Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Od ciemnych bram do… internetu. Jak zmieniła się przestępczość w Lublinie

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu niektóre rejony Lublina miały opinię miejsc, do których lepiej było nie zapuszczać się po zmroku. Rozboje, bójki, włamania i kradzieże były częścią miejskiej codzienności. Dziś przestępczość zmieniła oblicze, a dawne „złe adresy” coraz częściej są zwyczajnymi, spokojnymi częściami miasta.
Od ciemnych bram do… internetu. Jak zmieniła się przestępczość w Lublinie

Źródło: Teatr NN

Wieczorny spacer po odnowionym Parku Ludowym, Starym Mieście czy Ogrodzie Saskim nie kojarzy się dziś z wyprawą podwyższonego ryzyka. Starsi lublinianie pamiętają jednak, że były w mieście takie miejsca, które lepiej było po zmroku omijać szerokim łukiem. Miały złą sławę, a pobicia, kradzieże, rozboje czy awantury wpisywały się na listę porządku dziennego (a częściej wieczornego). Podobnie działo się w okolicach dworca kolejowego, placu Bychawskiego czy części ulicy Kunickiego. Ówczesna milicja nie narzekała na brak pracy także na Kalinowszczyźnie, Tatarach czy Bronowicach. Nawet na nowych osiedlach bywało niebezpiecznie.

Przyczyny obaw w PRL

Porównanie obecnych statystyk z danymi z czasów PRL jest trudne. Milicja Obywatelska posługiwała się często innymi kategoriami, wielu zdarzeń nie zgłaszano, a oficjalne komunikaty nie zawsze pokazywały pełny obraz przestępczości. Ówczesne władze niechętnie przyznawały, że w socjalistycznym państwie istnieje poważny problem chuligaństwa, przemocy czy tzw. przestępczości pospolitej. Mieszkańcy patrzyli na bezpieczeństwo o wiele prościej: wiedzieli, którą ulicą lepiej nie wracać nocą, gdzie stały grupy pijanych mężczyzn, a w którym parku po zmroku strata zegarka, portfela albo zebranie „po głowie” dziwić nie mogły.

Najbardziej dokuczały rozboje, bójki, włamania do mieszkań, piwnic i sklepów oraz kradzieże kieszonkowe. Łupem złodziei padało właściwie wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość: rowery, narzędzia, węgiel z piwnicy, odzież, mięso, alkohol, części samochodowe, a nawet suszące się na sznurach pranie.

Duży problem sprawiało także zwykłe chuligaństwo. Do awantur dochodziło w pobliżu dworców, lokali gastronomicznych, przystanków i miejsc, w których sprzedawano alkohol. Nierzadko zaczynało się od zaczepki, papierosa, którego ktoś nie chciał oddać, albo żądania drobnych na wino czy piwo. Kończyło się pobiciem i zabraniem zegarka czy portfela. Szczególne niebezpieczeństwo ujawniały okolice dworca po przyjeździe ostatnich pociągów. W tłumie kręcili się kieszonkowcy, a na podróżnych czekali nie tylko taksówkarze. Zła sława ciągnęła się za ulicą 1 Maja oraz odchodzącymi od niej zaułkami. Niespokojnie bywało również w rejonie ulicy Kunickiego, Bronowic, starej zabudowy Kośminka i w zaniedbanych częściach Śródmieścia.

Wie coś o tym pan Marek, który w latach 80. znalazł się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie w okolicach nieistniejącego już Domu Kultury Kolejarza.

– To był późny wieczór – wspomina dzisiejszy 64-latek. – Szedłem akurat z kolegą, kiedy zza rogu wyłonił się dobrze zbudowany osiłek z tatuażem na ręce. Tyle zapamiętałem. Bo zanim odpowiedziałem na pytanie, czy mam papierosa, od razu oberwałem pięścią w ucho. Kolega natychmiast uciekł. Na szczęście szybko się podniosłem i też zacząłem uciekać. Udało się. Potem przez wiele lat unikałem tego miejsca. Jeśli już szedłem, to raczej drugą stroną ulicy. 

Samochód z radiem kusił złodzieja

Samochodów było w PRL-u znacznie mniej niż obecnie, ale zdobycie części zamiennych graniczyło niekiedy z cudem. Złodzieje kradli więc koła, lusterka, akumulatory, wycieraczki, paliwo, narzędzia i wszystko, co można było później sprzedać. Zdarzało się, że właściciel samochodu patrzył rano ze zgrozą, kiedy jego auto stało na cegłówkach, bo złodziejom udało się odkręcić wszystkie koła. Prawdziwa plaga kradzieży samochodów oraz radioodtwarzaczy przyszła jednak przede wszystkim w latach 90. i na początku XXI wieku. Kierowcy wyjmowali radia z deski rozdzielczej i zabierali je do domu. Pojawiły się modele z wysuwanym panelem, a widok człowieka idącego przez osiedle z panelem radia w ręku nie dziwił nikogo.

Niektórzy zostawiali otwarty schowek, żeby złodziej od razu zobaczył, że w środku niczego nie ma. Czasem mimo to znajdowali rano wybitą szybę. Radio było warte kilkaset złotych, ale koszt naprawy samochodu bywał większy. 

Dzisiaj kradzieże radioodtwarzaczy praktycznie się nie zdarzają. Znacznie rzadziej giną również całe samochody. W 1999 roku w Polsce skradziono ponad 71 tys. pojazdów. W 2025 roku z powodu kradzieży wyrejestrowano niespełna 4,8 tys. aut osobowych i dostawczych. Oznacza to spadek o ponad 90 proc. w porównaniu z rekordowym okresem. W województwie lubelskim policja stwierdziła w 2024 roku 45 kradzieży samochodów, a rok wcześniej - 71. W 2025 roku było ich 60, przy wykrywalności wynoszącej 77,4 proc.

Pan Jacek z Czechowa do dzisiaj pamięta seans w byłym kinie Kosmos przy ul. Długosza. Pojechał maluchem, wrócił do domu taksówką.

– Dzisiaj mogę już o tym wspominać bez większych emocji, ale wtedy było to dla mnie traumatyczne zdarzenie – mówi. – To było na początku lat 90. Na tego malucha oszczędzałem latami, ojciec dołożył i wreszcie się udało. Cieszyłem się jak dziecko. Zainwestowałem nawet w nowe, kubełkowe fotele. Miał też modne wtedy owiewki i porządne radio. Zaparkowałem niedaleko wejścia na stadion Lublinianki. Kiedy wyszliśmy z kina, a było mnóstwo osób, z początku myślałem, że może zaparkowałem w innym miejscu, bo mojego malucha nie było. Z tej desperacji obszedłem cały parking koło stadionu. W końcu dotarło do mnie, że ukradli mi samochód. Szkoda mi było pieniędzy na ubezpieczenie. Auto nigdy się nie odnalazło.

Mniej rozbojów, większa wykrywalność

Najnowsze dane potwierdzają, że najpoważniejsze przestępstwa uliczne są dziś stosunkowo rzadkie, a sprawcy znacznie częściej zostają ustaleni. W całym województwie lubelskim w 2025 roku stwierdzono 128 rozbojów, podczas gdy rok wcześniej było ich 184. Wykrywalność wyniosła aż 96,9 proc. Liczba stwierdzonych bójek spadła ze 190 do 143, a ich wykrywalność sięgnęła 94,4 proc. Dla Lublina najpełniejsze opublikowane przez GUS dane dotyczą 2024 roku. Policja stwierdziła w mieście 7770 przestępstw, z czego 4681 miało charakter kryminalny. Ogólna wykrywalność wyniosła 66,2 proc., a w przypadku przestępstw kryminalnych – 67,8 proc. 

W 2025 roku lubelski garnizon należał do najlepszych w kraju pod względem wykrywania bójek, kradzieży i kradzieży samochodów. To zasługa nie tylko skutecznej pracy samej policji, ale także metod jej działania. Chodzi m.in. o kamery monitoringu, ślady DNA, dane z telefonów, zapisy płatności kartą, lokalizatory w samochodach oraz nagrania z prywatnych posesji i wideorejestratorów. Dawniej napastnik mógł zniknąć w ciemnej uliczce i szukaj wiatru w polu. Dzisiaj jego drogę często odtwarza się kamera po kamerze. 

„Złe adresy” jak place zabaw

Kunickiego, 1 Maja, okolice dworca czy Park Ludowy nie budzą już takich emocji jak dawniej. Nie stało się to z dnia na dzień. Zmieniały się zabudowa, mieszkańcy i sposób korzystania z miejskiej przestrzeni. Do tego doszła nowoczesna infrastruktura. Najbardziej spektakularną przemianę przeszedł Park Ludowy (wspominany w Dzienniku przed tygodniem). Po gruntownej rewitalizacji stał się jednym z najpopularniejszych terenów rekreacyjnych w Lublinie. Miejsce, przez które kiedyś wiele osób bało się przejść po zmroku, dziś wieczorami wypełniają spacerowicze i rowerzyści.

Również ulica 1 Maja nie przypomina tej sprzed kilkudziesięciu lat. Wciąż ma starą zabudowę i własne problemy, ale nie jest już symbolem „zakazanej” części miasta. Kunickiego pozostaje ruchliwą arterią, przy której stoją zaniedbane budynki, jednak dziś jest to przede wszystkim zwyczajna ulica handlowa i mieszkaniowa, a nie część miasta, którą przez lata nazywano „dzielnicą cudów”.

Współczesny Lublin nie ma dzielnic, do których policja „boi się wjeżdżać”. Nie istnieją też nieprzekraczalne granice między osiedlami. Zła opinia niektórych miejsc częściej wynika ze starych wspomnień i pojedynczych, głośnych zdarzeń niż z codziennego zagrożenia. Ale nie zawsze. Przekonał się o tym pan Adam, który na co dzień pracuje w jednej z lubelskich restauracji w centrum miasta. Często wraca do domu późno w nocy. Tak było również pewnego feralnego dnia kilka lat temu.

– Spóźniłem się na nocny autobus, a że noc była ciepła, postanowiłem zrobić sobie spacer – opowiada.

Pierwszy raz podczas tego spaceru oberwał blisko mostu na Bystrzycy, obok Gali.

– To było kilku dresiarzy – mówi. – Niczego ode mnie nie chcieli. Ani fajek, ani pieniędzy. „Co tu łazisz po nocy?” – usłyszałem i zaraz jeden z nich mnie uderzył. Nie zdążyłem się zasłonić ani uciec. Na szczęście mocno nie oberwałem, pozostali odciągnęli tego chłopaka na bok. Nawet nie czułem od niego alkoholu. Dostałem za „niewinność”.

Kilka minut później inni napastnicy zaczepili go za tunelem przy ulicy Kunickiego. Też nie chcieli pieniędzy. Niczego nie chcieli poza tym, że jeden z nich pchnął pana Adama tak mocno, że ten od razu się przewrócił. Dostał kilka kopniaków. Dobrze, że zasłonił głowę.

– Jak się okazało, wzięli mnie za jakiegoś ich znajomego, który miał ich wcześniej obrazić czy oszukać. Tak przynajmniej wykrzykiwali – wspomina nasz bohater. – Całe szczęście, że odpuścili. Do domu na Kośminek doszedłem z podbitym okiem i rozbitą wargą. Nie zgłaszałem tego, dałem sobie spokój, mimo że zaraz przechodziłem obok komisariatu. Nie chciałem potem chodzić po sądach.

Złodziej przeniósł się do internetu

Mimo że z roku na rok spada w Lublinie liczba podobnych zdarzeń, nie oznacza to, że miasto stało się całkowicie wolne od przestępstw. Zmieniły się przede wszystkim metody działania sprawców. Złodziej coraz rzadziej wyrywa przechodniowi torbę albo wybija szybę w samochodzie. Częściej dzwoni, podając się za policjanta, pracownika banku lub członka rodziny. Łupem nie jest już radio, akumulator czy zegarek, lecz pieniądze znajdujące się na koncie. Ofiara może siedzieć bezpiecznie we własnym mieszkaniu, a mimo to w ciągu kilku minut stracić oszczędności życia. Są fałszywe inwestycje, dopłaty do przesyłek, wiadomości z podrobionym linkiem i telefony od rzekomego wnuczka.

W PRL mieszkaniec bał się ciemnej bramy. W latach 90. pilnował samochodu i chował panel od radia pod kurtką. Dzisiaj powinien przede wszystkim uważać, komu podaje kod, gdzie wpisuje hasło i czy osoba dzwoniąca rzeczywiście jest tym, za kogo się przedstawia. Miasto stało się bezpieczniejsze, ale przestępczość nie zniknęła. Po prostu przeniosła się z ciemnych alejek i parkingów na ekrany telefonów.

Jakie macie doświadczenia z poczuciem bezpieczeństwa w Lublinie? Piszcie – krzysztof.zaluski@dziennikwschodni.pl

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama