Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Francuskie smaki na lubelski gust

Od początku było zainteresowanie, ale teraz jest już stała klientela. Trzy małe stoliczki, atmosfera serdeczna, jedzenie proste, ale smaczne.
W Lublinie został otwarty lokalik, w którym serwowana jest tarta według francuskich i belgijskich receptur. Elżbieta Gralewska, romanistka z wieloletnim doświadczeniem, tłumaczka, zauroczona Francją, zajmowała się wieloma rzeczami - dydaktyką, działalnością społeczną, projektami unijnymi. - Trochę byłam zmęczona wyjazdami jako tłumacz i pomyślałam, że jeśli znajdę nowe zajęcie, to nieco odpocznę - mówi Elżbieta Gralewska. - Chciałam też Francję przybliżyć mieszkańcom Lublina. A że nie mogłam wszystkich zaprosić tam, postanowiłam trochę Francji przywieźć tu - śmieje się. Wiele wskazówek znalazła na internetowym blogu dla małych firm. Tam przeczytała, że można robić każdy biznes, ale trzeba kochać to, co się robi. - Jeśli kochasz czekoladę, nie bierz się do sprzedawania traktorów - podaje przykład. - Nie musisz produkować czekoladek, możesz je sprzedawać, opracować nowe wzory bombonierek, pozłotek, atrakcyjne logo, reklamę etc. We Francji, w Belgii każda piekarnia ma swoją specjalność. Często jest to tarta ze słodkim lub słonym farszem. - Pomyślałam, żeby swobodę i lekkość, jaką mają na co dzień Francuzi, przenieść tutaj, do tego lokalu z tartą, jako kulinarną ofertą, bardzo popularną tam, a u nas wcale nieznaną. Dlaczego nieznaną? Ponieważ to, co serwowane jest w niektórych lokalach jako tarta, daleko odbiega od wzorca. - Nie miałam żadnego doświadczenia kulinarnego - mówi Elżbieta Gralewska. - Prześledziłam w Internecie wszystkie francuskie i belgijskie przepisy i wszystkie blogi na ten temat. Każdą uwagę dokładnie analizowałam. Córka poleciła mi swoją koleżankę, której ten pomysł się bardzo spodobał i która miała pewne doświadczenie w branży gastronomicznej i pojechałyśmy za granicę. Tam chodziły do najlepszych piekarni serwujących tartę i próbowały. - Ale co to były za degustacje! - dziś wspomina z uśmiechem. - Każdą porcję rozbierałyśmy jak w laboratorium, na części pierwsze. Analizowałyśmy pod względem smaku, jakości farszu i ciasta, próbowałyśmy odgadnąć, jakie są składniki. Z tą wiedzą wróciły do kraju i dopiero zaczęły się próby. - U mnie w domu, w piekarniku, piekłyśmy tarty. Na przykład trzy pomidorowe, różniące się nieco farszem lub ciastem. Później oceniałyśmy: ten farsz lepszy, tamto ciasto lepsze. I znów piekłyśmy następne. Ile tego musiałyśmy zjeść! Ile za prąd zapłaciłam! Nie oszczędzałam na niczym, robiłam wszystko zgodnie z przepisami. Wreszcie uznały: można startować. Wtedy zaczęło się szukanie lokalu. Znalazły niewielki, w centrum miasta. Trzeba było zainstalować w nim wszystkie urządzenia wymagane przez sanepid i zaaranżować wnętrze tak, aby nabrało klimatu francuskich i belgijskich kafejek. A z pieniędzmi było krucho. Zaangażowała się cała rodzina, wszystko zostało urządzone według projektu przyjaciółki Noel. Trzy stoliczki pożyczone, krzesła kupione w lubelskim Emausie. Na otwarcie zostali zaproszeni z żonami robotnicy, którzy tu pracowali i ci, którzy pomysł wspierali. Dziś w \"Tarta\'Yvonne” za ladą stoi Kamila Prokopowicz, córka właścicielki. - Mama ściągnęła mnie z Anglii - mówi. - Nie żałuję! Poznaję nowych ludzi, staram się stworzyć domową atmosferę. Na początku obawiałam się, czy potrafię sprostać wymaganiom klientów, czy powinnam być rozmowna, czy raczej z dystansem. Dziś już wyczuwam, kiedy ktoś ma ochotę na pogawędkę, a kiedy woli milczeć. Pierwsze osoby, które tu przyszły, przyprowadzały inne. I tak, pocztą pantoflową, rozeszła się wieść, gdzie w Lublinie można dostać prawdziwą tartę. Maria Kolesiewicz

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama