Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Dziewczyny z Zieleniaka

Milczenie o zbrodni też jest zbrodnią. Tę zbrodnię, która rozgrywała się w cieniu Powstania Warszawskiego, historia wyparła. Ze wstydu i ze strachu. Z braku właściwych słów, by opisać okrucieństwo i zło ponad ludzkie wyobrażenie.
Dziewczyny z Zieleniaka

Jest początek sierpnia 1944 roku. Warszawiacy dzielnie walczą o stolicę, o wolność. Do stłumienia Powstania Warszawskiego Himmler wytacza najcięższe działa. Powołuje m.in. Pułk Szturmowy SS RONA. To Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa rekrutująca się z uciekinierów z Armii Czerwonej, sowieckich policjantów, jeńców wojennych, przestępców wypuszczonych z więzień. Do stłumienia powstania wybrano ponad 1700 młodych, silnych, nieżonatych Rosjan, którzy pod dowództwem Bronisława Kamińskiego w niemieckich mundurach weszli 4 sierpnia na warszawską Ochotę. 

Mieli walczyć na barykadach z Armią Krajową, a zaczęli od pijaństwa, plądrowania i grabieży domów. Potem zainteresowali się kobietami. I nie miało znaczenia, czy były to małe dziewczynki, młode dziewczyny, czy stare kobiety. 

„Jak kobieta urodziła to na nią wchodził jeden, drugi… jeden wchodził, drugi schodził – aż kobieta umarła. Do upadłego gwałcili. Do upadłości.” To relacja jednej z ocalonych z sowieckiej rzezi na kobietach, zapisana w Archiwum Historii Mówionej Powstania Warszawskiego. 

To wszystko działo się na terenie popularnego targowiska Zieleniak przy ulicy Grójeckiej. To tam 5 sierpnia 1944 utworzono obóz przejściowy dla cywilów z Ochoty. „Ronowcy” wypędzali ludzi z domów, piwnic, schronów, grabili co się dało, potem gwałcili, torturowali i zabijali.

Z tego historia zapamiętała SS RONA: z rabunków i okrutnych mordów na cywilach, z ponad 1000 ofiar. Ale piekło, które przeżyły (lub nie przeżyły) kobiety na Zieleniaku, przez dziesięciolecia owiane było mgłą niedopowiedzenia, wstydliwego sekretu, tajemnicy. Ocalone ofiary milczały. Dla „własnego dobra”, dla dobra katolickiej rodziny, dla socjalistycznego społeczeństwa, dla przyjaźni polsko-radzieckiej. 

Milczały ze wstydu, z bólu, z powinności. No przecież żyjesz, przeżyłaś. Milczały, bo nikt nie chciał ich słuchać. Bo w skali całej tragedii Powstania Warszawskiego ich głos nie miał znaczenia. Przecież ja żyję, przeżyłam. 

Ten głos wybrzmiał dopiero po latach, po wielu dziesięcioleciach. Wtedy były dziewczynkami, dziś są starymi kobietami. Odchodzą i nie chcą, by to zło i okrucieństwo, których doświadczyły, które zaważyło na ich całym życiu i stało się pokoleniową traumą, odeszło wraz z nimi. 

Mówią, a ich głos słyszą dziś inne kobiety. To przejmujący głos, wypełniony bólem, cierpieniem i wstydem, których nie obejmuje przedawnienie. Ale też głos mocny i odważny. Realistyczny, brutalny, dotykający do trzewi. To glos, którego bardzo trudno się słucha, bo zło, które przedstawia, naprawdę przechodzi ludzkie wyobrażenie. 

Ale bez tego głosu nie ma Powstania Warszawskiego, nie ma naszej historii.

Mówią o gwałtach na małych dziewczynkach i staruszkach, na kobietach w ciąży, tuż po porodzie, jeszcze przed odcięciem pępowiny, w połogu. O tysiącach kobiet gwałconych na targowisku, pośród tłumu ludzi. O krzykach gwałconych i okaleczanych dziewczyn, które słychać było dniem i nocą, które przebijały się przez odgłos wystrzałów. O kobietach, które chowały się pod ciałami mężczyzn i dzieci, albo smarowały twarz kałem, żeby zniechęcić oprawców do siebie. 

Ten glos wybrzmiewa dziś za sprawą Anny Augustyniak, która w książce „Zieleniak”* oddała ten głos jednej z ofiar, Alicji Piotrowskiej, kucharki i służącej z domu doktora Czosnowskiego na warszawskiej Ochocie. 

Wsłuchajcie się w ten głos i zapamiętajcie go. Jest jak wyrzut sumienie i jak ostrzeżenie. To się wciąż dzieje w różnych na miejscach na świecie. Nie pozwólmy, by znów zdarzyło się u nas. 

* Anna Augustyniak „Zieleniak”, Marginesy, 2026 r. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama