Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
HOTEL UNIA - TU NOCOWAŁY GWIAZDY, KRĄŻYLI ESBECY I PARKOWAŁY AUTOKARY Z ZSRR

Kawałek Zachodu przy Ogrodzie Saskim

Był automat do czyszczenia butów, zagraniczni goście, elegancka restauracja i ceny, które przeciętnego Lublinianina potrafiły przyprawić o zawrót głowy. Hotel Unia był przed laty jednym z najbardziej prestiżowych adresów Lublina. Wejdźmy do środka przez drzwi z napisem „Historia”.
Kawałek Zachodu przy Ogrodzie Saskim

Autor: FOT. JACEK MIROSŁAW/TEATR NN

Pan Andrzej miał dwadzieścia kilka lat, gdy postanowił zrobić wrażenie na dziewczynie, która kilka lat później została jego żoną. Było to w latach 80. ubiegłego wieku.

– Zaprosiłem ją do Unii. To nie było wtedy zwykłe wyjście na obiad. Jak się mówiło: „idziemy do Unii”, to od razu było wiadomo, że człowiek chce się pokazać – śmieje się dziś. – Przed wyjściem sprawdziłem, ile mam pieniędzy w portfelu. Nie pamiętam już, co zamówiliśmy do jedzenia. Na pewno było też coś do picia, deser. Udawałem oczywiście, że cena w ogóle mnie nie interesuje. Kiedy kelner przyniósł rachunek, zrobiło mi się gorąco. Wydałem wtedy chyba połowę pieniędzy, które miałem na cały miesiąc. Ale nie mogłem się przecież przyznać. Powiedziałem tylko: „Bardzo proszę”. Potem przez kilka tygodni żyłem wyjątkowo oszczędnie.

Randka najwyraźniej była dobrą inwestycją, bo są małżeństwem do dziś. Takich historii związanych z hotelem Unia można w Lublinie usłyszeć znacznie więcej. Jedni pamiętają eleganckich kelnerów, inni zagranicznych gości. Ktoś wspomina dancing, ktoś inny alkohol niedostępny wtedy w zwykłych lokalach. Jeszcze komuś najbardziej zapadł w pamięć... automat do czyszczenia butów. W szarym PRL-u taki drobiazg potrafił być symbolem luksusu.

Pierwsi goście jechali na zjazd partii

Hotel powstawał dość długo. Budowę rozpoczęto w drugiej połowie lat 60. Pod koniec września 1971 roku komisja odbiorcza pojawiła się w obiekcie, ale stwierdzonych usterek było tak dużo, że odbiór trzeba było przesunąć. Ostatecznie budynek przekazano 28 października 1971 roku. Potem trwało urządzanie i meblowanie wnętrz. Pierwsi goście pojawili się na początku grudnia. I nie byli to przypadkowi turyści.

Według kroniki cytowanej przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” pierwszą grupę stanowili delegaci z województwa lubelskiego wyjeżdżający do Warszawy na VI Zjazd PZPR. Hotel zaczął więc swoją historię bardzo charakterystycznie dla epoki: od obsługi oficjalnych gości państwowych i partyjnych.

Hotel stanął przy Alejach Racławickich 12, naprzeciw Ogrodu Saskiego, w jednym z najbardziej reprezentacyjnych miejsc miasta. Razem z otwartą niedługo później Victorią radykalnie poprawił bazę noclegową Lublina. Jak wspominają kronikarze miasta, od tego momentu można było organizować w Lublinie większe zjazdy oraz konferencje krajowe i międzynarodowe. Dla wielu mieszkańców Unia była jednak czymś więcej niż miejscem noclegowym. Była witryną innego świata. Kolorową i pachnącą.

Marmur, kelner i coś jeszcze

W PRL różnica między zwykłą gastronomią a dobrym hotelem, była ogromna. W barze mlecznym jadło się szybko, smacznie i tanio. W osiedlowej restauracji można było zamówić schabowego, flaki i setkę wódki. W Unii chodziło także o otoczenie. Eleganckie wnętrze, obsługa kelnerska, zagraniczni goście, taksówki pod wejściem. Dla młodego człowieka zaproszenie dziewczyny do hotelowej restauracji było dużym przeżyciem. Nie na co dzień można było gdzie indziej wypić coca-colę z lodem czy choćby zetknąć się z atmosferą znaną bardziej z zachodnich filmów niż z codziennego Lublina.

Hotel miał własną restaurację i taras. W archiwum Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” zachowały się fotografie zarówno samej restauracji, jak i jej szefa kuchni Lucjana Klaczyńskiego (na zdjęciu). To drobiazg, ale pokazuje, że gastronomia nie była w Unii jedynie dodatkiem do noclegów. Restauracja funkcjonowała jako osobny, rozpoznawalny lokal miejski. Przychodziło się tutaj na uroczysty obiad, kolację, spotkanie biznesowe, czasem po prostu po to, by przez chwilę znaleźć się „na poziomie”.

Automat, który robił wrażenie

W hotelu znajdowało się urządzenie, które wielu lublinian zapamiętało na lata – automat do czyszczenia obuwia. Dziś brzmi to niemal zabawnie. Wtedy człowiek wkładał but pod szczotkę, urządzenie zaczynało pracować i po chwili obuwie błyszczało. – Człowiek patrzył na to i myślał: Zachód – wspomina jeden ze starszych lublinian. – Dzisiaj mamy automaty do wszystkiego. Wtedy nawet maszyna czyszcząca buty robiła wrażenie.

Dawni bywalcy hotelu właśnie ten automat wymieniają jako jeden z symboli jego nowoczesności. Sama restauracja Unii była przez lublinian wspominana jako namiastka prawdziwego Zachodu.

Wodecki, Kaspszyk i Violetta Villas

Unia szybko stała się adresem, pod którym zatrzymywały się osoby znane z telewizji, estrady czy świata kultury. W hotelowej restauracji można było spotkać Zbigniewa Wodeckiego. Bywał tam również młody wówczas dyrygent Jacek Kaspszyk. Szczególną legendą obrosła wizyta Violetty Villas. Jedna z dawnych pracownic hotelu wspominała po latach, że artystka miała zejść nocą do restauracji ubrana jedynie w lekką, prześwitującą woalkę. W swoim pokoju rozwiesiła natomiast obrazki świętych. Opowiadała też o swoim marzeniu: chciała koncertować po Polsce, jadąc białym mercedesem, za którym podążałaby orkiestra w czarnym samochodzie. Takie opowieści żyły później własnym życiem.

Bo jeśli w Lublinie zatrzymywała się gwiazda, było duże prawdopodobieństwo, że będzie spała właśnie w Unii albo Victorii.

Ikarusy pod hotelem

Przed Unią regularnie pojawiały się także autokary ze wschodu. Starszym mieszkańcom miasta utkwiły w pamięci charakterystyczne pojazdy radzieckiego przedsiębiorstwa Sowtransawto. Przywoziły do Lublina gości zza wschodniej granicy. Sam hotel był naturalnym miejscem ich noclegu: dobry standard, centrum miasta, restauracja na miejscu. Jeden z dawnych pracowników hotelu wspominał, że kiedy wschodni goście wchodzili do restauracji, światło odbijało się od ich licznych złotych i srebrnych zębów.

Dzisiaj takie wspomnienie jest przede wszystkim obrazkiem obyczajowym z innej epoki. Wtedy Lublin był jednym z ważnych punktów na trasach prowadzących dalej na wschód. Przy hotelowych stolikach mieszały się języki, waluty i interesy. A tam, gdzie byli cudzoziemcy, pojawiali się również ludzie, którzy szczególnie uważnie się nimi interesowali.

„Dzień dobry, panie poruczniku!”

Dobre hotele w PRL były miejscami bardzo interesującymi dla Służby Bezpieczeństwa. Przyjeżdżali cudzoziemcy, spotykali się przedsiębiorcy, artyści, naukowcy, przedstawiciele różnych instytucji. Można było posłuchać rozmów, zobaczyć, kto z kim siedzi przy stoliku, kto odwiedza czyj pokój.

Byli pracownicy wymiaru sprawiedliwości z czasów PRL wspominali później, że część personelu hoteli i restauracji współpracowała ze służbami i przekazywała informacje dotyczące gości. W przypadku Unii pojawiały się również opowieści o pokoju wyposażonym w urządzenia pozwalające na inwigilację. Tego ostatniego nie udało się jednak potwierdzić w dostępnych materiałach archiwalnych, więc warto traktować to raczej jako hotelową legendę niż pewnik.

Esbecy pojawiali się także w restauracji. I nie zawsze pozostawali anonimowi. Znana jest anegdota o jednym z ludzi związanych z lubelskim środowiskiem kulturalnym. Gdy do sali wchodził znany mu funkcjonariusz, mężczyzna wstawał i tubalnym głosem wołał na całą restaurację: – Dzień dobry, panie poruczniku! Trudno było o skuteczniejszą dekonspirację. Po kilku takich powitaniach tajniak przestawał być szczególnie tajny.

Zdjęcie, którego lepiej było nie robić

Hotel miał także swoje małe obyczajowe tajemnice. Jeden z lubelskich fotoreporterów opowiadał historię z czasów, gdy fotografowało się jeszcze na kliszy i nie można było natychmiast sprawdzić zdjęcia na ekranie aparatu. Kiedyś przed restauracją zauważył, że obsługa wystawiła już stoliki na zewnątrz. Było to wiosną. Zrobił kilka szerokich ujęć. Nic szczególnego.

Zdjęcie ukazało się następnego dnia w gazecie w popularnej wówczas rubryce „Migawki z miasta”. I wybuchła afera. Na jednej z fotografii przy stoliku siedział elegancko ubrany mężczyzna z kobietą. Znaleźli się w kadrze właściwie przypadkiem. Problem polegał na tym, że kobieta nie była jego żoną, a sam mężczyzna miał być tego dnia – przynajmniej według oficjalnej wersji – zupełnie gdzie indziej.

Pierwsza do redakcji zadzwoniła jego żona. Później zadzwonił również on. W czasach bez internetu, telefonów komórkowych i mediów społecznościowych jedna przypadkowa fotografia w lokalnej gazecie wystarczyła, żeby zburzyć misternie przygotowane alibi.

Tu człowiek przychodził „na poziomie”

Unia miała własną hierarchię gości. Byli „zwykli” turyści, byli mieszkańcy miasta przychodzący na rodzinny obiad. Byli ludzie biznesu, artyści, dziennikarze, funkcjonariusze. Bywali również ci, którzy chcieli po prostu przez godzinę poczuć się trochę bardziej światowo.

Pan Andrzej wciąż dobrze pamięta swoją pierwszą randkę. – Nawet nie chodziło o jedzenie. Człowiek wchodził i od razu prostował plecy. Kelner podchodził do stolika, przynosił kartę. Żadnego stania przy bufecie. Człowiek czuł się ważny. Jedzenie było naprawdę dobre. Tylko drogie. Ale jak już się zaprosiło dziewczynę do Unii, to nie można było powiedzieć: „Weźmy po herbacie, bo reszta za droga”. Zamówiłem więc wszystko jak panicz. A później liczyłem każdy grosz. Ale nie żałuję.

Hotel - zupełnie inny system

Warto pamiętać, że Orbis w PRL nie był po prostu siecią hotelową podobną do dzisiejszych. Jego najlepsze obiekty należały do miejsc, w których skupiał się ruch zagraniczny. Tu nocowali cudzoziemcy, tu można było spotkać ludzi posiadających dewizy, tu częściej niż gdzie indziej stykały się dwa światy. Dla zwykłego mieszkańca miasta już samo wejście do takiego hotelu mogło być przeżyciem. Dla cudzoziemca miał on z kolei stanowić wizytówkę miasta.

To właśnie dlatego drobiazgi, które dzisiaj wydają się banalne – obsługa przy stoliku, zagraniczny alkohol, elegancki hol – urastały w pamięci lublinian do rangi symbolu.

Zmiana nazwy, adres został

Unia przetrwała upadek PRL i zmianę ustroju. Przez kolejne lata funkcjonowała w ramach Orbisu, później jako Mercure Unia, aż nazwa „Unia” zniknęła z oficjalnego szyldu. Dzisiaj pod adresem Aleje Racławickie 12 działa trzygwiazdkowy Mercure Lublin Centrum. To ten sam charakterystyczny hotelowy budynek, choć po kolejnych modernizacjach wnętrza niewiele przypominają te z lat 70. i 80.

Zmieniły się standardy podróżowania. Klimatyzacja, sale konferencyjne, dostęp do internetu czy obsługa pokojowa nikogo już nie dziwią. Nie robi też wrażenia automat czyszczący buty. Ale może właśnie dlatego tak dobrze pamięta się dawną Unię. Bo nie chodziło wyłącznie o hotel.

Chodziło o to, że w mieście, w którym większość ludzi znała Zachód głównie z telewizji, pocztówek i opowieści krewnych, za drzwiami przy Alejach Racławickich można było przez chwilę poczuć, że ten Zachód jest trochę bliżej. Choćby na czas jednej kolacji. A czasem – jak w przypadku pana Andrzeja – jednej bardzo drogiej randki.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama