Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Kryzys działa trzeźwiąco

Rozmowa z dr. Mariuszem Gwozdą, socjologiem z UMCS
- Sytuacja, faktycznie, budzi momentami skrajne emocje. Globalny system bankowy dostał zadyszki. Niepewność konsekwencji tego przesilenia może powodować różnego rodzaju irracjonalne reakcje. Ale zachowania, o których pani mówi, są mocno przerysowane. Ogromny udział w wywołaniu zamętu w głowach ludzi mają media. Pojedyncze przypadki, choćby najbardziej nietypowe, wciąż są incydentami, ale w języku dziennikarzy stają się wydarzeniami powszechnymi. Kryzys jako taki jest sytuacją bolesną. Im mniej wówczas emocji i pochopnych działań, tym mniej dotkliwie się go odczuwa. - W pierwszej kolejności na myśl przychodzi światowy kryzys ekonomiczny z lat trzydziestych, który dotknął także Polskę. Ale i powojenna historia przynosi kilka przykładów, jak wymiana pieniędzy, hiperinflacja i permanentny niedobór na rynku w Polsce Ludowej. - Te i inne sytuacje zmuszały ludzi do radzenia sobie w sposób nietypowy. Komitety kolejkowe, zakup waluty u cinkciarzy, kupowanie na zapas. Przesilenia wywołują społeczną reakcję. Przy czym mam takie wrażenie, że jesteśmy dziś mniej przygotowani na niespodzianki. Wydawało się nam bowiem, że może być już tylko lepiej i będziemy się bogacić w nieskończoność. - To, co dla zwolenników wolnego rynku było przekleństwem, okazało się dla systemu bankowego w Polsce wielkim dobrem. Mówię tu o presji nadzoru bankowego i niechęci do inwestowania w ryzykowne instrumenty. Nasz rodzimy system bankowy, również za sprawą gwarancji rządowych, wyszedł z tego całego zamieszania obronną ręką. Powiedzenie \"masz jak w banku” nie straciło wciąż na aktualności. - Owszem, teoretycznie ten jak i każdy inny scenariusz, zawsze jest możliwy. Przy czym bardzo mało prawdopodobny. Zapewnienia premiera, szefa NBP, członków Rady Polityki Pieniężnej uspokajają. Ich wyważony głos studzi nasze emocje. I choć reakcje ludzi trudno tak naprawdę precyzyjne przewidzieć, to - jak się wydaje - wraca optymizm. No, przynajmniej brak oznak nerwowości. Daje się, co najwyżej, wyczuć niepewność. - Przede wszystkim, mitem jest przekonanie że Polacy powszechnie inwestują na giełdzie. Owszem w połowie lat 90. pod biurami maklerskimi ustawiały się długie kolejki, jednak czas giełdowych graczy amatorów minął bezpowrotnie. Do inwestowania na giełdzie potrzebna jest dziś wiedza i obycie w realiach ekonomicznych. A wytrawni gracze liczą się ze zmiennością koniunktury. Obecne przesilenie na pewno wpłynie na ich wyniki finansowe. Wygrani i przegrani to abecadło giełdowych realiów. Dzisiejsza korekta jednych przyprawia o ból głowy, innym stwarza szanse niezłego zarobku. To chleb powszedni wolnego rynku. - Po raz kolejny apeluję, by oszczędnie używać słowa krach. Wiadomo, że przed takimi przesileniami chroni przemyślane i ostrożne inwestowanie. Model agresywny poza niewątpliwymi zyskami jest obarczony sporym ryzykiem. Warto więc rozważnie inwestować, swój portfel podzielić choćby na akcje i obligacje. Zawsze, nie tylko w przypadku oszczędności, należy się kierować zdrowym rozsądkiem. Pytać, czytać, słuchać innych. A jeśli wciąż mamy wątpliwości należy oszczędności powierzyć specjalistom. W każdym przypadku nie szarżować. - Istnieje taka ewentualność. Co prawda już od pewnego czasu daje się zauważyć skłonność naszych rodaków do powrotów, ale kryzys w konkretnych regionach może wzmocnić ten trend. Zważywszy na coraz realniej brzmiące prognozy spowolnienia gospodarczego, faktycznie wskaźnik bezrobocia może wzrosnąć. Można mieć tylko nadzieję, że wracający do kraju przywiozą ze sobą nie tylko zarobione pieniądze, ale i umiejętności. A - co najważniejsze - szczere chęci do zaistnienia w sferze małego czy średniego biznesu. Oni wcale nie muszą być problemem i kolejnym procentem w statystyce bezrobocia. Mogą tchnąć nowy impuls w rodzimą gospodarkę. - Kryzysy jako takie, na ludzi zdolnych do refleksji, działają na ogół trzeźwiąco. Jednych bolą mniej, innych bardziej. Za wcześnie, by wyrokować na temat zaufania do instytucji państwa czy banków w ogóle, ale obecna sytuacja jest kolejną lekcją wolnego rynku. W pogoni za poziomem życia Europy Zachodniej zarówno banki, jak i my zbyt nonszalancko podchodziliśmy choćby do kwestii kredytów konsumenckich i hipotecznych. Przeszliśmy właśnie lekcję odświeżającą nasz zdrowy rozsądek. Oby te słowa były wciąż aktualne za tydzień, miesiąc, rok. Rozmawiała Magdalena Bożko

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama