Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Wygrał talent show, zarobił 100 tysięcy i... zniknął. Łopaciuk: Miałem syndrom oszusta

Wyglądał jak skrzyżowanie Boba Dylana z Brucem Springsteenem. Śpiewał jak bluesowy grajek o mocy głosu Ozzy’ego Osbourne’a. W wieku niecałych dwudziestu lat wygrał popularny talent show „Śpiewajmy razem. All Together Now” w Polsacie, a jego występy miały miliony wyświetleń. Ewa Farna mówiła, że go kocha. A potem Mateusz Łopaciuk z Janowa Podlaskiego zniknął. – Wygrane sto tysięcy złotych wydałem na terapię, żeby poradzić sobie z syndromem oszusta – mówi Łopaciuk w szczerym wywiadzie dla „Dziennika Wschodniego”, którego udzielił nam z dala od reflektorów i wielkiej sceny w niewielkiej bibliotece w Białej Podlaskiej.
Wygrał talent show, zarobił 100 tysięcy i... zniknął. Łopaciuk: Miałem syndrom oszusta

Źródło: „Śpiewajmy razem. All Together Now”

- Śni ci się, że wychodzisz na scenę w samej bieliźnie?

- Szczerze? Nie śniło mi się nic takiego.

- Śpiewasz jednak: „W snach na scenie stoję, patrzą na mnie, ja w bieliźnie”.

- „To nie mój czas”, tak. Czasami wyjście na scenę jest tak różne od jawy, że zaczynam zastanawiać się, czy to mi się nie śni. Oglądam później materiały z koncertów i wielu rzeczy nie pamiętam.

- Bardziej, jak bokser, któremu adrenalina w czasie walki na bieżąco wymazuje pamięć czy jak artysta, który wchodzi w stan psychodelicznej manii?

- Bliżej psychodelicznej manii. Poprzez komunę, która tworzy się między publicznością a wykonawcą, wchodzę w inny stan świadomości, tak różny od tego, czego doświadczam w prozie życia. Nawet, kiedy robię próby muzyczne, szlifuję warsztat, na scenie potrafię przejść samego siebie, chyba za sprawą wytwarzającej się w tej wspólnocie energii. Aurze.

- Prawie nago na scenie czułbyś się niekomfortowo?

- Jeżeli szłoby za tym jakieś przesłanie, to byłoby mi z tym dobrze. Ciało jest materią, potrafi być narzędziem sztuki, może przełamywać pewne konwenanse, wstyd chociażby.

- Dla rockmanów to często sztuka dla sztuki. 

- Nie za bardzo romantyzuję z bezrefleksyjnym buntem. Zdejmowanie majtek i wypinanie czterech liter na scenie, a są przecież takie przypadki, to jakoś nie moja bajka. 

- A jaka jest twoja bajka? 

- W sensie?

- Czym się teraz zajmujesz? 

- Jako nastolatek żyłem mitem muzyka legendy. Patrzyłem na starych rockmanów i myślałem: „Chciałbym być jednym z nich”. A teraz staram się zestroić ze społeczeństwem. Znaleźć w nim miejsce dla muzyki, którą robię. Obserwuję ludzi. Przyglądam się, jak na ich mentalność wpływają prądy polityczne, o co chodzi z męską dumą, z poczuciem kobiecości. Funkcjonuję jak każdy. Wstaję, piję kawę.

- Pracujesz?

- Po prostu gram. 

- Polska usłyszała o tobie w 2018 roku, kiedy wystąpiłeś w talent show „Śpiewajmy razem. All Together Now”, a na co dzień pracowałeś…

- Na wózku widłowym. 

- Ludziom podobało się, że zwykły chłopak z magazynu wygląda jak skrzyżowanie Dylana z Springsteenem, a śpiewa jak bluesowy grajek o mocy głosu Ozzy’ego Osbourne’a. Ale nie wróciłeś do normalnej roboty, tak?

- Po „Śpiewajmy razem. All Together Now” wracałem do niej wielokrotnie. Muzyka nie zawsze w moim przypadku była na tyle dochodowa, żeby móc się wyłącznie z niej utrzymać. 

- Czym się więc zajmowałeś?

- Wyjeżdżałem za granicę, pracowałem fizycznie. Tak samo w kraju sobie dorabiałem. To tu, to tam. Własnymi rękami. W tym 2018 roku jeżdżenie wózkiem widłowym było głównym motywatorem, dla którego wziąłem udział w programie telewizyjnym. A zawsze byłem przeciwnikiem talent show.

- Uważałeś, że komercja?

- Byłem bardzo ideowy i nie chciałem ulec naciskom trendów muzycznych. Sztuka była dla mnie czymś nieskalnym biznesem. Bardzo patetyczne podejście. I ograniczające. W mojej sytuacji nie dało zrobić się niczego lepszego niż pójście do telewizji. Nie mogłem przecież wiecznie siedzieć w tym magazynie, z którego wychodziłem po dwunastogodzinnej harówie i czasami nie miałem już na nic ochoty, choć kontakt i praca z ludźmi niewątpliwie mnie inspirują. Czułem jednak wtedy, że woła mnie muzyka. 

- Na castingi „Śpiewajmy razem. All Together Now” szedłeś jako buntownik czy chłopak złakniony szansy?

- Wchodziłem tam z przekonaniem, że to na pewno nie jest program, w którym się odnajdę. 

- Bo?

- Bo mój styl nie jest stworzony do tego typu talent show. Za dużo awangardy, za mało popu. W ogóle nie nastawiałem się, że mogę cokolwiek osiągnąć. Ale uważałem, że jest to jakaś szansa na wypromowanie się. 

- Pojechałeś do Warszawy. 

- Współpracowałem z Gminnym Ośrodkiem Kultury w Janowie Podlaskim. Dyrektorka Renata Kaczmarek zorganizowała transport. Pojechał ze mną też Piotr Kulicki, mój ówczesny nauczyciel muzyki, z ekipą, żeby wspierać mnie w stolicy. W Warszawie, jak u lekarza, kolejka, drzwi się zamykały i otwierały, wreszcie pora na mnie, wszedłem na przesłuchanie, zaśpiewałem kilka fragmentów piosenek bluesowych.

- Co na przykład?

- Coś B.B. Kinga, coś The Doors, Blues Brothers. Na wyrywki, żeby pokazać głos. Byłem przekonany, że tego nie kupią. Myślałem, że jak mnie skreślą, to przynajmniej przejażdżkę zaliczę. A tu niespodzianka, telefon, pani pewnym głosem mówi, żebym rezerwował termin, bo dostałem się do programu. 

- Dwadzieścia lat miałeś?

Chyba jeszcze dziewiętnaście.

- Koncept „Śpiewajmy razem. All Together Now” się u nas nie przyjął, ale dla młodego artysty mógł być wyjątkowo stresujący. Uczestnicy programu wykonywali piosenki przed ścianą, na której przy pulpitach stało stu jurorów i każdy z nich mógł dołączyć do wykonania piosenki. 

- Odczuwałem jakąś tam tremę, ale dosyć lekko to po mnie spłynęło. 

- Wszedłeś i powiedziałeś: „Czuję tu dobre flow”.

- Szedłem na pewniaka. Ale też desperata. Ściana z setką jurorów przygniatała. Promieniowali. Będąc z innej bajki, nie chcąc nawet wygrać tego programu, bo nawet nie dopuszczałem, że wpiszę się w potencjalny profil zwycięzcy, miałem łatwiej niż ktoś, kto występowałby przed takim gremium z nie wiadomo jakimi wyobrażeniami. 

- Coś jednak od tego talent show chciałeś.

- Pokazać, kim jestem. Jak czuję muzykę. Formuła na to pozwalała. Z nikim też nie rywalizowałem. Założyłem, że każdy ma swój styl i nie da się obiektywnie określić, kto jest lepszy, a kto gorszy. 

- Nie wierzę, że nawet podświadomie nie myślałeś o zwycięstwie, które wiązałaby się z początkiem poważnej kariery.

- Wiadomo, pogoń za ambicją, gdzieś z tyłu głowy tliło się: „A może, a może”. 

- Kapitanem stuosobowego jury była Ewa Farna. Ktoś cię doszkalał?

- Trenerem wokalem był Bartek Caboń, wraz z dziewczynami ze swojego zespołu spotykali się z uczestnikami, dawali nam jakieś sugestie. „Przeżyj to sam” Lombardu przekombinowałem, ciągnęło mnie, żeby pokazać szerszą skale głosu. 

- Lombard, Republika to twoje muzyczne klimaty? 

- Ciechowski, Obywatel G.C. to perełki w historii polskiej muzyki. Lombard też lubię i szanuję. 

- W „Śpiewajmy razem. All Together Now” zachwycali się głównie twoimi wykonaniami zagranicznych kawałków - „Smells Like Teen Spirit” Nirvany i „Knockin' On Heaven's Door” pewnie bardziej Dylana niż Gunsów.

- Wyszedł mi Dylan na rockowo. Nirvany nie chciałem, zaufałem intuicji organizatorów, przełamałem się i się przekonałem.

- „Smells Like Teen Spirit” chyba nie twoje tempo, śpiewasz wolniej.

- Mogę mieć tendencję do śpiewania w sposób opóźniony. Zwolnione frazy. Choć nigdy się nad tym nie zastanawiałem. 

- Mogłeś sobie wybrać piosenki?

- Zostałem poproszony o wybranie dwudziestu, trzydziestu utworów. Na tej podstawie sprawdzali, co najlepiej pasowałoby do programu. 

- Czułeś, że grają na ciebie?

- Czyli?

- W talent show zazwyczaj niemal od początku wiadomo, kto jest faworytem twórców programu. Wystarczy kilka telewizyjnych sztuczek narracyjnych. 

- Starałem się nie zwracać na to uwagi. 

- Klipy z twoimi występami przekraczały milion wyświetleń na Youtube. 

- Do końca, również podczas finału, zachowywałem niezależność. Było to działanie o tyle praktyczne, że skupianie się na otoczce zaśmieciłoby mi głowę. 

- „Kocham swojego męża, potem psa, a na trzecim miejscu Mateusza”, mówiła Ewa Farna. „Nie byłeś kopią Cobaina. Jesteś nadzieją muzyki rockowej w tym kraju komentował”, dodawał gitarzysta Olaf Deriglasoff. Można odlecieć?

- Odleciałem. Nawet mimowolnie. 

- Jeszcze w programie czy po wyjściu ze studia?

- Ego poszybowało w kosmos. Uderzała mi sodówka. 

- Wygrałeś sto tysięcy złotych. Na co je wydałeś?

- Na terapię, żeby poradzić sobie z syndromem oszusta.

- Dlatego też pytałem cię o sen, w którym jesteś w bieliźnie na scenie. Częsty właśnie w przypadku syndromu oszusta. 

- Ciągle myślałem, że ktoś się musiał pomylić. Nie wiem, przesłyszeć się. Że nie jestem na tyle dobry przecież, żeby wygrywać taki program. Chodzi o to, że musiałem mocno przebudować swoje poczucie wartości. Odnaleźć się w nowych warunkach. 

- Jakie to były warunki?

- Polska zaczęła mnie znać. Ludzie zaczepiali mnie na ulicy i gratulowali sukcesu. Pojawiły się w mojej głowie wątpliwości. „Kurczę, a może oni wszyscy są w błędzie. Chyba nie jestem aż tak niesamowity”, myślałem. Przynajmniej nigdy się aż tak nie postrzegałem. Chłopak z małego miasta, z Janowa Podlaskiego, a tu nagle rozpoznają mnie choćby w Warszawie. Pochlebstwa, ale też hejterzy, to też jakiś level popularności. 

- Jak było pięćdziesiąt pozytywnych komentarzy i dwa negatywne, to te dwa przeważały szalę?

- Zwracały uwagę, ale nie aż tak. Bardziej robiło na mnie wrażenie, że wcześniej ktoś komentował przykładowo Krzysztofa Krawczyka, a teraz nagle Łopaciuka.

- Wpadłeś w to, o czym opowiadałeś, opisując wydane po programie „Sztuczne Raje”: używki, obsesyjny seks, toksyczna wiara, fałszywe wyobrażenia i pogoń za statusem społecznym, która prowadzi donikąd? 

- Zdecydowanie, zacząłem się diagnozować. Mówiąc o toksycznej wierze, miałem na przykład na myśli przekonanie, że wszystko jest w rękach Boga, a nie w moich. Pochodzę z katolickiej rodziny. Po wygraniu programu ciągle tylko szukałem, komu to zwycięstwo zawdzięczam. Jakiejś opatrzności? Przebudzeniu? Olśnieniu? Bo raczej nie sobie. Stąd też syndrom oszusta. 

- Jesteś pierwszą artystyczną duszą w rodzinie?

- Mój dziadek grał w kapeli podwórkowej na gitarze. Pradziadek, jego ojciec, był za to muzykiem w Białej Podlaskiej znanym z talentu. Potrafił ckliwe melodyjki na grzebieniu zaprezentować. Babki płakały. 

- Sam masz się za oryginała? Znamy się pół godziny, a tak cię właśnie postrzegam.

- Oryginalność jest jedną z najważniejszych cech dobrej sztuki. Na scenie jestem bardziej sobą niż na co dzień. Tu jestem w jakiejś kreacji, nawet mimowolnie.

- Dużo osób po „Śpiewajmy razem. All Together Now” chciało się podpiąć pod twój sukces?

- Namnożyło się fałszywych przyjaciół. Był taki moment, że byłem zdekompensowany liczbą wiadomości, próbami kontaktu. Przygniotło mnie to. 

- Dziewczyny?

- Starałem się je informować, że palę papierosy. 

- No tak. 

- Połowa odpadła na starcie. 

- Co z resztą?

- Nie nadążałem odpisywać, więc nie została ani jedna.

- Telewizja, żeby cię promować, oddelegowała cię jednak na Finał Miss Polski 2018. 

- Z „Paranoid” Black Sabbath, które wykonywałem, jestem zadowolony, zaśpiewałem, jak czułem. Ale to było na świeżo po ekspansji zainteresowania moją osobą. I nie wspominam tego miło. 

- Dlaczego?

- Byłem przytłoczony. Zagubiony. W środku trudnego dla głowy okresu. Do samego wydarzenia nic nie mam. 

- Wyprowadziłeś się z Janowa Podlaskiego?

- Tak, ruszyłem na podbój Warszawy. 

- Z myślą o wielkiej karierze?

- Pragnąłem bliższego kontaktu z branżą, muzykami. 

- Podpisałeś kontrakt z dużą wytwórnią.

- Z tą, która produkowała „Śpiewajmy razem. All Together Now” i wiązała ze mną nadzieje. 

- Słyszałem, że ponoć spektakularnie ten kontrakt zerwałeś.

- Wszystko działo się gwałtownie. Nagrywaliśmy materiał. Powstało kilka utworów, w tym „Kosmiczne Ciasteczko”, i parę innych zarysów. Pojawił się Mysław Wałczuk, odpowiadający za teksty. Ale tempo pracy w dużej wytwórni i brak możliwości zastanawiania się nad brzmieniem czy kierunkiem muzyki, którą chciałem robić, doprowadziły mnie do stanu, w którym organizm wyczerpał mechanizmy kompensacyjne i nie był w stanie prawidłowo funkcjonować. Nie byłem gotowy na wydanie płyty w takich warunkach. 

- I na tym polegało zerwanie umowy tą dużą wytwórnią?

- Nie kopnąłem w drzwi. Nie wszedłem z bazooką. Nikogo nie zwyzywałem. Obie strony doszły do wniosku, że układ nie działa i nie zadziała. Miałem dwadzieścia lat, byłem w nowej sytuacji, potrzebowałem więcej czasu.

- Dobrze ci się żyło w Warszawie?

- Nie mógłbym tam mieszkać. 

- Czyli źle. 

- Może jestem neuroatypowy czy coś, ale za duża ilość bodźców mnie rozpraszała. Aczkolwiek stolica była na swój sposób ekscytująca, dobrze być w centrum wydarzeń. 

- Kiedy poczułeś, że już nie szybujesz, a spadasz?

- W pandemii. Zamknęli sale. Odwołali koncerty. 

- Ile grałeś koncertów po zwycięstwie w programie?

- Nie jakoś dużo, głównie skupiałem się na pracy w studiu nad płytą. Przygotowywaliśmy się do grania. A podczas pandemii poczuliśmy niepokój. Robiliśmy jakieś strajki artystów. I nagle zdałem sobie sprawę, że plany nie potoczyły się, tak jak miały się potoczyć. 

- Skończyła ci się kasa?

- Wpadłem w problemy finansowe. Nie miałem, jak pracować. Wróciłem do Białej Podlaskiej. 

- Z uczuciem porażki?

- Trzeba było się tłumaczyć. Choć też nie jakoś mocno, bo każdy rozumiał, że okres pandemii nie uderzył tylko w tych uprzywilejowanych na rynku. A do takich jednak nie należałem, nawet mimo swoich krótkich pięciu minut w telewizji. Poszedłem do zwykłej pracy, łapałem się etatów. I ciągle pracowałem na muzyką.

- Miałeś poczucie, że pięć minut minęło?

- I to bardzo duże. 

- Czym to się objawiało?

- Niepewnością, zagrożeniem. Powstał kawałek „Zayebisty”. Nie oceniajcie mnie. Odczepcie się. Tylko wulgarniej. Dużo wulgarniej.

- Na Youtube ma sto trzydzieści trzy tysiące wyświetleń, czyli sporo. 

- Zagryzł, zrobił trochę szumu. Był lekko kontrowersyjny. Faktycznie w nim przecież przeklinałem. Próbowałem znów zwrócić na siebie uwagę. Choć wiadomo, że nie na skalę ogólnopolską. Nie jak w telewizji, co ma swoje plusy i minusy. 

- W „To nie mój czas” śpiewałeś: „Nie będę opium dla mas. Nie zachwycę was”. Masz już trwały uraz do komercji?

- Sparzyłem się, ale rany zdążyły się zagoić. Już nie piecze. Bólu tyłka już nie mam.

- Wydawało ci się kiedyś jednak, że przegrywasz życie?

- W dawnych tekstach o tym śpiewam, ale chyba porzuciłem te rozpaczliwe tony. Oczywiście, kryła się za nimi jakaś żałoba, realne poczucie porażki. Inaczej sobie branżę muzyczną wyobrażałem. Zawsze byłem tym naiwnym buntownikiem, co mu się wydaje, że wszystkie szczyty zdobędzie niezależnie, alternatywnie. A tu zwycięstwo w talent show, więc i poczucie degrengolady, i przymuszonego nihilizmu. Musiałem się przestawić. 

- Spaliłeś za sobą mosty w Warszawie i świecie dużych wytwórni?

- Podobno nie. 

- Spotykamy się w bibliotece w Białej Podlaskiej, z dala od światła reflektorów. Ale wciąż tworzysz, wciąż koncertujesz.

- W czerwcu w Łomiankach, w klubie Lemon Tree, gram ze składem, z którym jeszcze nie występowałem. Panowie są bardzo ogarnięci w czasoprzestrzeni, wiedzą, kiedy trzeba, a kiedy nie trzeba. Kawałki stare, kawałki nowe, „Ad Astra”, „Zayebisty”, nowy utwór „Victoria”, który niedługo się pojawi, a przysięgam, że nie robiłem jeszcze piosenki tak starannie, z taką dbałością.

- Co masz na myśli?

- Najwyższy szacunek do muzyki. Pokorną postawę wobec niej. Starałem się dopieszczać każdy dźwięk. Razem z Jackiem Wojcieszukiem, czyli gitarzystą z nowego składu, w którym są jeszcze perkusista Paweł Szafraniec i basista Piotr Kowalewski, dłubaliśmy numer przez cztery miesiące. 

- A zwykle, ile to u ciebie trwa?

- Miesiąc roboty. 

- W tym pietyzmie w dbałości o dźwięk można przesadzić?

- Oczywiście, że można. Nie ma reguły. Dobry kawałek może powstać w dziesięć minut. Ale ta piosenka była wybredna. Miała swoje humorki. Odnosiłem wrażenie, że stoję w obliczu utworu z dużym potencjałem. Takim jednak, który łatwo mógłby zostać zignorowany. Dlatego w „Victorii” chciałem zbadać, odkryć wszystko. I nawet więcej mnie jest tu w muzyce niż w tekście, który jest wyjęty z szuflady, ma prawie tyle lat, co ja.

- Czego szukasz w muzyce?

- Wolności.

- Szykujesz płytę?

- Materiał sam się prosi. 

- O wolności?

- Wolności, wielowymiarowości. Zależy mi, żeby słuchacz mógł zanurzyć się w moich kawałkach. Znaleźć coś dla siebie nie tylko na pierwszym planie, ale też na drugim, trzecim, czwartym. Pobujać się i pomyśleć: „Ja cię!”. Robił tak zespół Queen. Oprócz „Bohemian Rhapsody”, nie nagrywali monumentalnych utworów. Tylko takie, które wpadały w ucho i zmuszały człowieka do tego bujania. A jak już się bujałeś, to łapałeś się na tym, że wokół dzieje się o wiele więcej.

- Ciągle grasz bluesa pomieszanego z rockiem? Czy już coś zupełnie innego?

- Alternatywę, tak to najlepiej nazwać. I elektronikę, i rocka, i bluesa, nawet wstawki jazzowe. W „Victorii” jest chwytliwy refren z wpadającą w ucho melodią, a następnie wchodzi jazzowy chórek z muzyką klasyczną, pianinem w stylu Bacha. 

- Zaręczasz, że to nie będzie przekombinowane?

- Dużo ludzi mnie o to pyta. Cztery miesiące nad jednym kawałkiem?! Ale zaręczam, że „Victoria” nie będzie przekombinowana. Przesłuchaliśmy tylu płyt, mamy tyle „skrzyneczek z narzędziami”, że możemy hołdować eklektyzmowi.

- Trzech najlepszych polskich i zagranicznych twórców, którzy cię inspirują?

- Zagranicznych? Muddy Waters, Tame Impala, Frank Sinatra. Polskich? Republika, nowa płyta Hey, Lech Janerka. 

- Bob Dylan powiedział swojego czasu: „Bycie zauważanym może być ciężarem. Jezus dał się ukrzyżować, bo był zauważany. Więc ja często znikam”. A potem: „Chaos jest moim przyjacielem”. Pasuje do ciebie, choć ty chyba chaos, o którym często śpiewałeś, porzuciłeś. 

- Nie porzuciłem całkowicie chaosu. Nie żyję w totalnym porządku. Szukam balansu. Uporządkowanego chaosu. Chaos jest we mnie. Ale nie taki, który wciąga mnie jak ruchome piaski.

ROZMAWIAŁ JAN MAZUREK

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama

ALARM 24

Masz dla nas temat?

Daj nam znać pod numerem:

+48 691 770 010

Kliknij i poinformuj nas!

Reklama

CHCESZ BYĆ NA BIEŻĄCO?

Reklama
Reklama
Reklama