Mieszkanie było malutkie, a klatka schodowa od kilkunastu lat wołała o odmalowanie. Jedyna winda psuła się regularnie co dwa tygodnie, a na klatce schodowej mieszały się zapachy smażonych na smalcu kotletów i pieczonej szarlotki. Psy ujadały za zamkniętymi drzwiami, a kobiety przez otwarte okna wołały swoje dzieci na obiad. Było swojsko, rodzinnie, bezpiecznie. Dziesięciopiętrowy wieżowiec zwany „kolejowym”, gdyż mieszkali w nim pracownicy kolei sąsiadował z „policyjnym”, który zasiedliły – jak można się domyślać – rodziny policjantów.

Bazy w krzakach
Co nas łączyło? Duży parking, na którym trwał niekończący się wyścig o nowsze i lepsze auto. Nas, dzieci, w ogóle to nie interesowało. Sklepik na parkingu był dla nas miejscem codziennych wypraw po gumy kulki za 10 groszy i lody Kaktus za 30 groszy. Z tymi skarbami pędziliśmy do naszych baz – kryjówek w krzakach, zaroślach, pomiędzy drzewami. Baza była podstawą zabawy. Tu można było się schować przed dorosłymi, namówić w grupie na coś, wymienić się zdobyczami sklepowymi i przenieść do innej bazy.
Pomiędzy ulicą Lipińskiego a Radzyńską, mieliśmy dużo zieleni i starych drzew. Były też śliwy i jabłonie, na które wspinaliśmy się, żeby strącać zielone, niedojrzałe owoce.

Na wzgórzu
Ale to co najważniejsze odbywało się na trzepaku. Akrobacje, huśtanie, zwisanie do góry nogami, na trupa, na nietoperza, na ducha. Dziś by to chyba nie przeszło, ale wtedy dzieci jeszcze miały tę beztroską wolność, która przecież definiuje dzieciństwo.
Ktoś z dorosłych zawsze się koło nas kręcił, czyjaś mama albo babcia. Ale po chwili zagadała się z inną sąsiadką albo musiała skoczyć do sklepu. A my pędziliśmy do kolejnych atrakcji. Te zakazane były na wzgórzu przy kościele Mariawitów, pomiędzy garażami, wśród starych drzew, z dala od bloków. Wzgórze miało w sobie urok tajemnicy. Stąd można było obserwować tych, którzy zostali na dole, można było na dobre ukryć się w przykościelnych zaroślach albo krążyć pomiędzy garażami. Można też było zbiec długimi schodkami do ulicy Północnej i podążyć w stronę śródmieścia. Centrum było dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Jak w maglu
W naszym bloku ciągle coś się działo. Jakieś naprawy, remonty, modernizacje. O wszystkim decydowała Wspólnota, a zebrania odbywały się na samej górze wieżowca, w pralni (a może suszarni?). Mama zabierała mnie tam czasem ze sobą. Ile tam było krzyku, ile dram! Każdy nie zgadzał się z każdym. Każdy miał jakiś problem, każdy chciał czegoś innego. A wszyscy chcieli jak najlepiej. A potem wszyscy zgodnie spotykali się na grillu przed blokiem.
Grill to było nasze sąsiedzkie święto. Nasza blokowa integracja. Mieszkańcy schodzili się gremialnie, było dużo kiełbasy, boczku, żeberek i karczku. Było piwo dla dorosłych i cola dla dzieci. Bo oczywiście grillowaliśmy razem z dorosłymi na placyku pomiędzy blokiem kolejowym a policyjnym. Było mnóstwo śmiechu i radości. Grillowaliśmy do nocy, biegając między bazami i ciesząc się z tej wspólnej zabawy razem z dorosłymi. Te grille chyba najbardziej zapamiętałam z tamtego czasu. To poczucie wspólnoty z innymi rodzinami podobnymi do mojej.

Giętkie ołówki i ruskie fajki
Nieco dalej od naszego bloku czekały kolejne atrakcje. Największą były chyba zakupy w sklepiku Kodi przy ulicy Kiepury. Takich skarbów, jak w Kodim nie było nigdzie indziej! Giętkie ołówki, flamastry z brokatem, karteczki z W.I.T.CH… To wszystko było później przedmiotem wymiany w bazach. Było zatem bezcenne.
Jeszcze dalej był bazarek przy Braci Wieniawskich. Tu mama kupowała ruskie papierosy „spod lady”. Zachodziłyśmy też obowiązkowo do ciucholandu, w którym raz w tygodniu była dostawa towaru i kobiety dosłownie wyrywały sobie szmaty z rąk. Potem, co sprytniejsze, sprzedały upolowane ciuchy na bazarku. Oczywiście dużo drożej.

Wysłuchała i sfotografowała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Komentarze