- „Sen o mieście” nam się przyśnił - uśmiecha się reżyser Janusz Opryński.
Jeden z najbardziej kultowych spektakli współczesnego Lublina odgrywany będzie podczas pięciu kolejnych wieczór na dziedzińcu Zamku Lubelskiego: 13, 14, 15, 16 i 17 sierpnia o 20.00.
- Dramaturgiczną kanwą tego przedstawienia jest „Poemat o mieście Lublinie” Józefa Czechowicza. W mistrzowski sposób wykonuje go moja przyjaciółka, Dorota Landowska. Ten spektakl jest emanacją twórczości lubelskich artystów. Scenografię i mistyczne słońce stworzył Jarek Koziara. Muzykę skomponował Rafał Rozmus. Historię miasta przeczytał Zbyszek Dziduch, uznawany za jeden z najlepszych głosów w Polsce - opowiada Opryński.
Wszystkie bilety zostały już wyprzedane.
- Na początku pomysł wydawał się szokujący. Chcieliśmy opowiedzieć historię miasta poprzez emocje sztuki cyrkowej. Okazało się, że to działa. Upadki, niebezpieczeństwo i ryzyko doskonale podbijają dramaturgię. Jako reżyser jestem dumny z tego przedstawienia. Udało nam się pokazać prawdziwą energię Lublina. Sprzedały się wszystkie bilety: około osiem tysięcy. Wzorując się na innych wielkich miastach, moglibyśmy co roku pokazywać tę historię jako stały spektakl turystyczny - stwierdza 72-letni reżyser.

Słońce świadkiem dziejów miasta
Z artystą plastykiem Jarosławem Koziarą rozmawialiśmy podczas zaćmienia słońca.
- To słońce jest głównym bohaterem tego spektaklu. Świadkiem dziejów miasta i świata. Towarzyszy nam od zarania. Widziało wszystko, co tu się działo i co jeszcze się wydarzy. Wiadomo, nic nowego pod słońcem. Ciągle odtwarzają się te same byty - mówi Koziara.
„Sen o mieście” to monumentalne widowisko teatralne opowiadające o Lublinie, który od wieków tętni życiem na styku kultur, religii i narodów. Swoją premierę miało we Wrocławiu w maju 2016 roku w ramach obchodów Europejskiej Stolicy Kultury. Spektakl w reżyserii Opryńskiego i ze scenografią Koziary prezentowany był między innymi na ulicy Karola Szajnochy, wykorzystując dachy, okna i bruk.
- Ten spektakl powstał pierwotnie na potrzeby prezentacji Lublina we Wrocławiu. Tam planowaliśmy inny układ, slacklinerzy mieli chodzić między kamienicami na ulicy Szajnochy. Kluczowym budynkiem był gmach Uniwersytetu Wrocławskiego. Niestety pani administrator nie wyraziła zgody. Tłumaczyła, że nawet Agnieszka Holland oferowała jej trzydzieści tysięcy złotych za dzień zdjęciowy i się nie zgodziła. A kamienica od kilkudziesięciu lat stoi do sprzedania. Musieliśmy szukać alternatywy. Postawiliśmy wieże i przymocowaliśmy do nich liny. Te wieże trzeba było jakoś ubrać. Potrzeba stała się matką wynalazków. Ulica Szajnochy zdeterminowała scenografię. W tle pojawiło się słońce, we Wrocławiu zabłysło na zachodzie, w Lublinie na wschodzie. Tak w skrócie wygląda ta historia - streszcza Koziara.
Zaprojektowana przez niego scenografia ma nie tylko pełnić rolę estetyczną, ale też utrzymywać sztukmistrzów na linach.
- Względy bezpieczeństwa są tu kluczowe. Naprężenia lin wymagają wielotonowych obciążeń. W każdej wieży znajdują się prawie cztery tony wody. Używamy do tego czterech pojemników, tak zwanych mauzerów. Każdy mieści tonę. Pogoda bywa zmienna. Jeszcze wczoraj silniejszy wiatr przesunął jeden taki tonowy pojemnik. Musieliśmy natychmiast dolać kolejną tonę wody. Bezpieczeństwo jest najważniejsze - zapewnia artysta.
Przekonuje, że tworzenie scenografii nie trwało długo.
- To są lata doświadczeń. Słońce ma trzynaście metrów średnicy. Środkowa, okrągła tarcza: dziesięć metrów. Promienie: po półtora metra. Zostało wykonane z kolorowych materiałów syntetycznych. Świetnie trzymają kolor. Eksperymentuję z tym tworzywem od kilkudziesięciu lat. Mam do niego pełne zaufanie. Wiem, co robię - mówi.
Czy inspiracją był „Poemat o mieście Lublinie” Józefa Czechowicza?
- Możliwe, dzisiaj już dokładnie nie pamiętam. Lata lecą, pamięć jest ulotna. Cały czas poruszamy się w sferze impresji. Czechowicz też nie pisał dokumentu o mieście, tylko poemat. Trzymamy się tej estetyki. Przez te wszystkie lata scenografia nie zdążyła mi się znudzić. Przez dłuższy czas leżała w odstawce. Rok temu wyciągnąłem to słońce na Festiwal Światła w Łodzi, na osi ulicy Piotrkowskiej. Ten obiekt ma dla mnie wyjątkowe znaczenie i dużą siłę oddziaływania. Działa jak mandala. Przyciąga uwagę i wywołuje bardzo pozytywne, ciepłe emocje. Nie kusiło mi, żeby jej modyfikować. Lepsze jest wrogiem dobrego. Nie ma potrzeby kombinować bez powodu. Nie robimy nowego spektaklu. Odtwarzamy sytuację sprzed ośmiu lat. Może przyjdzie czas na nową impresję na ten temat. Wtedy zrobię nową scenografię - zapowiada Koziara.

Pandemia, wojna i... czysta radość finału
Reżyser Janusz Opryński nie ukrywa, że „Sen o mieście” stanowi poważne przedsięwzięcie logistyczne.
- Zespół, który pracuje przy widowisku, jest naprawdę spory. Mamy czteroosobową grupę slacklinerów i cztery szarfistki. Do tego dochodzi około dziesięciu żonglerów. To już daje blisko dwadzieścia osób na samej scenie. Aleksander Janas przygotował niezwykły mapping kaplicy. Wykorzystujemy bardzo różne środki wyrazu. Jestem dumny z naszej ekipy technicznej, akustyków, oświetleniowców. To ludzie wychowani na festiwalu Konfrontacje Teatralne. Przekazali temu spektaklowi całą swoją wiedzę i talent - zachwyca się Opryński.
„Sen o mieście” w 2026 roku prezentowany będzie w nowej odsłonie. Pokazuje losy miasta od pierwszych osadników, przez Unię Lubelską, aż po współczesność, w tym pandemię, wojnę w Ukrainie i zdobycie tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2029.
- Upłynęło trochę czasu i postanowiliśmy dopisać dalszą historię. Niestety dość smutną, bo obejmującą okres pandemii i wojny w Ukrainie. To wydarzenia, które mocno odbiły się na Lublinie. Przyjęliśmy wtedy ogromną liczbę uchodźców. Dopóki będziemy grać ten spektakl, będziemy uzupełniać go o nowe wątki. Proszę się jednak nie martwić, widowisko obfituje w radosne akcenty. Sam finał to przecież czysta radość - anonsuje reżyser „Snu o mieście”.

Spytaliśmy Opryńskiego, co kryje się za jego słowami o spektaklu oddającym energię Lublina.
- Energia Lublina jest niezniszczalna. Wierzymy, że to miasto nigdy nie zostanie zniszczone. Przez całą historię prowadzi nas para tancerzy, Sandra i Filip. Dopóki oni są na scenie, miasto żyje. To taka metafora wampirycznej pary, która trwa od kilkunastu wieków. Lublin przechodził przez straszne rzeczy: pożary, wojny, inne tragedie. Musimy być przygotowani na trudne momenty, ale drzemie tu wielka, niezniszczalna siła. Naprawdę wierzę, że to miasto będzie trwało wiecznie - puentuje reżyser Janusz Opryński.
Komentarze