Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama STUDNIÓWKA 2026 - zobacz galerię zdjęć!
Reklama

Z Gruzji do Lublina na rowerze. W dwa miesiące przejechali ponad 4 tys. km

Wielka wyprawa Pawła Pieczewskiego i Jana Krzeszowca. W niespełna dwa miesiące przemierzyli ponad cztery tysiące kilometrów z Kutaisi do Lublina
Z Gruzji do Lublina na rowerze. W dwa miesiące przejechali ponad 4 tys. km
Jan Krzeszowiec i Paweł Pieczewski na co dzień mieszkają w Gdańsku. - Wybraliśmy jednak Lublin na zakończenie naszego rajdu, ponieważ Janek ma w tym mieście rodzinę. Poza tym Lublin znajduje się dość blisko granicy, więc był idealnym miejsce na finisz naszej wyprawy - mówi Paweł Pieczewski, na co dzień pracownik Stoczni Gdynia. - Jestem na zarządzaniu inżynieryjnym na gdańskiej Politechnice. Jestem w trakcie pisania pracy, dlatego po powrocie muszę zabrać się za jej dokończenie – dodaje Jan Krzeszowiec.

„Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet” - śpiewała Maryla Rodowicz. Od tego czasu minęło już trochę lat, świat się zmienił, a ludzie w dalekie podróże udają się samolotami. Nie wszyscy hołdują jednak tej zasadzie. Paweł Pieczewski i Jan Krzeszowiec znaleźli dość oryginalny sposób na spędzenie wolnego czasu: kupili bilet lotniczy do Gruzji, zapakowali rowery do samolotu i postanowili, że do domów wrócą na dwóch kółkach.

Trzy koszulki

Ich trasa wiodła przez Gruzję, Turcję, Bułgarię, Rumunię, Węgry i Słowację. Łącznie musieli pokonać 4761 kilometrów. - Nasz bagaż nie był zbyt duży. Łącznie jedna osoba zabrała ze sobą na pokład samolotu około 35 kg, wliczając w to oczywiście wagę roweru. Oszczędzaliśmy przede wszystkim na ubraniach. Skończyło się na trzech koszulkach, dwóch parach spodenek i dresie. Dołożyliśmy do tego namiot, a wszystko załadowaliśmy w sakwy i mogliśmy ruszać w drogę - opowiada Jan Krzeszowiec.

- Zawsze lepiej wziąć mniej rzeczy i je częściej prać w okolicznych rzekach i jeziorach. Podczas długich podjazdów każdy dodatkowy kilogram jest mocno odczuwalny - dodaje Paweł Pieczewski.
Śmiałkowie nie zapomnieli również o odpowiednim przygotowaniu sprzętu.

- Rower powinien być jak najprostszy, bo wtedy łatwo jest go samemu naprawić. Przed podróżą kupiliśmy sobie nowe opony, które wystarczyły na całą drogę. Mieliśmy jedynie małe problemy z dętkami. Ja zużyłem ich cztery - wylicza Pieczewski.

Wikingowie po turecku

Podróż rozpoczęła się w Kutaisi. - W Gruzji przemokliśmy i przemarzliśmy, dlatego spędziliśmy tam jedynie dwa dni. W nocy temperatura spadała do pięciu stopni Celsjusza, a my mieliśmy ze sobą jedynie cienkie śpiwory. Pogoda była dla nas sporą niespodzianką, bo dwa lata wcześniej byliśmy w Gruzji na wycieczce i wówczas temperatury były zupełnie inne - wyjaśnia Pieczewski.

Po Gruzji przyszedł czas na Turcję i jej wspaniałe widoki. Cykliści nie pojechali najkrótszą trasą, ale postanowili nieco pozwiedzać ten kraj: odwiedzili między innymi Sivas, Izmir Troję czy Stambuł.

- To był wspaniały okres. Turcy są bardzo pomocni i gościnni. Pewnego dnia opuszczaliśmy Konya i na drodze złapał nas ulewny deszcz. Zatrzymaliśmy się na zamkniętej stacji benzynowej, której pilnowało jedynie dwóch stróżów. Gdy nas zobaczyli, zabronili nam dalej jechać i zaoferowali nocleg - wspomina Pieczewski. - Co więcej, na kolację przyrządzili jajecznicę z truflami, a do tego podali czaj. Nie przeszkadzało nam, że oni zupełnie nie umieli mówić po angielsku. Pamiętam, że wieczorem wspólnie oglądaliśmy „Wikingów”. Film był po turecku, ale miał angielskie napisy.

Plątanina dróg

Nie zawsze jednak w Turcji było tak łatwo. - Sporym problemem było słońce. Odpowiednie kremy do opalania chcieliśmy kupić na miejscu. W Turcji okazało się jednak, że nikt tam nie zna kremów z filtrem. To sprawiło, że po kilku dniach byliśmy jak skwarki; pełni bąbli i poparzeń. Na szczęście skóra w końcu przyzwyczaiła się i w dalszej części naszej podróży już nie mieliśmy takich problemów - dodaje Pieczewski.

Innym trudnym momentem był wjazd do Stambułu. To liczące ponad trzynaście milionów mieszkańców miasto jest niesamowitą plątaniną dróg, ulic i samochodów.

- Do Stambułu wjeżdżaliśmy od strony europejskiej, a nocleg mieliśmy w Azji. Nie znaliśmy dokładnej drogi i przez kilka godzin krążyliśmy po mieście. Turcy służyli pomocą, ale często nie potrafili nam wskazać właściwej drogi - tłumaczy Krzeszowiec.

Śnieg i podjazdy

Mogłoby się wydawać, że wraz z opuszczeniem Turcji wszelkie problemy skończą się. - W Turcji drogi były dość dobre i świetnie oznakowane. Tymczasem, kiedy w Bułgarii minęliśmy baner z napisem „Unia Europejska”, to rozpoczęła się droga przez mękę. Dziury w jezdni były tak duże, że kierowcy samochodów jechali wolniej od nas. Dodatkowo, byliśmy przekonani, że będziemy podróżować brzegiem Morza Czarnego. Nic bardziej mylnego i droga wiodła przez jakiś kompletny busz - opowiada Pieczewski.

W Rumunii również było ciekawie, bo panowie wybrali się w podróż Trasą Transfogarską, która w szczytowym momencie przekracza dwa tysiące metrów n.p.m.
- Widoki były piękne, ale problemem był wszechobecny śnieg i długie, sięgające sześćdziesięciu kilometrów, podjazdy - wspomina Krzeszowiec.

Jeszcze dalej

Ostatnie dni podróży to przejazd przez Węgry i Słowację. Tu również nie obyło się bez przygód, bo okazało się, że na Węgrzech rower nie jest zbyt popularnym środkiem transportu.

- Wszystkie drogi krajowe są traktowane jak autostrady i nie wolno po nich poruszać się rowerami. W efekcie zarobiliśmy po mandacie. Pan policjant był jednak bardzo miły i mówił, że nie dałby go, gdyby nie widział całego zdarzenia jego szef - wspomina Pieczewski.

Do Lublina dotarli 12 czerwca, ale już myślą o kolejnej wyprawie. - Najpierw trzeba wrócić do normalnego życia. Z pewnością będzie nam brakowało tej beztroski, która jest związana z tym, że przez wiele dni obchodziła nas tylko jazda na rowerze. Spotkaliśmy mnóstwo życzliwych, szczerych i wartościowych ludzi. W tym gronie byli również cykliści, którzy podróżowali do Pakistanu czy na Sri Lankę - mówi Jan Krzeszowiec. - Z pewnością, kolejna wyprawa będzie miała jeszcze bardziej odległy cel. A gdzie wyruszymy? Tego jeszcze nie wiemy.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama