Na ponad 12 mln złotych wyliczył Ratusz kwotę dotacji, które prywatne przedszkola i szkoły wydały wbrew przepisom. Teraz żąda ich zwrotu. Ale zagadek w oświacie jest więcej…
Dominik Smaga
14.03.2013 17:31
W ciągu ostatnich dwóch lat miasto badało 74 placówki, które dostały 33,6 mln zł (Jacek Świerczyński
Wystarczy, że jest na liście
Dotacja zależy od liczby uczniów. Do niedawna nie było ważne nawet, czy słuchacze faktycznie chodzą na zajęcia, czy tylko są w dzienniku lekcyjnym. Efektem były tak zagadkowe sytuacje jak ta z jednej ze szkół policealnych.
W lutym 2012 r. szkoła informowała Ratusz, że ma niespełna 200 słuchaczy, a jeszcze po wakacjach zgłaszała aż 880. We wrześniu i październiku nie dostała jednak ani grosza dotacji, bo dokumenty podpisała nie ta osoba, co trzeba. Później podpis był właściwy, za listopad i grudzień szkoła dostała pieniądze za ponad 850 słuchaczy. Wyszło przeszło 110 tys. zł miesięcznie.
W styczniu 2013 r. zmieniło się prawo i dotacja przysługuje tylko za uczniów, którzy mają co najmniej 50 proc. obecności. Efekt? W styczniu szkoła zgłosiła… 23 osoby, w lutym 16. Z kwot przekraczających 110 tys. zł zrobiło się 3818 zł w styczniu i 2656 w lutym.
Jak to się ma do ponad 800 uczniów zgłaszanych wcześniej? – Nie mieliśmy podstaw, by kwestionować dane od szkoły – przyznaje Piotr Burek, zastępca dyrektora Wydziału Oświaty i Wychowania. Urzędnicy mówią, że dotacja ma pokrywać koszty zajęć i pytają o jakich kosztach mowa, jeśli nie ma zajęć, bo nie ma uczniów? Formalnie wszystko się jednak zgadzało.
Kontrole niepublicznych placówek oświatowych - zobacz wyniki kontroli w PDFSprawa dla prokuratora
W innych placówkach zarzuty są. Chodzi o kontrole wydawania dotacji przez przedszkola i szkoły. W ciągu ostatnich dwóch lat miasto badało 74 placówki, które dostały 33,6 mln zł. Zdaniem miasta do zwrotu jest 12 mln zł wydanych niezgodnie z przeznaczeniem. O większości przypadków już pisaliśmy.
W sieciowej szkole policealnej miasto kwestionuje aż 77 proc. wydatków za 2011 r., to w sumie 2,3 mln zł. W prywatnym przedszkolu dotacja szła na… hotel w Chorwacji, wydatki w restauracji, marketach, u jubilera, czy perfumerii. Sprawa trafiła do prokuratury. W jednej ze szkół to, co zostało z dotacji na koniec miesiąca trafiało na konto właścicielki. – Od 7 do 27 tys. zł miesięcznie – mówi Anna Morow, dyrektor Wydziału Audytu i Kontroli w Urzędzie Miasta. – Łącznie było to 108 tys. zł, szkoła ta ma do oddania w sumie 380 tys. zł.
Placówki wydawały też pieniądze na reklamę, leasing samochodów, czy prywatne rozmowy telefoniczne dyrekcji. – Były też rachunki wyższe od rachunku prezydenta miasta – mówi Morow. – Mieliśmy przypadek, że gdyby kupić wszystkim przedszkolakom telefony z abonamentem, to koszt i tak byłby mniejszy.
Komentarze