Pieniądze przejdą koło nosa
Stoczek Łukowski nie wykorzysta 700 tysięcy złotych, jakie zaproponował mu PFRON na dofinansowanie utworzenia Zakładów Aktywności Zawodowej, w których pracę znalazłoby piętnastu niepełnosprawnych.
- 16.01.2002 19:17
Zakłady te miały być jedną z zaledwie czterech placówek tego typu działających w Polsce. Zatrudnieni tam niepełnosprawni mieli szyć ręczniki i pościel. Pracę znalazłoby również pięciu pracowników obsługi. Niestety miasto nie może przyjąć pieniędzy od PFRON. - Żeby je dostać, musielibyśmy najpierw zainwestować około 500 tysięcy. Nie stać nas na to, bo cały nasz tegoroczny budżet to 3 miliony 300 tysięcy a planowane inwestycje sięgają w tym roku tylko 200 tysięcy - wyjaśnia burmistrz Bogdan Gołęgowski. Prowadzone przez miasto ZAZ miałyby mieścić się w budynku spółdzielni inwalidów \"Łuksja”, jednak zastrzeżenia wniosła już Regionalna Izba Obrachunkowa, ponieważ część towarów wyprodukowanych w zakładach miałaby jako swoje sprzedawać \"Łuksja”. Według burmistrza, dla miasta to zbyt wielkie ryzyko, bo samorząd musiałby ręczyć swoim kapitałem za rentowność zakładów. Władze samorządowe obawiają się, że w razie trudności ze zbytem towarów to one pokryją koszty.
W tej sytuacji konieczność wypracowania przez niepełnosprawnych co najmniej 25 procent kosztów utrzymania placówki to kolejny argument przeciw ZAZ. W magistracie wiedzą bowiem, że jeśli to się nie uda, koszty poniesie miasto. Powiatowy zespół ds. orzekania o stopniu niepełnosprawności już w połowie zeszłego roku przebadał potencjalnych chętnych do pracy w ZAZ. - Nie chcieliśmy przedłużać procedury uruchamiania zakładu. Orzekaliśmy pozytywnie w przypadku około dwudziestu niepełnosprawnych, którzy mogliby tam pracować. - mówi Lech Dębczak, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Łukowie.
Powstanie ZAZ w Stoczku byłoby zagrożeniem dla działających tam Warsztatów Terapii Zajęciowej. Według przepisów przysposobieniem do życia społecznego dotkniętych przez los ludzi jest uczestnictwo w warsztatach, potem praca w ZAZ, wreszcie w Zakładzie Pracy Chronionej. - Ludzie zazwyczaj nie chcą oddawać niepełnosprawnych krewnych do warsztatów. Dlatego mam problemy ze skompletowaniem wymaganej dwudziestki uczestników. Jeśli by przeszli do ZAZ, mielibyśmy problemy z utrzymaniem placówki - wyjaśnia kierowniczka warsztatów Joanna Sękowska - Czub.
Reklama













Komentarze