Dęblińscy specjaliści walczą o miejsca pracy
200 pracowników Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 3 w Dęblinie pikietowało wczoraj przed bramą zakładu. Protestują, bo boją się likwidacji firmy i utraty pracy
- 11.06.2010 20:01
O dęblińskich WZL pisaliśmy już kilka razy. Zakład wyspecjalizował się w remontach silników lotniczych, naprawia śmigłowce bojowe Mi-24, transportowe Mi-17, morskie Mi-14, remontuje oraz modernizuje samoloty Iskra i Bryza. Firma zatrudnia ok. 300 pracowników i zarabia na siebie. Mimo to Ministerstwo Obrony Narodowej zaczęło likwidację zakładów.
Dlaczego? Zmieniły się przepisy i WZL nie może działać w obecnym kształcie. Ministerstwo planuje przenieść majątek firmy do innej firmy. Według wstępnych informacji, dęblińską firmę mogą przejąć WZL w Łodzi lub Warszawie (działają jako spółki).
– Rzekomo nic nam nie grozi, ale trudno w to uwierzyć. Nie chcemy likwidacji – mówi Witold Kleczkowski, szef zakładowej \"Solidarności”.
Tymczasem do WZL przyszedł harmonogram: do końca października mają być rozwiązane wszystkie umowy o pracę. Likwidator już wcześniej zacznie działać w firmie. Pracownicy obawiają się, że jeśli dębliński zakład stanie się częścią innej firmy, wielu z nich nie dostanie zatrudnienia. W przyszłym tygodniu dyrektor WZL spotka się z przedstawicielami ministerstwa. Związkowcy chcą uczestniczyć w rozmowach.
MON wiele razy podkreślało, że zakład z Dęblina jest ważny dla wojska. Armia chce kupić kilkanaście samolotów szkolenia zaawansowanego typu LIFT wraz z częściami zamiennymi. Ministerstwo zapowiada, że jednym z ważniejszych warunków przetargu będzie włączenie polskich zakładów w produkcję lub serwisowanie samolotów. Tej roli mogliby się podjąć fachowcy z dęblińskiej firmy. (rp)
Reklama













Komentarze