Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama NOWY LEXUS RZ Odkryj Steel-By-Wire | DNI OTWARTE 4-9 MAJA

Uciekłem przed śmiercią

Kiedy Przemek jak zwykle powiedział do słuchawki - \"cześć tato, to ja”, Leszek Błaziak już był pewien, że po gehennie oczekiwania na wiadomość, stał się cud. Państwo Barbara i Leszek Błaziakowie słyszeli w telewizji, że prawdopodobnie zginęli wszyscy, którzy znajdowali się powyżej 10. piętra w World Trade Center. Ich syn Przemek pracował na 50. piętrze...
- Jak to walnęło, siedziałem przy biurku. Usłyszałem, że wylatują szyby i zobaczyłem przez okno, jak w powietrzu fruwają ludzie. Tak jak stałem, rzuciłem się do ucieczki. Nie windą, a schodami w dół z pięćdziesiątego piętra. Wszędzie było mnóstwo dymu, kurzu, krzyk, hałas. Prawie nic nie było widać. W kieszeni marynarki miałem komórkę. Zatrzymałem się na 27. piętrze, bo uświadomiłem sobie, że nic z sobą nie zabrałem i chciałem wrócić. Ale z komórki zadzwoniłem do żony Magdy i ona mówi - uciekaj, bo coś strasznego się dzieje... Przedzierając się niemal po omacku na dół minął służby ratownicze i porządkowe. Strażaków, policjantów, ludzi z noszami, którzy szli do góry na pomoc uwięzionym w budynku. Wybiegł na ulicę i obejrzał się dopiero po 300 metrach. Właśnie w tym momencie wieżowiec zawalił się jak wciągnięty pod ziemię. Ci, co szli na pomoc innym zginęli w gruzach... Wszystko ogarnęła chmura pyłu i odłamków. Już nie pamięta, jak przebył dalszą drogę. - On uciekł ze szponów śmierci - mówi pan Leszek. - Mam wrażenie, że kiedy wczoraj wieczorem, cudownie ocalony, nam to wszystko opowiadał przez telefon, sam sobie jeszcze nie zdawał sprawy z tego, co przeszedł. Gdyby wrócił z 27. piętra, to by nie żył. Przemek Błaziak doszedł piechotą do siedziby ONZ, gdzie pracuje żona. - Amerykanie są bardzo spontaniczni i emocjonalnie to przeżywali - dodaje pani Barbara, mama Przemka. - Każdy już wiedział, że Magda czeka na męża. Wszyscy się modlili za niego, jak kto umiał. Kiedy przyszedł cały i zdrowy, zapanowała ogromna i szczera radość, płacz i uściski, jak gdyby znalazła się bliska osoba. Wracali z Magdą do domu piechotą, na drugą stronę rzeki. Szok, jaki przeszedł dał znać o sobie. Bał się przejść przez most. Bał się, że może być zaminowany. W domu już oczekiwali sąsiedzi, znajomi i przyjaciele, dzwonił bez przerwy telefon czy wszystko w porządku. - Oni bardzo szybko się organizują - wyjaśnia pani Barbara. - Przemek jest specjalistą od relacji korporacyjnych w japońskiej grupie finansowej Mizuho Financial Group. - Już wieczorem dzwonił do niego szef, wypytywał o współpracowników, o to czy ktoś się uratował i mówił, że trzeba szybko organizować pracę na nowo. Do synowej też dzwoniła jej szefowa zaniepokojona czy wszystko w porządku. Tam są silne więzi, poczucie wspólnoty, chęć niesienia pomocy i nie ma chaosu. Pani Barbara uważa, że synowi pomógł jego refleks i to, że zawsze był aktywny fizycznie, sprawny, wysportowany. Szybko zorientował się, że trzeba uciekać, ale nie wsiadł do windy, w której mógłby zostać uwięziony no i pięćdziesiąt pięter pokonał w czasie, który uratował mu życie. - Jesteśmy bardzo, bardzo szczęśliwi - mówi ojciec Przemka. - Prawdę powiedziawszy też jeszcze do nas nie dociera to, że stał się cud i nasz syn żyje. Powinniśmy dać na mszę dziękczynną.

Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama