Mieszkałem z rodzicami i starszą siostrą w kamienicy okalającej dzisiejszy Plac Zamkowy, a wtedy Plac Zebrań Ludowych. Okazała kamienica powstała w latach 50. XX wieku i była z tzw. wygodami. Dostaliśmy dwupokojowe mieszkanie z łazienką i kuchnią, była bieżąca woda i gaz. W mieszkaniu był piec kaflowy, początkowo opalany węglem, z czasem przerobiony na ogrzewanie elektryczne. Pamiętam ciepło bijące od kafli, to jedno z tych wspomnień, które na zawsze zostaną ze mną.
Kryjówki na skarby
Nasza kamienica mieściła się pod adresem Plac Zebrań Ludowych 6 – takie mieliśmy wtedy nazewnictwo: Rady Delegatów, Bolesława Bieruta, Jedności Robotniczej, PKWN – więc ten Plac Zebrań Ludowych nie był najgorszy. Plac wyłożony był tzw. trelinką, sześciokątną płytą chodnikową, bardzo wytrzymałą i powszechnie stosowaną w tamtym czasie. Kamienica wpisywała się w architekturę tego miejsca, miała wiele bram, które była dla dzieci doskonałym miejscem do różnych zabaw, gonitw, kryjówek. Trzeba pamiętać, że to był Lublin powojenny, jeszcze zniszczony, zaniedbany, niezabezpieczony, pełen tajemniczych zakamarków pod gruzami i kamieniami. Dla nas to były miejsca do eksploracji. Przesuwaliśmy te kamienie i robiliśmy kryjówki, w których chowaliśmy się, albo ukrywaliśmy nasze skarby: scyzoryki, finki, sznury, szkiełka, druty. Wszystko, czego potrzebują chłopaki, żeby należeć do „bandy”.

Banda ma zasady
Miałem pięć, sześć lat i byłem najmłodszy w bandzie chłopaków z Cyruliczej, Furmańskiej i Kowalskiej. Trzymaliśmy się swoich ulic i nie wchodziliśmy w drogę bandzie z Lubartowskiej, która rządziła całą okolica i cieszyła się najgorszą sławą, nie mniej groźnej bandzie ze Starego Miasta i rosnącej w siłę bandzie ze starej Kaliny. Pilnowaliśmy tych zasad, bo inaczej marny byłby nasz los.
Neutralnym miejscem były błonia pod Zamkiem. Tutaj, w okolicach Kościoła św. Wojciecha, graliśmy na trawie w piłkę nożną. Okolica wokół Zamku i Błonia pełne były wojennych pozostałości. Tutaj, wśród ruin i gruzów mieliśmy najlepszą zabawę. Równie fascynujące i niebezpieczne były schrony przeciwbombowe ulokowane wokół naszej kamienicy. Dla chłopaków to był istny raj. A rodzice nawet nie wiedzieli, gdzie i w jaki sposób spędzamy całe dnie. W zimie zjeżdżaliśmy na sankach ze wzgórza, na którym jest Zamek. Góra była stroma, nieregularna, a zabawa była przednia. Wszystkie największe atrakcje mieliśmy wokół Zamku.

Czołg z Czterech pancernych
Z okien mojego domu miałem widok na Zamek Lubelski i Plac Zebrań Ludowych. Nie musiałem wychodzić na dwór, żeby oglądać wszystkie występy, które się tam odbywały. To był czas wielkiej popularności filmu Czterej pancerni i pies. Pewnego dnia na Placu pod Zamkiem stanął radziecki czołg T-34, czyli słynny, filmowy Rudy 102. Co to było za wydarzenie! Były spotkania z aktorami z filmu, można było wejść do czołgu. A ja na to wszystko patrzyłem z góry.
Na Placu Zebrań Ludowych odbywały się też giełdy samochodowe. To była ogromna atrakcja dla mieszkańców, przyciągała tłumy. Ludzie przychodzili, żeby pooglądać auta, pogadać o motoryzacji. Mało kto kupował, bo też mało kogo było stać na taki luksus.

Szajki na targu i bale w „Stylowej”
Targ po drugiej stronie ulicy to był lokalny folklor. Wszystko tu było. Chłopi przywozili ze wsi warzywa, owoce i kwiaty. Były też towary luksusowe, przywożone z tzw. Zachodu. To były ciuchy, głównie jeansy i produkty delikatesowe. Ja najbardziej zapamiętałem pocztówki dźwiękowe* do gramofonów np. bardzo popularnego w tym czasie Bambino. Taką pocztówkę mieli m.in. Trubadurzy, zespół No To Co, Janusz Laskowski.
Targ miał również swoją ciemną stronę. Wiadomo – tam, gdzie są pieniądze, są złodzieje. Na naszym targu działały zorganizowane szajki kieszonkowców ze Starego Miasta. Wiele razy widziałem, jak jakaś kobiecina wysiadała z PKS-u i za moment zanosiła się płaczem, bo obrabowano ją z pieniędzy, które przywiozła na zakupy. A wieczorem całe towarzystwo balowało w „Stylowej” za ukradzioną kasę. „Stylowa” była słynnym lokalem na rogu naszej kamienicy (dzisiaj jest tu bank). Na parterze był bar – setka i zakąska, a na piętrze restauracja.

Piekarnie i sodówka
Na dole naszej kamienicy, tuż pod naszymi oknami był sklep papierniczy i zabawkowy. Nieopodal był spożywczy i budka z lodami. Na ulicy Furmańskiej była piekarnia Kuźmiuka, a na Lubartowskiej Pierzchalskiego. Na Kowalskiej był sklep metalowy i szklarz. Przy targu mieliśmy „sodówkę” – wózek podłączony do ulicznej wody, z którego kupowało się wodę sodową: samą lub z sokiem.
Naukę rozpocząłem na Czwartku w Szkole Podstawowej nr 19. Chodziłem tam sam, na piechotę. Gdy przeprowadziliśmy się na Kalinę, na ulicę Okrzei, dalej się tam uczyłem. A potem kontynuowałem naukę dosłownie za ścianą, w IV Liceum Ogólnokształcącym.
Ale to już zupełnie inna historia.
Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Komentarze