Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Rozmowa

Z życia wzięte, sercem dopisane

„Kiedy jestem gdzieś w przestrzeni publicznej, np. w kawiarni, w kinie czy nawet w sklepie, staram się przymykać oczy i wsłuchiwać w szum rozmów” – przyznaje z uśmiechem Agnieszka Wolińska-Wójtowicz. Jej córki żartują: „Mamo, znowu podsłuchujesz innych!”, ale to właśnie z takich chwil rodzą się historie, które później trafiają na karty jej powieści.
Z życia wzięte, sercem dopisane

Agnieszka Wolińska-Wójtowicz – lubelska felietonistka, recenzentka i pisarka. Autorka licznych publikacji publicystycznych oraz tekstów z zakresu kultury i historii sztuki. W swoim dorobku ma dwie powieści obyczajowe – „Zatoka” i „Zatoka 2” – w których część akcji rozgrywa się w Lublinie.

*

- W swoich książkach pisze pani o miłości, ale także o spełnianiu marzeń i odwadze do zmian. Czy te motywy są dla pani nierozłączne?

– Kto z nas nie marzy o miłości? W każdym wieku chcemy mieć kogoś bliskiego, ale czasem poszukiwanie miłości wymaga odwagi. Po marzenia trzeba niekiedy wyjść i to właśnie bywa bardzo trudne, wręcz bohaterskie. Współczesne media dają szansę i okazję, żeby kogoś odnaleźć i pokochać – są portale, są programy telewizyjne, w których możemy znaleźć uczucie, ale potrzebny jest pierwszy krok. To wymaga wyjścia ze swojej strefy komfortu, narażenia się na opinie innych, a nawet hejt. Ale warto! Dla miłości warto! Tak naprawdę każdemu życzyłabym miłości jak z bajki. Patrzycie na siebie, spada strzała Amora i wiecie, że to jest to. Ale jeśli tak się nie dzieje, jeśli Amor jest zbyt leniwy, no to trzeba mu trochę pomóc.

- W „Zatoce” również tak jest?

– Z założenia piszę o miłości szczęśliwej, choć czasem długa droga do tego prowadzi. Miłość u mnie nie jest miłostką, romansem, erotyką. Jest uczuciem, które zmienia nas i świat. I nie mówię tutaj tylko o miłości mężczyzny do kobiety, ale również o miłości ojcowskiej i macierzyńskiej, czasem trudnej, czasem wymagającej cierpliwości. Moim zdaniem również przyjaźń jest pewnym rodzajem miłości.

- Pisanie jest dla pani formą osobistej refleksji, terapii, a może obserwacji świata?

– Zdecydowanie jest to dla mnie zapis obserwacji świata i refleksji. Przez lata pisania felietonów, m.in. o różnych znanych postaciach, zauważyłam, jak wielką rolę w historiach ludzi – i tych wybitnych, i tych mniej znanych – odgrywała miłość. W większości biografii można znaleźć słowa: „a wtedy poznał miłość swego życia” albo „miłość zmusiła go do działań”. To miłość była i jest siłą napędową i sprawczą wielu wydarzeń. Erich Osterfield powiedział: „Kobieta jest najsłabsza, gdy kocha, a najsilniejsza, gdy jest kochana”. A ja się z tym zgadzam w zupełności.

- Czy pamięta pani moment, w którym pisanie stało się realnym planem na życie?

– Tak! Pamiętam swój pierwszy wydrukowany w miesięczniku felieton, podpisany nickiem, i moją radość, że to naprawdę napisałam ja. Siedziałam na ławeczce w księgarni i wpatrywałam się w moje własne wydrukowane słowa jak w spełnione marzenie o przekazaniu czegoś światu. Od wielu lat piszę recenzje dla niektórych wydawnictw i portali. Zajęcie bardzo wdzięczne, ale wymagające dokładnego, wręcz wnikliwego czytania – nie zawsze zgodnych z moimi zainteresowaniami – książek. Do tego z czasem doszły felietony w czasopismach, niewielka publikacja z dziedziny historii sztuki, publikacje zbiorowe, a w tzw. międzyczasie, odrywając się od poważnych tematów, pisałam swoją pierwszą powieść. „Zatoka” była dla mnie jak relaks, jak przeniesienie do innego świata. A potem czytelnicy pytali, co dalej z bohaterami, więc powstała druga część. Jednocześnie dodam, że nawet pisanie dla przyjemności nie jest zadaniem łatwym, bo w pewnym momencie bohaterowie stają się naszymi przyjaciółmi, o których los musimy zadbać.

- Co jest dla pani największą inspiracją – osobiste doświadczenia, zasłyszane historie, a może obserwacja codzienności?

– Zdecydowanie obserwacja codzienności i zasłyszane historie. Jedna z nich, właśnie ta, która rozpoczyna wątek głównych bohaterów, jest historią zasłyszaną. Nie chcę tu spojlerować treści, ale ta historia wydarzyła się naprawdę w jednym z kościołów i tak mocno zapadła mi w pamięć, że postanowiłam ją wykorzystać. Dla dobra sprawy musiałam odczekać kilka lat i przenieść to zdarzenie z bardzo odległego miejsca do Lublina. A oczywiście obserwacja codzienności to drugi filar zbierania tematów, nie tylko do tej książki, ale również do moich felietonów.

- Jak to w praktyce wygląda?

– Kiedy jestem gdzieś w przestrzeni publicznej, np. w kawiarni, w kinie czy nawet w sklepie, staram się przymykać oczy i wsłuchiwać w szum rozmów. Moje córki, jeśli są w pobliżu, komentują to w ten sposób: „Mamo, znowu podsłuchujesz innych!” A ja naprawdę podsłuchuję tylko w pewnym sensie i w konkretnym celu. Nawet nie patrzę na twarze, ale słucham rozmów, powiedzonek. Najlepiej „podsłuchuje się” na plaży, gdzie nie ma gwaru miasta, tylko luźne rozmowy odprężonych ludzi o wszystkim – najczęściej o znajomych, o polityce i celebrytach. To wszystko zapada w pamięć i rodzi kolejny temat.

- Czy zdarza się, że to bohaterowie „prowadzą” panią przez historię w nieoczekiwanym kierunku?

– Tak! Zdarza się, że nagle jakaś sytuacja tak mocno mnie zainspiruje, że muszę dać upust emocjom w pisaniu. W drugiej części „Zatoki” jest taki wątek, gdy jeden z bohaterów nie może spokojnie dotrzeć do celu, bo dostaje mandat. To wyrosło z obserwacji. Któregoś dnia widziałam, jak funkcjonariusz miejski bardzo grubiańsko zachował się wobec starszego pana z innego miasta, który nieświadomie popełnił wykroczenie. To było tak okrutne, że aż zebrał się tłumek proszący o odpuszczenie kierowcy. Prośby nie pomogły, kierowca był załamany, a pan służbista bezwzględny. Akurat pisałam wątek o mieście, więc to wykorzystałam.

- Fabuła historii rozgrywa się nad morzem, ale w pewnym momencie przenosi się do Lublina. Czy rodzinne miasto jest dla pani ważnym fundamentem tej opowieści?

– Początkowo miałam zamiar osadzić zawiązanie akcji w innym mieście, próbowałam to zrobić, ale nie byłam zadowolona z efektu, bo nie znałam tak dobrze realiów. Szukałam na mapach, szukałam we wspomnieniach i nie byłam zadowolona. W końcu pomyślałam: „Kobieto, przecież masz piękne miasto, które znasz jak przysłowiową własną kieszeń”. I dopiero gdy zobaczyłam oczami wyobraźni te historie w moim rodzinnym mieście, wszystko zaczęło się układać. Widziałam miejsca, które chciałam uwiecznić, znałam kontekst kulturowy. No a potem pojawia się morze i moja ukochana nadmorska miejscowość. To już zaczerpnęłam z własnych doświadczeń. Z Lublina często wyjeżdżamy rodzinnie właśnie nad polskie morze.

- Czego o naszym mieście mogą dowiedzieć się czytelnicy „Zatoki”?

– W pierwszej części powieści bohaterka jest w Lublinie bardzo krótko. Moje miasto pojawia się marginalnie, w rozmowach, we wspomnieniach, ale akcja drugiej części „Zatoki” częściowo przenosi się do Lublina. Bohaterka załatwia tu swoje sprawy (to akurat pokazuję w krzywym zwierciadle), ale przy okazji prowadzi nas przez uroczy Lublin i przez znane mi miejsca. Nie musiałam specjalnie wprowadzać nowych wątków, bo wątek miłości sam prowadzi przez lubelskie ulice. Idziemy z bohaterką do katedry lubelskiej – miejsca niezwykłego, w którym zakochane pary bardzo chętnie ślubują sobie miłość. Sobotnie popołudnia rozbrzmiewają tu marszem Mendelssohna i wiwatami dla młodych par. Wchodzimy też na wzgórze Czwartek, gdzie jest ołtarz i obraz świętego Walentego – patrona zakochanych i... obłąkanych. Tutaj co roku odbywają się nabożeństwa dla narzeczonych. Chciałam to miejsce pokazać, bo jest wciąż zbyt mało znane, a ma wielki potencjał. Jest też spojrzenie na odnowiony dworzec i nowe osiedla.

- Lublin da się lubić?

– Z Lublinem jestem związana emocjonalnie – tu się urodziłam, tu są moje korzenie, wspomnienia. Tu byłam zabierana przez babcię do staromiejskich kościołów, m.in. dominikanów, katedry, karmelitów. A po nabożeństwie chodziłyśmy na najlepsze rurki z kremem, a latem na lody, po które stało się w długiej kolejce. Widzę, jak Lublin pięknieje, jak staje się miastem europejskim. Choć niektóre zmiany nie zachwycają mnie jako historyka sztuki, to muszę przyznać, że klimat Lublina jest cudowny – latem taki lekko południowy, jak z włoskich miasteczek. Kiedyś w towarzystwie wykształconych młodych ludzi z północnej części Polski rozmawiałam o różnych miastach, o ich specyfice i kulturze. Na hasło Lublin padły słowa: „A, to jest to miasto, które ma w lecie tyle festiwali i jarmarków”. Byłam dumna, że Lublin jest tak postrzegany.

- Podobno „Zatoka” nie jest tylko dla wielbicielek romansów.

– To książki, które mogą podobać się każdemu, bo niemal każdy może identyfikować się z którymś z bohaterów. Jest to książka pełna pięknej miłości, ale też humoru, lekkości i wiary w działania Niebios. Pewien mędrzec powiedział, że przypadek to świecka nazwa działania Opatrzności i tak chyba dzieje się w moich powieściach. Przez splot opatrznościowych zdarzeń bohaterowie docierają do celu.

- Możemy spodziewać się kontynuacji tej historii? A może ma pani w zanadrzu pomysł na zupełnie nową fabułę?

– Książki mają wielu fanów, którzy czekają na ciąg dalszy. I nie są to tylko kobiety. Niezwykle miłą recenzję usłyszałam od mojego kolegi, który powiedział: „Aga, świetne te twoje powieści”. A ja z niedowierzaniem: „Czytałeś?” – „No tak, przecież to doskonała powieść dla dojrzałych facetów, odnalazłem tam siebie”. Mam nadzieję, że wkrótce znów powrócę do historii Agaty, Piotra i ich przyjaciół. I na pewno pojawi się Lublin.

Rozmawiała KATARZYNA NAKONIECZNA

NA ZACHĘTĘ...

Bezskutecznie poszukujesz miłości? Próbujesz uwolnić się od złych wspomnień? A może chcesz zacząć wszystko od nowa? To dokładnie tak samo jak Agata – kobieta wciąż jeszcze młoda, ale już ze sporym bagażem doświadczeń życiowych. Do niedawna jej największym marzeniem był ślub jak z bajki, cudowna biała suknia i tłum zachwyconych gości. Los jednak bywa przewrotny i lubi płatać figle... W wyniku takiego – niezbyt zabawnego – psikusa romantyczny ślub nie dojdzie do skutku, a Agata w ostatniej chwili ucieknie sprzed ołtarza. Sfrustrowana i zawiedziona, w poszukiwaniu spokoju ducha dotrze do Zatoki – małej nadmorskiej miejscowości, w której życie toczy się leniwym, wakacyjnym rytmem. Wkrótce znajdzie tu nietuzinkową pracę, grono zwariowanych przyjaciół i... być może coś więcej?

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama