Chirurdzy z DSK dokonali cudu na sali operacyjnej
Chłopiec urodził się z wątrobą i jelitami poza jamą brzuszną. Po niezwykle trudnej operacji lekarze włożyli organy na swoje miejsce. Dziś Radek wraca do zdrowia, choć wcześniej nie dawano mu szans na przeżycie.
- 28.05.2009 14:15
- W swojej ponad 40-letniej praktyce nie spotkałem tak ciężkiego przypadku - powiedział nam dziś prof. Jerzy Osemlak, ordynator Oddziału Chirurgii i Traumatologii Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie.
Od operacji minęło kilkanaście dni, ale lekarze dopiero teraz zdecydowali się o tym opowiedzieć. Dziś bowiem wiadomo, że Radkowi już nic nie grozi.
- Uratowali go lekarze, ale też na pewno jego siła i chęć do życia. Choć jest taki malutki - mama malca nie ukrywa łez wzruszenia.
O tym, że są nieprawidłowości w rozwoju płodu, dowiedziała się w połowie ciąży. Badanie USG pokazało, ze organy dziecka rozwijają się poza jego brzuchem. Kobieta trafiła do DSK, a tu lekarze zdecydowali o cesarskim cięciu.
- Gdy wyjęliśmy dziecko, okazało się, że jelita i wątroba były połączone z ciałem malca tylko naczyniami krwionośnymi i nerwowymi - opowiada profesor. - Ojciec noworodka długo zastanawiał się, czy pozwolić nam operować syna. W końcu się zdecydował.
Bez zabiegu Radek nie miałby żadnych szans na przeżycie. Ale i operacja wiązała się z ogromnym ryzykiem. Udało się.
- Trwało to ponad trzy godziny - wspomina prof. Osemlak. - Najwięcej trudności mieliśmy z włożeniem wątroby do znacznie mniejszego otworu. Musieliśmy to robić stopniowo.
- Obawialiśmy się również, że we wnętrzu brzucha zarówno wątroba jak i jelita zaczną obumierać - mówi. - Baliśmy się też czy podejmą normalną pracę. Jednak po czterech dniach okazało się, że pracują jak należy.
Mama Radka nie kryje wdzięczności lekarzom.
- Z początku wydawało się to niemożliwe, że syn będzie żył - mówi kobieta. I zastrzega, że nie chce rozgłosu. - Ale udało się. Dzisiaj Radek niczym nie różni się od dzieci, z którymi przebywa na oddziale chirurgii. Normalnie reaguje, uśmiecha się, płacze i krzyczy.
Prof. Osemlak mówi, że przypadki z przepukliną pępowinową zdarzają się raz na dwa tysiące porodów.
- Jednak są to zwykle niegroźne przypadki - mówi. - Na zewnątrz ciała znajduje się niewielki fragment jelit czy wątroby. Tutaj było zupełnie inaczej.
O sprawie napisał dziś portal www.mmlublin.pl
Reklama
Komentarze