Poznaj wspomnienia polskiego pilota z sowieckiej agresji na Polskę
Samolot obserwacyjny kaprala Zdzisława Góreckiego zaatakowały trzy sowieckie myśliwce. Ich potężne pociski roztrzaskały tablicę przyrządów nawigacyjnych. Maszyna zaczęła płonąć…
- 16.09.2009 19:12
Gdy Niemcy zaatakowały Polskę, Górecki był pilotem instruktażu w Wyższej Szkole Pilotażu w Ułężu pod Dęblinem.
– Byliśmy pewni, że wygramy tę wojnę, że z naszym wodzem Rydzem Śmigłym poradzimy sobie z wrogiem. Mieliśmy otrzymać nowe samoloty z Anglii. Stało się jednak inaczej – wspomina Zdzisław Górecki, dziś w stopniu majora.
Już 4 września 1939 roku rozpoczęła się ewakuacja samolotów do Rumunii. Z Dęblina wystartowało 15 maszyn. Jedną z nich – samolot obserwacyjny Lublin R-XIII – pilotował kapral Zdzisław Górecki. Wraz z nim leciało dwóch mechaników. Koło Tarnopola zabrakło im paliwa, musieli lądować. Po kilku dniach wystartowali kierując się na Budapeszt.
– Po kilkunastu minutach lotu mechanik krzyknął do mnie, że zbliżają się do nas obce samoloty – opowiada Górecki. – Zobaczyłem, że to trzy myśliwce z czerwonymi gwiazdami. Uciekaliśmy schodząc zygzakiem do ziemi. Ale ich było trzech, a ja jeden, szanse na ucieczkę marne. Zaczęli nas ostrzeliwać, w końcu oberwaliśmy. Pociski rozbiły tablicę przyrządów nawigacyjnych. Samolot zaczął płonąć.
Góreckiemu udało się wylądować. Wyskoczył z samolotu wraz z mechanikiem Franciszkiem Wawersichem. Drugi mechanik Jan Moneta został w płonącej maszynie.
– Sowieci wciąż nad nami krążyli, nie odpuszczali. Strzelali do nas, a my uciekaliśmy zygzakami, żeby uniknąć kul. Kiedy radzieckie samoloty robiły nawrót, skorzystaliśmy z chwili wytchnienia, by wrócić do naszej płonącej maszyny i wyciągnąć z niej Monetę. Był ranny i poparzony. Zatkałem mu koszulą rany po kulach. Rosjanie nie przestawali strzelać. I to nie byle czym: amunicją o kalibrze 12,4 mm.
Sowieci trafili też drugiego mechanika. Odlecieli dopiero, gdy zobaczyli, że żaden z trzech mężczyzn się nie rusza. Górecki zatrzymał furmankę, żeby przetransportować rannych do lekarza.
– W najbliższej wsi ostrzeżono nas, żebyśmy dalej nie jechali, bo wszędzie są Rosjanie. Panowała panika; ludzie, którzy uciekali na Wschód nie wiedzieli, co robić, zawracali. Nikt nie chciał pomoc żołnierzom w polskich mundurach.
Tak dowiedziałem się, że napadł na nas Związek Radziecki.
Reklama
Komentarze