O Magdalenie Gąbce z Bychawy pisaliśmy już niejednokrotnie. Na początku roku wraz z Marcinem Góreckim zdobyła najwyższy szczyt Antarktydy. Teraz przyszła pora na zmierzenie się z najwyższą górą Ameryki Północnej.
– Denali jest jednym z najbardziej wymagających i najtrudniejszych szczytów na świecie. Do tego jest uznawana za najzimniejszą górę na Ziemi – opowiada podróżniczka.
Wspinaczka rozpoczęła się 24 maja od lotu niewielką awionetką na lodowiec Kahiltna, położony na wysokości około 2200 metrów. Już sam transport do bazy uzależniony jest od warunków pogodowych.
– Żeby rozpocząć wspinaczkę, trzeba dostać się na lodowiec przy użyciu awionetki. Oczywiście na taki lot musi być idealna pogoda – podkreśla.
Po założeniu pierwszego depozytu Magdalena ruszyła wraz z partnerką wspinaczkową w kierunku kolejnych obozów. Na Denali każdy wspinacz niesie nie tylko ciężki plecak, ale także ciągnie sanie z wyposażeniem i zapasami na około trzy tygodnie.

Pierwsza noc na wysokości 2900 metrów przebiegła spokojnie. Prawdziwe wyzwania miały jednak dopiero nadejść.
W drodze do Camp 3 na wysokości 3500 metrów pogoda gwałtownie się załamała.
– W połowie drogi zaskoczyła nas mgła i śnieżyca, a sanki nie chciały współpracować. Rakiety śnieżne też nie pomagały – wspomina.
Po wielu godzinach marszu udało się dotrzeć do obozu. Tam jednak nie było czasu na odpoczynek.
– Ten obóz trzeba jeszcze założyć. Kopałyśmy w tym zimnie platformy pod namiot i dopiero później mogłyśmy się ogrzać i natopić śniegu do jedzenia i picia – mówi.
Kolejne dni oznaczały mozolne zdobywanie wysokości. Droga do Camp 4 na wysokości 4300 metrów prowadziła przez strome zbocza, które trzeba było pokonywać w rakach, nadal ciągnąc za sobą ciężkie sanie.

Choć na Alasce trwał dzień polarny i słońce nie zachodziło przez całą dobę, temperatura nie dawała wytchnienia.
– Jest widno przez całą dobę, ale to nie oznacza, że jest ciepło. Na co dzień mamy około minus 30 stopni, a kiedy wieje – nawet minus 40. Na szczycie zwykle jest około minus 50 – wyjaśnia.
Jak podkreśla, nawet najlepszy sprzęt nie eliminuje zagrożeń.
– Używamy odzieży puchowej i ogrzewaczy, ale i tak staramy się działać tylko przy dobrej, stabilnej pogodzie. To po prostu zwiększa bezpieczeństwo.
Po założeniu kolejnych depozytów pozostało już tylko czekać na okno pogodowe. W obozach atmosfera była napięta. Wielu wspinaczy po kilkunastu dniach bezskutecznego oczekiwania podejmowało decyzję o odwrocie.
– Nie oszukujmy się, ta góra nie jest przyjemna. Szczeliny, lawiny, mróz i nieustająca ciężka praca mogą zniszczyć człowieka psychicznie i fizycznie – przyznaje.

Przełom nastąpił, gdy z Polski nadeszła prognoza od kierownika wyprawy, Marcina, który codziennie monitorował warunki pogodowe.
– Dostaliśmy informację, że najlepszym dniem na atak szczytowy będzie 3 czerwca. Spakowałyśmy plecaki i ruszyłyśmy do High Camp.
Po dotarciu do ostatniego obozu wspinaczki nie zatrzymały się na długo. Po krótkim odpoczynku, uzupełnieniu kalorii i napełnieniu termosów rozpoczęły atak szczytowy.
Warunki okazały się wymarzone.
– Ruszyłyśmy na szczyt w pięknym słońcu. Wszystko nam sprzyjało, a radość i wzruszenie były ogromne. Czułyśmy to aż po sam wierzchołek.
Po dziewięciu godzinach wspinaczki stanęły na najwyższym punkcie Ameryki Północnej.
– Po dziewięciu godzinach zameldowałyśmy się na szczycie Denali. To było wielkie wzruszenie – wspomina.
Euforia nie mogła jednak przesłonić najważniejszego celu – bezpiecznego powrotu.
– Jeszcze trzeba się skoncentrować i zejść na dół – mówi.
Podczas zejścia mijały miejsca przypominające o tragicznej historii góry.
– Po drodze mijałyśmy tych, którym się nie udało i zostali na tej górze na zawsze. Dlatego tak ważne jest, by nie zachwycić się samym wierzchołkiem, ale bezpiecznie zejść na dół.
Po odpoczynku w ostatnim obozie rozpoczęło się schodzenie do bazy i zbieranie wszystkich pozostawionych wcześniej depozytów. Na Denali obowiązują bowiem wyjątkowo rygorystyczne zasady ochrony środowiska.
– Góra ma być czysta i bezpieczna. Każdy wspinacz otrzymuje specjalny pojemnik na odpady biologiczne i musi go znieść z góry. Po zakończeniu wspinaczki zdaje się raport w biurze parku narodowego.”

Zdobycie Denali jest dla podróżniczki kolejnym etapem realizacji ambitnego projektu Korony Ziemi. Teraz, aby ten cel udało się zrealizować, przed Magdaleną i Marcinem pozostało ponowne zmierzenie się z Mount Everest.
– Cieszę się ogromnie, że kolejna góra z Korony Ziemi jest już za mną. Wszystkim osobom, które kibicowały mi i wspierały mnie w tej drodze, mówię ogromne dziękuję – mówi Magdalena Gąbka.


Komentarze