Kto w najczarniejszych scenariuszach mógł przewidzieć, że polskie mięso będzie dziś droższe niż na zachodzie Europy?! Kto mógł przypuszczać, że polscy pośrednicy, przerabiający mięso, a zwłaszcza handlujący nim, będą mieli aż tak nieprzyzwoicie olbrzymi apetyt na zarobek? Paradoksalnie – konsumentom wypada się dziś cieszyć, że Rosjanie grymaszą i utrudniają wwóz polskiego mięsa do swego kraju. Dzięki temu, że podaż na naszym rynku jest wyższa od popytu, wciąż jeszcze pamiętamy smak szynki i baleronu. Pamiętamy, ale na najedzenie się tymi rarytasami stać już coraz mniej ludzi.
Jest wyjście z tej pułapki kupieckiej zachłanności? Oczywiście! Wystarczy skrócić drogę mięsa z chlewni czy obory na stół.
Ja w każdym razie pośrednikom już kabzy nie nabijam: z żoną ćwiartkę świni kupujemy prosto od chłopa (ostatecznie w hipermarkecie), peklujemy szynkę lub karczek, z gorszych kawałków robimy kiełbasę (w której wiemy co jest!), wędzimy, dusimy lub pieczemy. Jemy na ciepło i na zimno. Jemy mięso, a nie wodę z mięsem. Nie przepłacamy. I, nie chwaląc się, nasi goście twierdzą, że nasze wyroby, w porównaniu ze sklepowymi, smakują im tak, jak miód spadziowy przy miodzie sztucznym...
Reklama













Komentarze