Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama Obserwuj Dziennik Wschodni na Facebooku!
Nasz cykl: Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Narciarz z Globusa, żeglarz z Wallenroda

Moje dzieciństwo i okres dorastania upłynęły na osiedlu Bolesława Prusa na LSM. Od zawsze pamiętam mnóstwo zieleni i drzew: lipy, wierzby, graby czy świerki, a po starych gospodarstwach, które były tam przed laty zostały gdzieniegdzie drzewa owocowe. Choć, jak wspominają moi Rodzice, krajobraz bezpośrednio po budowie osiedla był raczej księżycowy. Układ bloków i zabudowa była i pozostała bardzo przestrzenna – zupełnie inaczej niż na obecnie powstających osiedlach – wspomina Robert Spratek.
Wąwóz przy lodowisku hali "Globus" na osiedlu Piastowskim LSM, lata 80. XX wieku
Wąwóz przy lodowisku hali "Globus" na osiedlu Piastowskim LSM, lata 80. XX wieku

Autor: ARCHIWUM FOTOGRAFII OŚRODKA "BRAMA GRODZKA – TEATR NN" W LUBLINIE; KOLEKCJA JACKA MIROSŁAWA

Do nowego czteropiętrowego bloku na ulicy Emancypantek wprowadziliśmy się z Rodzicami i Bratem w połowie lat 70. XX wieku (*). Osiedle dopiero powstawało i – jak na tamte czasy – było super nowoczesne, wręcz luksusowe. Dostaliśmy 3-pokojowe mieszkanie, co było szczytem marzeń każdej rodziny. Miałem swój własny pokój, a z niego widok na plac zabaw, Dom Seniora i wąwóz, który przedzielał LSM od osiedla Czuby.

Rządziły dzieci

Plac zabaw tętnił życiem za sprawą dzieci, których było wtedy naprawdę mnóstwo. Dzieci rządziły całym osiedlem. Pamiętam ten gwar, energię i niekończącą się zabawę. Kiedy patrzę dziś na puste place zabaw, albo – co gorsza – wypełnione szczelnie samochodami, to myślę, że my mieliśmy ogromne szczęście mogąc czerpać pełnymi garściami z tej wolności i beztroski. Nic nas nie ograniczało. No chyba że rodzice kazali odrabiać lekcje. Pamiętam, jak czasem stałem w oknie i z zazdrością patrzyłem na moich kolegów grających w kapsle w wyścig pokoju, kiedy ja zgłębiałem tajniki matematyki czy ortografii.

Życie osiedlowe to temat na oddzielną historię. Sąsiedzi się znali, pomagali sobie i odwiedzali, w każdym mieszkaniu było jakieś dziecko. W naszej klatce ja i dzieci z jeszcze trzech rodzin chodziliśmy razem do tej samej szkoły i klasy. Nasi Rodzice umawiali się na dyżury – w każdym tygodniu inny rodzic odprowadzał wszystkie dzieci do szkoły. My obchodziliśmy np. wspólnie swoje urodziny.

W tym roku będzie basen!

Pierwsze trzy klasy chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 29, nowa szkoła była w budowie. W czwartej klasie rozpocząłem naukę w nowej placówce Szkole Podstawowej nr 22 na ulicy Rzeckiego. Szkoła pachniała świeżością, była jasna, przestronna z bardzo dużą salą gimnastyczną. Do dziś pamiętam słynne słowa pierwszej dyrektor szkoły pani Kępy, powtarzane na każde rozpoczęcie roku szkolnego : – Drogie dzieci, w tym roku będzie oddany do użytku basen! 

Tego basenu doczekaliśmy się ostatecznie dopiero w ósmej klasie, już na sam koniec. Ale doczekaliśmy się. W Lublinie taki basen to było naprawdę coś, bo do tej pory można było popływać tylko w WOSiR (**) albo w AOS (***). Wciąż czasami chodzę popływać do swojej starej szkoły. 

Wychowawca nas połączył

Moja klasa w szkole nie była szczególnie zintegrowana, było między nami sporo różnic i nieporozumień. Wszystko zmieniło się w siódmej klasie, gdy naszym wychowawcą został Jerzy Janowski. Mogę o nim powiedzieć krótko: bardzo dobry matematyk, świetny pedagog, wspaniały człowiek. Dzięki niemu ostatnie lata podstawówki wspominam bardzo dobrze. Stworzył z nas fajną zgraną paczkę, którzy się bardzo lubili. Nauczył nas współpracy, odpowiedzialności i tolerancji. Takich nauczycieli zapamiętuje się na zawsze. 

W zimie po szkole chodziłem na sztuczne lodowisko, gdzie obecnie jest Hala Globus. Był również wyciąg narciarski ze słynną „wyrwirączką”. Zawsze po nartach wracałem umorusany smarem od liny z tego wyciągu. Tam mój Ojciec nauczył mnie jeździć na łyżwach i na nartach.

Od modelarstwa do żeglarstwa

Miałem dużo zainteresowań, które przeradzały się w pasje. Najpierw była filatelistyka. Chyba każde dziecko miało wtedy klaser ze znaczkami – stemplowanymi, niestemplowanymi, pojedynczymi, seriami. Oglądało się te znaczki, dbało o nie, żeby nie uległy skancerowaniu, bo traciły wtedy na wartości, wymieniało się nimi z kolegami. Zastanawiam się, w ilu domach zostały takie klasery. To świadectwo historii, bo serie związane były z ważnymi postaciami czy wydarzeniami. Ale były też piękne serie przyrodnicze – małe dzieła sztuki.

Potem przyszła pora na modelarstwo. Na zajęcia z modelarstwa chodziłem do Domu Kultury na ulicy Wallenroda. Tworzone przez nas latawce wystawialiśmy na zawodach w Radawcu. Budowaliśmy też modele szybowców. 

No i wreszcie żeglarstwo. Dzięki swojej Mamie trafiłem do Yacht Club Polska Lublin w Domu Kultury na ulicy Wallenroda. Zajęcia tam zacząłem pod koniec podstawówki, a patent zrobiłem patent na Zalewie Zemborzyckim. 

Brygantyna „Biegnąca po falach”

Klub i szkutnia mieściły się na Wallenroda. Tam uczyłem się szlifować i szykować łódki na wodę, konserwować je, zabezpieczać, remontować. Tam zobaczyłem, jak buduje się łodzie. To właśnie tam powstała brygantyna „Biegnąca po falach”, która do dzisiaj pływa na Wielkich Jeziorach Mazurskich i w przyszłym roku będzie miała swoje 50-lecie. Żeglarstwo przerodziło się w moją wielką życiową pasją, którą rozwijałem przez kolejne lata. 

Nie byłoby zapewne tej pasji, gdyby nie bracia Cechowiczowie. Waldemar Cechowicz był prezesem klubu, a Eugeniusz Cechowicz prowadził sekcję regatową, do której należałem. Trener był wielkim miłośnikiem żeglarstwa, potrafił zaszczepić w młodych ludziach ten bakcyl, który przeradzał się w życiową pasję. Treningi i starty w regatach na Zalewie Zemborzyckim. To były dla mnie niezapomniane przeżycia. I prawdziwa szkoła życia. 

W zimie trener Cechowicz organizował obozy narciarskie w Lubomierzu a w lecie zabierał nas na poważniejsze już żeglowanie na Zatoce w Pucku. Nie sposób pominąć tu postaci Wojtka Sadowskiego obecnego Komandora klubu, który również wiele mnie nauczył. To właśnie tam w YKP Lublin poznałem tajniki żeglarstwa, klasy regatowe, a przede wszystkim właśnie tych ludzi, przy których kształtowały się charaktery, odporność, wytrzymałość, cierpliwość, odpowiedzialność. A to wszystko w osiedlowym Domu Kultury na Wallenroda, który dla wielu z nas stał się drugim domem. 

Żeglarstwo zostało ze mną na zawsze. Urodziło się w środku miasta, a potem wypłynęło na Wielkie Jeziora Mazurskie by wreszcie dotrzeć do Morza Bałtyckiego, Północnego i Basenu Morza Śródziemnego.

Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Z KART HISTORII

* Osiedle im. Bolesława Prusa jest najmłodszym i ostatnim osiedlem Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Jego projektantem był inż. Antoni Herman. Pierwsze budynki oddano do użytku w listopadzie 1975 roku, a budowa ostatnich zakończyła się w 1984 roku. Dominuje zabudowa o średniej wysokości, najczęściej 5-kondygnacyjna. Zaprojektowano mieszkania o wyższym standardzie, między innymi o większych metrażach i z centralną ciepłą wodą. W nowych blokach zamieszkało około 5 tysięcy ludzi. Jest uznawane za najbardziej ukwiecone i zielone osiedle na LSM. 

** Wojewódzki Ośrodek Sportu i Rekreacji (WOSiR) w Lublinie – taka nazwa funkcjonowała przed powstaniem Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji (MOSiR).

*** Akademicki Ośrodek Sportowy (AOS) – kompleks obiektów sportowych UMCS znajdujący się przy ul. Langiewicza 22, w jego skład wchodzi kryty basen.

Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Piszcie do mnie: magdabozko@poczta.onet.pl

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama