Reklama
Francuskie smaki na lubelski gust
Od początku było zainteresowanie, ale teraz jest już stała klientela. Trzy małe stoliczki, atmosfera serdeczna, jedzenie proste, ale smaczne.
- 19.06.2008 10:26
W Lublinie został otwarty lokalik, w którym serwowana jest tarta według francuskich i belgijskich receptur.
Elżbieta Gralewska, romanistka z wieloletnim doświadczeniem, tłumaczka, zauroczona Francją, zajmowała się wieloma rzeczami - dydaktyką, działalnością społeczną, projektami unijnymi.
- Trochę byłam zmęczona wyjazdami jako tłumacz i pomyślałam, że jeśli znajdę nowe zajęcie, to nieco odpocznę - mówi Elżbieta Gralewska. - Chciałam też Francję przybliżyć mieszkańcom Lublina. A że nie mogłam wszystkich zaprosić tam, postanowiłam trochę Francji przywieźć tu - śmieje się.
Wiele wskazówek znalazła na internetowym blogu dla małych firm. Tam przeczytała, że można robić każdy biznes, ale trzeba kochać to, co się robi.
- Jeśli kochasz czekoladę, nie bierz się do sprzedawania traktorów - podaje przykład. - Nie musisz produkować czekoladek, możesz je sprzedawać, opracować nowe wzory bombonierek, pozłotek, atrakcyjne logo, reklamę etc.
We Francji, w Belgii każda piekarnia ma swoją specjalność. Często jest to tarta ze słodkim lub słonym farszem.
- Pomyślałam, żeby swobodę i lekkość, jaką mają na co dzień Francuzi, przenieść tutaj, do tego lokalu z tartą, jako kulinarną ofertą, bardzo popularną tam, a u nas wcale nieznaną.
Dlaczego nieznaną? Ponieważ to, co serwowane jest w niektórych lokalach jako tarta, daleko odbiega od wzorca.
- Nie miałam żadnego doświadczenia kulinarnego - mówi Elżbieta Gralewska. - Prześledziłam w Internecie wszystkie francuskie i belgijskie przepisy i wszystkie blogi na ten temat. Każdą uwagę dokładnie analizowałam. Córka poleciła mi swoją koleżankę, której ten pomysł się bardzo spodobał i która miała pewne doświadczenie w branży gastronomicznej i pojechałyśmy za granicę.
Tam chodziły do najlepszych piekarni serwujących tartę i próbowały.
- Ale co to były za degustacje! - dziś wspomina z uśmiechem. - Każdą porcję rozbierałyśmy jak w laboratorium, na części pierwsze. Analizowałyśmy pod względem smaku, jakości farszu i ciasta, próbowałyśmy odgadnąć, jakie są składniki.
Z tą wiedzą wróciły do kraju i dopiero zaczęły się próby.
- U mnie w domu, w piekarniku, piekłyśmy tarty. Na przykład trzy pomidorowe, różniące się nieco farszem lub ciastem. Później oceniałyśmy: ten farsz lepszy, tamto ciasto lepsze. I znów piekłyśmy następne. Ile tego musiałyśmy zjeść! Ile za prąd zapłaciłam! Nie oszczędzałam na niczym, robiłam wszystko zgodnie z przepisami.
Wreszcie uznały: można startować.
Wtedy zaczęło się szukanie lokalu. Znalazły niewielki, w centrum miasta. Trzeba było zainstalować w nim wszystkie urządzenia wymagane przez sanepid i zaaranżować wnętrze tak, aby nabrało klimatu francuskich i belgijskich kafejek. A z pieniędzmi było krucho.
Zaangażowała się cała rodzina, wszystko zostało urządzone według projektu przyjaciółki Noel. Trzy stoliczki pożyczone, krzesła kupione w lubelskim Emausie. Na otwarcie zostali zaproszeni z żonami robotnicy, którzy tu pracowali i ci, którzy pomysł wspierali.
Dziś w \"Tarta\'Yvonne” za ladą stoi Kamila Prokopowicz, córka właścicielki.
- Mama ściągnęła mnie z Anglii - mówi. - Nie żałuję! Poznaję nowych ludzi, staram się stworzyć domową atmosferę. Na początku obawiałam się, czy potrafię sprostać wymaganiom klientów, czy powinnam być rozmowna, czy raczej z dystansem. Dziś już wyczuwam, kiedy ktoś ma ochotę na pogawędkę, a kiedy woli milczeć.
Pierwsze osoby, które tu przyszły, przyprowadzały inne. I tak, pocztą pantoflową, rozeszła się wieść, gdzie w Lublinie można dostać prawdziwą tartę.
Maria Kolesiewicz
Reklama













Komentarze