Moi dziadkowie mieszkali w bloku przy ulicy Kunickiego 122, niedaleko Szkoły Podstawowej nr 1. Mieszkanko było na parterze, niewielkie i przytulne: pokój z wnęką na łóżko i kuchnia. Pamiętam stary piec węglowy, na którym babcia początkowo gotowała, a potem po prostu można było się przy nim ogrzać.
Kogut z Wieży Trynitarskiej
Babcia zajmowała się domem, a dziadek był blacharzem. Swój warsztat miał w suterenie bloku, tam całymi dniami pracował. Był rzemieślnikiem i artystą, w jego rękach wszystko nabierało magicznych kształtów. Zaglądaliśmy z bratem do warsztatu dziadka przez wielkie okna i godzinami obserwowaliśmy, jak pracuje.
Pamiętam, jak kiedyś pomagał w specjalnym zleceniu reperacji koguta z Wieży Trynitarskiej. Kogut był ogromny, prace trwały na podwórku u szefa mojego dziadka. To było dla nas wielkie przeżycie, mieliśmy poczucie, że uczestniczymy w czymś ważnym, historycznym. Dziadek zrobił mi nawet zdjęcie z tym nowym kogutem. Byłam dumna z dziadka i bardzo szczęśliwa.
Kościół pachniał drewnem
Nasz blok był niewielki, stał przy ulicy. Wchodziło się do niego z podwórka, które było wyłożone kocimi łbami. Pamiętam je bardzo dobrze, szczególnie po pewnej przygodzie w Wielką Sobotę.
Szykowałyśmy się z babcią do kościoła ze święconką w koszyczku. Babcia wystroiła mnie w jasną sukienkę, białe, cienkie rajstopki, rozpuściła mi długie włosy i założyła na nie opaskę. Taka śliczna i odświętna, nie czekając na babcię, wybiegłam z koszyczkiem na dwór i zaraz wywróciłam się na tych kocich łbach. Rajstopy podarte, nogi zakrwawione, sukienka ubrudzona, święconka na ziemi!
Brudna i zapłakana wróciłam do domu. Nigdy nie zapomnę miny babci, gdy mnie zobaczyła. Tyle starań i przygotowań na nic! Dobra i łagodna z natury babcia okrutnie się rozzłościła. Umyła mnie, przebrała w spodnie, włosy ściągnęła w kucyk. Już nie byłam taka śliczna i odświętna.
– Jak nie umiesz chodzić w sukienkach, to nie będziesz! – zarządziła.
I tak w końcu poszłyśmy razem do kościoła, ale pamiętam, że było mi strasznie wstyd za moją niezdarność.
Kościół (*) był niedaleko, miał w sobie coś wyjątkowego. Pachniał starym drewnem i kadzidłem. Wydawał mi się ogromny i majestatyczny. Kiedy w połowie lat 80. został przeniesiony do Pilaszkowic czułam, jakbym straciła coś bardzo ważnego, osobistego. Ten drewniany kościółek był częścią i symbolem mojego szczęśliwego dzieciństwa.

Piekarnia u Świtacza
Życie towarzyskie dorosłych toczyło się na ławce pod blokiem, a dzieci przy trzepaku. Sąsiedzi z naszego bloku byli bardzo zżyci ze sobą. Wszyscy się znali i – z tego co pamiętam – lubili. Każdy o każdym wiedział wszystko, ale nie było w tym nic wścibskiego, raczej zwykłe ludzkie zainteresowanie i życzliwość.
To były czasy, kiedy ludzie bezinteresownie sobie pomagali. Można powiedzieć, że ta społeczność sąsiedzka była jak rodzina. To dawało poczucie wspólnoty, bezpieczeństwa, bardzo związywało ludzi z miejscem, w którym żyli. Bo to miejsce to byli też ludzie, na których można było zawsze liczyć.
Chleb kupowaliśmy w piekarni u Świtacza. Tam wysyłała mnie babcia i czułam się wtedy potrzebna. To była część naszego codziennego rytuału.
Łyżwy na płozach
No ale przede wszystkim była zabawa. Cały dzień z dziećmi na dworze. W zimie obowiązkowo sanki na górze Walerce. Górka była dosyć stroma, śniegu było mnóstwo. Zjeżdżaliśmy całą gromadą aż do zmroku, aż do całkowitego przemoczenia ubrań. Potem na piecu węglowym suszyliśmy skarpety i grzaliśmy nogi.
Na łyżwach nauczyłam się jeździć na zamarzniętej Czerniejówce. Miałam łyżwy dwupłozowe, które się przyczepiało do butów. Na każdym bucie były dwie płozy, w sumie cztery płozy. Do tego dostałam kijki i tak odpychając się śmigałam po lodzie.
A w lecie w Czerniejówce łowiliśmy z bratem kijanki i ryby.
Zabawy w wojnę
Życie towarzyskie toczyło się w tak zwanych bandach. Mój starszy brat miał swoją bandę, a ja swoją młodszą. W co się bawiliśmy? Najczęściej w wojnę. To były takie czasy, że dzieci chętnie bawiły się w wojnę. Może dlatego, że nasi dziadkowie dużo opowiadali nam o wojnie, wychowaliśmy się na tych opowieściach. To były wciąż żywe wspomnienia, miały swoją dramaturgię. I to mocno działało na naszą wyobraźnię.
Ale w tych naszych zabawach w wojnę nie było agresji, bardziej liczył się spryt, strategia, szybkość. Rysowaliśmy plany, tworzyliśmy mapy, organizowaliśmy schrony. Bądź co bądź byliśmy pokoleniem wychowanym na „Czterech pancernych” i „Stawce większej niż życie”. Który z chłopaków nie chciał być Jankiem, a która dziewczynka Marusią? Ja oczywiście byłam Marusią.
Konie i kury
Po ulic Kunickiego jeździły furmanki z węglem. Ten węgiel wrzucaliśmy potem do piwniczki naszego bloku, to były zapasy na zimę. Furmanki były zaprzężone w podkute konie. Zbieraliśmy potem z dziećmi hacele (**) – elementy podków końskich i graliśmy w nie godzinami. Równie popularna była gra w kapsle.
Kocimi łbami były wyłożone wtedy wszystkie uliczki. Jedyny równy chodnik był przy szkole. I tam dziadek uczył mnie jeździć na rowerze. Oczywiście najpierw na kijku, co mnie trochę zawstydzało, ale szybko zaczęłam jeździć samodzielnie. I ta pasja została mi do dzisiaj.
W piwnicach swoich domów ludzie hodowali kury. W dzień przywiązali je go ogrodzenia, żeby skubały trawę. I my z dziećmi odwiązywaliśmy te kury, mając świetną zabawę, gdy dorośli je wyłapywali.
Dzwony na obiad
Okolice Kunickiego i Dziesiątej były bezpiecznym miejsce do życia i do zabawy. Dzieci całymi dniami siedziały na dworze, same, bez żadnych dorosłych. Wychodziło się rano i wracało już na sen.
Ale zawsze, punktualnie o 12.00, gdy biły dzwony w naszym kościele, wszystkie dzieci wracały do swoich domów na obiad. To już był taki zwyczaj. Południe, dzwony i przerwa w zabawie na obiad. Mamy i bacie szykowały zupę i wiadomo było, że trzeba się pokazać i zjeść. I dalej na dwór, zabawa do nocy.
Zaprzyjaźniłam się z dziewczynką kilka lat starszą ode mnie. Ta znajomość bardzo mi imponowała, koleżanka zapraszała mnie do siebie, rozmawiałyśmy na różne poważne tematy. Pokazała mi kiedyś tremo (***) swojej mamy, do dziś pamiętam, jak wąchałyśmy jej perfumy, oglądałyśmy biżuterię. To był inny świat: magiczny, dorosły.
W lecie chodziłyśmy się opalać na dach naszego bloku. Ależ tam było gorąco, ależ tam grzało! No i był niesamowity widok z góry na Kunickiego i Dziesiątą.
Skoki z murku i ćwiczenie „padów”
Pamiętam, że w tych grupowych zabawach uczestniczyło bardzo dużo dzieci. Nie miało znaczenia, kto gdzie mieszka, z jakiego domu pochodzi, z jakiej rodziny. Wartości materialne w ogóle się nie liczyły. Liczyła się dobra zabawa.
A nam nie brakowało pomysłów. Do tego mieliśmy to co najważniejsze – wolność, swobodę. Nic nas nie ograniczało. Nie było między nami żadnych bijatyk, wszystko było na wesoło i prowadziła nas wyobraźnia.
Jak był skwerek i murek to wiadomo było, że robiliśmy zawody w skakaniu z murku i ćwiczeniu „padów”. Były wyścigi, jakieś sprawnościowe rywalizacje. Pamiętam, że mieliśmy dużą fantazję w wymyślaniu zabaw i naprawdę nigdy nam się nie nudziło.
Moherowe berety
Wieczorami pomagałam babci, która była bardzo pracowitą osobą i nigdy nie siedziała bezczynnie. Babcia wykonywała drobne prace chałupnicze: zszywała elementy odzieży, naszywała aplikacje, przyszywała guziki. Uwielbiałam te wspólne robótki. Zbliżały nas jeszcze do siebie i dawały mi poczucie, że robię coś potrzebnego, że pomagam dziadkom.
Poza tym obserwowałam trendy w modzie! Pamiętam, jak popularność zyskiwały moherowe berety i wyczesywałyśmy je z babcią i dziadkiem drucianymi szczotkami. Całe wory tych beretów mieliśmy do wyczesania! Jeden wór się przerobiło, to zaczynało się następny. Nikt nie siedział bezczynnie.
Dla mnie ulica Kunickiegoto ulica wolności, radości, szczęśliwego dzieciństwa. Tak szczęśliwego, jak tylko można sobie wymarzyć.
Not. Magdalena Bożko-Miedzwiecka
Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej
Piszcie o swoich ulicach: [email protected]
W uzupełnieniu:
* Kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Lublinie przy ul. Władysława Kunickiego został wybudowany w latach 1933–1934. Drewniany kościół w stylu neogotyckim zaprojektowany przez inż. Tadeusza Witkowskiego. Świątynia została konsekrowana 10 czerwca 1934 przez Biskupa Mariana Fulmana. W 1985 roku kościół został przeniesiony do Pilaszkowic, gdzie pełni rolę kaplicy. W 1985 roku rozpoczęła się budowa drugiego budynku kościoła, który został zaprojektowany przez arch. Mirosława Załuskiego. Prace budowlane trwały ponad dwa lata. Biskup Bolesław Pylak pobłogosławił świątynię 3 kwietnia 1988 r. Z dawnej drewnianej świątyni do nowego kościoła przeniesiono: organy, obraz św. Antoniego z Padwy oraz dzwon. Konsekracji nowego kościoła dokonał 30 czerwca 2000 Arcybiskup Józef Życiński. 25 grudnia 2025 doszło do pożaru dachu świątyni. Konieczna jest odbudowa.
** Hacele (hacel, ocel, sztole) to niewielkie, metalowe śruby wkręcane w końce podków koni, mające na celu zwiększenie przyczepności na śliskim, błotnistym lub oblodzonym podłożu. Zapobiegają poślizgnięciom, co chroni przed upadkami i kontuzjami. Dzieci wykorzystywały hacele do podwórkowej gry towarzyskiej, popularnej zwłaszcza w latach 80. XX wieku. Polegała ona – wyjaśniając ogólnikowo – na podrzuceniu jednego hacela, a gdy był w fazie lotu, podniesieniu (tą samą ręką) z podłogi drugiego i złapaniu spadającego. W kolejnych fazach trzeba było podnosić dwa, trzy, cztery czy pięć na raz. A w kolejnych fazach gry dochodziły następne zręcznościowe zadania wykonywane dłonią.
*** Tremo to wysokie, często ozdobne lustro w ramie, zazwyczaj stojące (oparte o ścianę) lub wiszące, sięgające od podłogi niemal do sufitu. Często łączone z konsolą lub dolną półką. Nazwa pochodzi z francuskiego trumeau. Tradycyjny element wyposażenia eleganckich salonów, garderób lub reprezentacyjnych holi. Popularne w XIX wieku (neorenesans, empire), często fornirowane.














Komentarze