Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Greenpoint tarzał się ze śmiechu

Trwa pierwsze samodzielne tournee lubelskiego superkabaretu \"Ani mru mru” po polskiej Ameryce.
Nie mogło zabraknąć na trasie jej... stolicy czyli nowojorskiego Greenpointu. Mieszka tu w zwartej społeczności mniej więcej tylu Polaków, ile w Puławach. Nic dziwnego, że były warunki na danie dwóch występów, a gdyby bracia Wójcikowie i Wilkołek dali radę, nawet dwóch kolejnych. Grano w auli polskiej szkoły św. Stanisława Kostki przy parafii pod tym samym wezwaniem. Kościół będący jej sercem to największa polska świątynia w Ameryce. Powstała zresztą w nieco kabaretowym stylu, bo kupując pod nią plac, sprytni rodacy omamili niemieckiego właściciela wmawiając mu, że zamierzają stawiać... fabrykę butów. Pod katolicki kościół nie sprzedał by im w życiu... Nie przeliczyli się natomiast fani lubelskich komików, jacy w liczbie 1,2 tys. stawili się dwoma turami na występy. Spontaniczna i huczna zabawa trwał od pierwszej zapowiedzi menadżera \"Ani mru mru” Artura Korgula, aż po finałowy bis o Adamie Małyszu, co było wielce \"a propos”, bo akurat nasz skoczek w Planicy przeskoczył wszystkich konkurentów. Greenpointowi najbardziej podobały się skecze o szkole rodzenia, królu i wieśniaku oraz ogłoszeniach gazetowych z alternatywą grania w niskobudżetowych filmach erotycznych lub studiowania teologii na KUL. Walka, jaką o duszę czytelnika toczą Diabeł i Anioł, w przykościelnym obiekcie prezentacji, działała na wyobraźnię widzów jak dopalacz. Greenpoint został wzięty. Podobnie jak wcześniej Ridgewood, Stamford, Passaic. A tak jak pewnie wzięta będzie Filadelfia, do której \"Ani mru mru” właśnie jedzie, a potem Chicago i Toronto, dokąd już poleci, bo daleko.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama