Punkt w kolorze czerwonym
Obie drużyny przystępowały do meczu 2. kolejki w skrajnych nastrojach. ŁKS tryskał humorem, bo po inauguracji i wysokim zwycięstwie nad Pogonią, zajmował fotel lidera, a Górnik w przygnębionych, po porażce i stylu zaprezentowanym w spotkaniu z Bełchatowem. Jednak na stadionie przy al. Unii Lubelskiej w Łodzi szybko okazało się, że w Orange Ekstraklasie trudno wskazywać faworytów.
- 07.08.2006 11:42
Cel Górnika był jasny - nie stracić gola i nie przegrać. Dlatego Dariusz Kubicki zdecydował się na trzy zmiany w składzie. Dwie w szeregach obronnych, które z najpewniejszych w ubiegłem sezonie, stały się piętą achillesową. Na ławce rezerwowych usiadł Mariusz Pawelec, a Walerij Sokolenko, ze względów zdrowotnych, został w domu. Dlatego na środek defensywy powędrował Lek Kcira, a na lewą flankę David Topolski, debiutujący w \"zielono-czarnych”. A przed nim wyszedł Zbigniew Grzybowski, również zaczynający występy w łęczyńskim zespole.
Ale na tym zmiany wcale się nie zakończyły, bo już w 30 min do \"boksu” musiał zejść Cezary Czpak, którego miejsce w środku pola zajął Grzegorz Wędzyński.
Jeśli ŁKS myślał, że znowu będzie zdobywał gola za golem, tak jak z \"Portowcami”, to srodze się zawiódł. Goście ani myśleli zaatakować łodzian, pilnując przede wszystkim dostępu do własnej bramki. Pierwszą okazję podopieczni Marka Chojnackiego stworzyli w 7 min, z rzutu wolnego. Jednak strzał Rafała Niżnika najpierw trafił w mur, a dobitka poszybowała nad poprzeczką. Ripostą Górnika było uderzenie Andrzeja Kubicy, które przeleciało obok bramki. W 15 min w dogodnej sytuacji znalazł się Grzegorz Kmiecik, ale Przemysław Tytoń nie musiał interweniować, bo napastnik... poślizgnął się na murawie. Chwilę potem za wysoko kopnął Dariusz Kłus.
Łęcznianie rzadko zapuszczali się na przedpole Bogusława Wyparły, a wyjątkiem był strzał Zbigniewa Grzybowskiego. Piłkarze Kubickiego nie potrafili utrzymać się przy piłce, wymienić kilku celnych podań. Liczne straty oraz wybijanie futbolówki za linię końcową raziły oczy. Zwłaszcza że dalekie wrzuty z autów Tomasza Hajty, grającego po profesorsku, siały sporo zamieszania. Tak było w 25 min, kiedy dwóch \"ełkaesiaków” było bliskich powodzenia. 120 sekund później ładną akcję przeprowadzili Kmiecik i Ensar Arifović - pierwszy podał piętą, a drugi strzelił tuż nad poprzeczką. Na zakończenie z dystansu uderzali jeszcze Hajto oraz Grzybowski, a Borce Manevski został zablokowany przez obrońców.
Więcej spodziewano się po zmianie stron, ale mecz wcale nie stał się lepszy. Do 75 min jedynie Kłus groźnie główkował i Marcin Rogalski strzelił z kąta. Ale Wyparło nie musiał zbytnio się wysilić.
Prawdziwe emocje zaczęły się kwadrans przed końcem. Wtedy z szybką kontrą ruszył Topolski. Popędził za nim Sebastian Kęska, ale jedynym sposobem na \"górnika” było łapanie za koszulkę. David próbował uwolnić się z uchwytu i zrobił to, trafiając rywala ręką w twarz. Robert Werder wyciągnął dwie kartki - żółtą dla piłkarza z Łodzi, a dla zawodnika z Łęcznej czerwoną.
ŁKS zwietrzył swoją szansę. Do ataku poderwał Łukasz Madej, wcześniej reprezentujący Górnika. I w 83 min mógł rozstrzygnąć losy meczu, kiedy pomimo asysty trzech przeciwników, zdołał strzelić na bramkę. Na szczęście piłka przeleciał obok słupka.
Zapędzeni łodzianie mogli \"sparzyć się” chwilę potem. Po błyskawicznej kontrze Kubica odegrał piłkę do Wędzyńskiego, jednak jego strzał obronił Wyparło. Ostatnią okazją było pudło Arkadiusza Mysony.
Mecz stał na słabym poziomie, zakończył się bez goli i rozczarował. Ale dla Górnika najważniejsze, że zakończył się również z jednym punktem na koncie.
Reklama













Komentarze