
Cała Polska przed jednym ekranem
Z biegiem lat telewizor przestał być luksusem dostępnym tylko dla nielicznych. Ale zwyczaj wspólnego oglądania programów utrzymywał się znacznie dłużej. W latach 60. ogromne emocje wywoływały transmisje sportowe. Później miliony widzów śledziły sukcesy polskich piłkarzy i siatkarzy. Mieszkania ponownie zamieniały się w niewielkie trybuny sportowe.
Podobnie było podczas emisji najpopularniejszych seriali. „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie” czy późniejsze „Czterdziestolatek” i „07 zgłoś się” przyciągały przed odbiorniki całe rodziny.
Dzieci miały swoje ulubione programy. Wieczorynka stanowiła obowiązkowy punkt dnia, a popularność Bolka i Lolka, Reksia czy „Zaczarowanego ołówka” sprawiała, że tuż przed emisją ulice i podwórka pustoszały.
Zresztą telewizja miała jeszcze jedną osobliwość, którą dzisiejszym widzom trudno sobie wyobrazić. Po zakończeniu programu nie było kolejnych filmów, reklam ani nocnych powtórek. Spiker żegnał widzów, pojawiał się hymn, a potem ekran pozostawał pusty.
Lublin doczekał się własnej telewizji
Choć mieszkańcy Lublina oglądali telewizję od lat 60., na własny regionalny program musieli poczekać znacznie dłużej. Dopiero 17 stycznia 1992 roku ruszyła lubelska telewizja regionalna. Początki były niezwykle skromne. Nie było profesjonalnego studia telewizyjnego, odpowiedniego zaplecza technicznego ani rozbudowanego zespołu.
Pierwszą „Panoramę Lubelską” przygotowywano w zaadaptowanych pomieszczeniach Radia Lublin. Przed budynkiem stał wóz transmisyjny, w którym znajdowała się reżyserka. Redaktor Krzysztof Karman, jeden z twórców lubelskiej telewizji, wspominał po latach, że dopiero po powrocie do domu i rozmowie z żoną uwierzył, iż pierwsza audycja rzeczywiście ukazała się na antenie. Tak niezwykłym przedsięwzięciem było wówczas uruchomienie lokalnego programu.
Od tego momentu mieszkańcy regionu mogli nie tylko śledzić wydarzenia ogólnopolskie, ale również oglądać wiadomości o własnym mieście, ulicy czy sąsiedniej miejscowości.
Kiedyś telewizor łączył ludzi
Dzisiaj oglądanie telewizji wygląda zupełnie inaczej. Jeden domownik śledzi serial na ekranie telewizora, drugi ogląda film na laptopie, a trzeci przegląda nagrania w telefonie. Kiedyś wybór był znacznie mniejszy, ale telewizja pełniła również funkcję towarzyską. Ludzie spotykali się, rozmawiali, komentowali filmy i wspólnie przeżywali sportowe emocje. Jeden odbiornik potrafił zgromadzić sąsiadów, którzy na co dzień mijali się jedynie na schodach.
Dziś może to wydawać się niewygodne. Trzeba było przynieść krzesło, zmieścić się w zatłoczonym pokoju i pogodzić się z tym, że ktoś zasłaniał ekran. Ale miało to swój niepowtarzalny urok. Telewizor, choć pokazywał czarno-biały i często niewyraźny obraz, wnosił do mieszkań coś więcej niż tylko rozrywkę. Sprawiał, że ludzie byli razem.


Komentarze