Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Pieniądze przejdą koło nosa

Stoczek Łukowski nie wykorzysta 700 tysięcy złotych, jakie zaproponował mu PFRON na dofinansowanie utworzenia Zakładów Aktywności Zawodowej, w których pracę znalazłoby piętnastu niepełnosprawnych.
Zakłady te miały być jedną z zaledwie czterech placówek tego typu działających w Polsce. Zatrudnieni tam niepełnosprawni mieli szyć ręczniki i pościel. Pracę znalazłoby również pięciu pracowników obsługi. Niestety miasto nie może przyjąć pieniędzy od PFRON. - Żeby je dostać, musielibyśmy najpierw zainwestować około 500 tysięcy. Nie stać nas na to, bo cały nasz tegoroczny budżet to 3 miliony 300 tysięcy a planowane inwestycje sięgają w tym roku tylko 200 tysięcy - wyjaśnia burmistrz Bogdan Gołęgowski. Prowadzone przez miasto ZAZ miałyby mieścić się w budynku spółdzielni inwalidów \"Łuksja”, jednak zastrzeżenia wniosła już Regionalna Izba Obrachunkowa, ponieważ część towarów wyprodukowanych w zakładach miałaby jako swoje sprzedawać \"Łuksja”. Według burmistrza, dla miasta to zbyt wielkie ryzyko, bo samorząd musiałby ręczyć swoim kapitałem za rentowność zakładów. Władze samorządowe obawiają się, że w razie trudności ze zbytem towarów to one pokryją koszty. W tej sytuacji konieczność wypracowania przez niepełnosprawnych co najmniej 25 procent kosztów utrzymania placówki to kolejny argument przeciw ZAZ. W magistracie wiedzą bowiem, że jeśli to się nie uda, koszty poniesie miasto. Powiatowy zespół ds. orzekania o stopniu niepełnosprawności już w połowie zeszłego roku przebadał potencjalnych chętnych do pracy w ZAZ. - Nie chcieliśmy przedłużać procedury uruchamiania zakładu. Orzekaliśmy pozytywnie w przypadku około dwudziestu niepełnosprawnych, którzy mogliby tam pracować. - mówi Lech Dębczak, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Łukowie. Powstanie ZAZ w Stoczku byłoby zagrożeniem dla działających tam Warsztatów Terapii Zajęciowej. Według przepisów przysposobieniem do życia społecznego dotkniętych przez los ludzi jest uczestnictwo w warsztatach, potem praca w ZAZ, wreszcie w Zakładzie Pracy Chronionej. - Ludzie zazwyczaj nie chcą oddawać niepełnosprawnych krewnych do warsztatów. Dlatego mam problemy ze skompletowaniem wymaganej dwudziestki uczestników. Jeśli by przeszli do ZAZ, mielibyśmy problemy z utrzymaniem placówki - wyjaśnia kierowniczka warsztatów Joanna Sękowska - Czub.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama