Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Nasz cykl: Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Na Misjonarskiej brałem haracze

Do mojego domu przy ulicy Misjonarskiej 24 wciąż prowadzi uliczka z kocich łbów. W nocy stąpałem po nich jak kot, znałem na pamięć każdy kamień. Tu nauczyłem się życia – w tym najlepszym i w tym najgorszym wydaniu – opowiada Mirek.
Na Misjonarskiej brałem haracze
Łaźnia Łabęckich przy ulicy Farbiarskiej

Autor: Teatr NN

Rodzice pochodzili z Lublina, ale poznali się na robotach przymusowych w Niemczech w 1943 roku. Wcześniej, w czasie wojny, mama pracowała jako pomoc w niemieckim lazarecie na terenie Seminarium Duchownego przy ulicy Wyszyńskiego. Dziadek, który należał do AK, ratował z tego lazaretu Polaków wcielonych do niemieckiej armii. Wyciągał ich i przekazywał do lasu, do partyzantki. 

Dom pełen dzieci

Po wojnie i powrocie z Niemiec rodzice zamieszkali przy ulicy Misjonarskiej. Było nas w domu ośmioro: czterech chłopaków i cztery dziewczyny. Mieliśmy dwa pokoje z kuchnią, bez łazienki. Wychodek był przy naszym domu – taka zabudowana dziura w ziemi. Mieszkaliśmy na wysokim parterze, wchodziło się do nas od strony oficyny. Na piętrze były trzy mieszkania. Pod nami w suterenie też mieszkały rodziny, w każdej było po 7-9 dzieci. Nad nami podobnie, wszędzie było dużo dzieci. 

W sumie było nas z sześćdziesięcioro dzieci, z naszego domu i pobliskich domów, z Zamojskiej, Farbiarskiej i Dolnej Panny Marii. Aż do Zamku rozciągały się tereny pożydowskie. I to był nasz świat, tu toczyło się nasze życie. Wszędzie drzewa, zarośla, chaszcze, stare ogrody i sady, opuszczone zabudowania – wolność aż po horyzont. To był nasz „małpi gaj”, bo jak małpy skakaliśmy po drzewach i robiliśmy, co tylko nam przyszło do głowy. 

Źródło: Teatr NN

Nie chcieli nas porwać

Rodzice ostrzegali nas tylko przed jednym: nie biegać na bosaka, bo bose dzieci porywali Cyganie, którzy przyjeżdżali w te okolice. Nie wolno im było wjeżdżać do miasta, ale wieść głosiła, że tabory wyłapują dzieci – a jak bose, to wiadomo, że romskie. Dlatego specjalnie zdejmowaliśmy buty i biegaliśmy na bosaka, żeby nas złapali i wywieźli, ale nikt nas nigdy nie chciał porwać. 

Byłem szefem jednej z ulicznych band. Nasz dom to były „Tatry”, a kamienica obok to były „Karpaty”. Od czasu do czasu między Tatrami a Karpatami wybuchała wojna. Na jabłka, na śliwki, na kamienie. Ale nigdy na pięści. Były zasady. 

Za płotem, od strony oficyny, mieliśmy Łaźnię Łabęckich, a nieco dalej Słodownię. Ulica tonęła w słodko-kwaśnym zapachu. Do naszego podwórka prowadziła ścieżka z kocich łbów. I wielka, ciężka brama, przy której stałem zawsze ze starszymi kolegami. Podpuścili mnie kiedyś, żebym przyniósł im jabłka z posesji naprzeciwko, która należała do Seminarium Duchownego. Podsadzili mnie, przeskoczyłem przez wysoki mur i zacząłem zbierać owoce. Chłopaki uprzedzili mnie, że gdyby ktoś mnie złapał, to mam używać najgorszych wulgaryzmów, wtedy mnie na pewno puści. No i nakrył mnie na tym szabrowaniu młody kleryk, ja zacząłem kląć jak szewc, a on złapał mnie za uszy i zaciągnął do księdza. Ten najpierw mnie stłukł w dupę pasem, a potem dał mi dwie torby jabłek i powiedział: Jak będziesz chciał owoców, to przyjdź i poproś. Zawsze ci dam. 

Powstanie ulicy Misjonarskiej łączy się ze sprowadzeniem do Lublina zakonu oo. misjonarzy, których celem było kształcenie księży i misjonarzy. Ulica Misjonarska prowadzi do klasztoru otoczonego wysokim, neogotyckim murem

Fot. M. Bożko

 

Uliczka z kocich łbów prowadzi doi wejścia w oficynie. Wcześniej była tu ciężka, drewniana brama 

Fot. M. Bożko

Jak zostałem ministrantem…

I wtedy, po tej dotkliwej nauce, zostałem ministrantem. Do mszy służyłem w kościele Jezuitów na Królewskiej, a potem u Dominikanów na Starym Mieście. Lubiłem to robić, co zupełnie nie przeszkadzało mi w prowadzeniu zgoła innej działalności na własnym podwórku. Otóż już wtedy poczułem w sobie żyłkę przedsiębiorczości. Miałem starszą siostrę, śliczną dziewczynę, już wtedy o kobiecych kształtach. Myła się w pokoju, w misce, bo łazienki nie było. Zabierałem z parapetu doniczki z kwiatkami, odsuwałem firanki i zwoływałem chłopaków, którzy jak małpy wieszali się na gzymsie i podglądali przez okno moją siostrę. A ja dostawałem od nich za to różne fanty: ciastka, owoce, a nawet papierosy: Sporty, a potem Popularne. Papierosy podkradałem też starszym braciom i ojcu. A potem je im odsprzedawałem za 5 zł, jak byli w potrzebie. A za 5 zł można było kupić bilet do kina Kosmos na kolorowy film. Już wtedy uczyłem się zarządzać biznesem. 

…i „sutenerem”

Potem wszedłem na wyższy poziom zarządzania. W każdy piątek w Łaźni Łabęckich był dzień dla kobiet. Schodziło się ich bardzo dużo i w łaźni rzymskiej rozbierały się do naga. Ja znałem sekretną ścieżkę prowadzącą pod samo okno łaźni. Stawałem w naszej bramie i pobierałem od chłopaków opłatę za wprowadzenie ich pod to okno, skąd mogli obserwować nagie kobiety w łaźni. To już był biznes na całego. Kolejki się ustawiały. Tak za młodu zostałem „sutenerem”.

Prawdziwy biznes robiłem na obierkach od ziemniaków. Zbierała je dla królików kobieta z pobliskiego magla j pralni. Chodziłem po sąsiadach i obierałem im kartofle na obiad, a obierki sprzedawałem po 10 zł. Potem nauczyłem siostry obierać i one chodziły po sąsiadach, a ja inkasowałem za łupiny 10 zł. Siostrom dawałem parę groszy. Byłem jak rzeka, która zawsze dostosuje się do koryta. Potrafiłem odnaleźć się w każdej sytuacji. Potem doprowadziło mnie to na somo dno rozpusty i bagna życia. 

Kamienica przy Misjonarskiej 24

Fot. M. Bożko

Artysta po jedenastu szkołach

Do Szkoły Podstawowej nr 11 chodziłem najpierw na Plac Wolności, a potem na Farbiarską. A później przez cztery lata zaliczyłem jedenaście szkół, włącznie z Liceum Plastycznym w Nałęczowie. Życie było zbyt ciekawe i zbyt intensywne, żeby je marnować na naukę, dlatego ostatecznie wylądowałem w wieczorówce.

Ja miałem naturę artysty, humanisty. Bardzo dużo czytałem: Marka Twaina, Jamesa Curwooda, Jacka Londona, Alfreda Szklarskiego. W domu było mnóstwo książek i drugie tyle bracia znosili z bibliotek. Jak ojciec na noc gasił światło, to czytaliśmy przy żaróweczkach z radia. 

Miałem trzech starszych braci i musiałem cały czas walczyć, żeby nie dać się im zgnoić. Odbijałem to samo zarządzając młodszymi. Stworzyłem grupę teatralną Teatr Trzepakowy. Organizowaliśmy przedstawienia i konkursy recytatorskie. Ja byłem reżyserem, animatorem i szefem tego wszystkiego. To było fajne, pozytywne, twórcze, ale kiedyś zajrzała do nas pani z jakiegoś domu kultury i uznała, że takie rzeczy to można robić tylko pod opieką dorosłych. Wkurzyło mnie to, rzuciłem teatr i poszedłem w swoją stronę. Odwróciłem się też od kościoła, jak zobaczyłem księdza na randce z kochanką w Nałęczowie. 

Pokrzywione życie

Dorośli mnie rozczarowali. Wtedy nauczyłem się kombinować i kłamać. Zobaczyłem, że to ma swoją wartość, że to się opłaci. Zupełnie pokrzywione, wypaczone wartości, które na długo zalęgły się w moim życiu. Rzeczy się zdobywało, a nie kupowało. Posłuch i respekt trzeba było wywalczyć siłą, a nie zapracować na niego. 

Ale z domu wyniosłem też zupełnie inne wartości. Szacunek do starszych. Szacunek do rodziny. Szacunek do własności. Szacunek do cudzej wolności i nietykalności. Szacunek do życia. 

I te wartości, wyniesione z dzieciństwa, ostatecznie mnie ukształtowały. I uratowały przed samozniszczeniem, które było bardzo blisko. 

 


Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama