Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Obronność

Wojskowi straszą wojną na Lubelszczyźnie. Rosja grozi bombą atomową. „Wszystko zależy od nas”

Mieszkańcy Lubelszczyzny czytają wiadomości, rozglądają się dookoła, nasłuchują syren alarmowych i coraz częściej pytają: „Będzie wojna?”. - To zależy od nas. Jeśli odpowiednio przygotujemy państwo i społeczeństwo, wojny pełnoskalowej nie będzie – mówi nam Artur Jakubczyk, generał brygady Wojska Polskiego.
Wojskowi straszą wojną na Lubelszczyźnie. Rosja grozi bombą atomową. „Wszystko zależy od nas”

Źródło: Michał Żyszkiewicz/Generał Artur Jakubczyk/X

W połowie września 2025 roku do księgarni weszła książka „Wojsko z tektury” Ewy Żemły. Kontynuacja „Armii w ruinie”, kolejny wstrząsający raport o stanie polskich sił zbrojnych. Trzęsieniem ziemi był już pierwszy rozdział. Autorka zadała w nim pytanie: „Będzie wojna?”. Trzech generałów i sześciu oficerów odpowiedziało: „Tak, będzie”. 

Generał Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, mówił, że „jesteśmy tym pokoleniem, które stanie z bronią w ręku w obronie naszego państwa”. Były prezydent Andrzej Duda, bardzo zaangażowany w pomoc Ukrainie, wielokrotnie wskazywał na obrany przez Władimira Putina kurs kolizyjny z NATO. Premier Donald Tusk, relacjonując w Sejmie ustalenia polskiego wywiadu, informował, że Rosja przygotowuje się do pełnoskalowej wojny z Paktem Północnoatlantyckim w ciągu trzech, może czterech lat.

Pod koniec sierpnia John Ratcliffe, szef CIA, złożył niespodziewaną wizytę w Moskwie. Amerykańskie media donosiły, że Ratcliffe przybył na Kreml, żeby ostrzec Rosjan, że przeprowadzenie ataku na terytorium NATO spotka się ze zdecydowaną odpowiedzią państw członkowskich. Donald Trump, prezydent Stanów Zjednoczonych, bagatelizował tę wizytę szefa CIA w stolicy Rosji. I publicznie uspokajał, że Rosja nie zaatakuje NATO. Problem w tym, że prezydent Trump nadzwyczajnie często jedno myśli, drugi mówi, a trzecie robi. W Europie zapanował niepokój. 

- Rosja jest potencjalnie agresorem wobec państw natowskich i jako NATO musimy tu być jak jedna pięść. W dość obiektywnych ocenach różnych służb Rosjanie chcą bowiem zmobilizować 600 tysięcy żołnierzy. Jak się domyślacie, nie dla akcji pokojowych. Musimy być przygotowani na różne ewentualności. Z całą pewnością najbliższe siedem, osiem miesięcy będzie krytyczne – stwierdził Donald Tusk pod koniec sierpnia.

Wszystko, co dzieje się w ostatnich dniach, tygodniach i miesiącach, każe nam myśleć, że premier Polski w tej ocenie się nie myli.

Kto się boi?

20 maja 2026 roku litewski prezydent Gitanas Nausėda i tamtejsza premierka Inga Ruginienė zostali ewakuowani do schronów w Wilnie z powodu czerwonego alarmu ogłoszonego po wykryciu obiektu przypominającego drona, który nadleciał znad Białorusi. Tydzień później odwiedziłem Kowno, drugie największe miasto na Litwie, położone mniej więcej 100 kilometrów od stolicy. W tym samym czasie, na rezydencji w ramach projektu CreArt 3.0, przebywały tam cztery artystki z czterech różnych krajów Europy: jedna z Polski, druga z Hiszpanii, trzecia z Chorwacji, czwarta z Macedonii Północnej. 

Dziewczyny z Bałkanów i Półwyspu Iberyjskiego nie mogły uwierzyć, że we wschodniej Polsce nie odczuwa się codziennego strachu związanego z wojną.

- Nie boisz się? – pytały polskiej malarki.

Patrzyły, gdzie Lublin leży na mapie.

- Jezu, to przy samej granicy z Ukrainą. Widać, słychać, czuć wojnę? – dopytywały i nie przyjmowały do wiadomości, że życie w Lublinie pod kątem poczucia bezpieczeństwa jego mieszkańców nie różni się niemalże niczym od tego, które prowadzą ludzie zamieszkujący Skopje, Zagrzeb czy Valladolid.

Ale ze stolicy Lubelszczyzny jest przecież tylko półtorej godziny drogi samochodem do przejścia granicznego w Dorohusku. I niewiele dalej do innych miejscowości, z których już tylko rzut beretem na Ukrainę: jakieś 115 kilometrów do Zosina, 135 kilometrów do Dołhobyczów, 145 kilometrów do Hrebennego. Z Zamościa czy Chełma jest dwa razy bliżej do Lwowa czy Łucka, niż z Kijowa do tych dwóch miast usytuowanych na zachodzie Ukrainy.

Profesor Marcin Matczak, specjalista w zakresie teorii i filozofii prawa, poczytny i wzbudzający emocje publicysta, nieprzypadkowo niedawno pytał retorycznie: „Mieszkańcowi Hrubieszowa bliższy jest mieszkaniec Szczecina czy ukraińska matka uciekająca z dzieckiem przed wojną?”. Próbował Matczak tym samym rozpocząć dyskusję o archaiczności idei państw narodowych, ale jednocześnie zwrócił uwagę na coś znacznie mniej filozoficznego, a znacznie bardziej prozaicznego. Wojna na Ukrainie wpływa na życie mieszkańca Lubelszczyzny w stokroć większym stopniu niż na mieszkańca centralnej czy zachodniej Polski. 

Pijak na trawniku

W Lublinie, Chełmie, Zamościu, Białej Podlaskiej, Puławach, Świdniku, Kraśniku, Łukowie, Biłgoraju, Lubartowie, Tomaszowie Lubelskim, Kazimierzu Dolnym, Nałęczowie, Zwierzyńcu, Kozłówce i we wszystkich pozostałych czterech tysiącach miast, miasteczek i wsi na Lubelszczyźnie żyje się całkiem spokojnie. Normalnie w skali Europy. Przez dwie i pół dekady XXI wieku ta część Polski niebywale rozkwitła.

Ale gdy się dobrze nad tym zastanowić, może żyjemy, jak w „Piosence o końcu świata” Czesława Miłosza? Tam jest taki fragment: 

„W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa”

W najprostszej interpretacji chodzi o to, że apokalipsa przychodzi z dnia na dzień. Pod koniec lipca o 3.50 mieszkańców Lubelszczyzny obudził alarm przeciwlotniczy. O 4.01 został on odwołany. Rosyjska rakieta Ch-101 wleciała w polską przestrzeń powietrzną i rozbiła się w miejscowości Tarnawa-Kolonia. W ostatnich dniach sierpnia w Zamościu i powiatach biłgorajskim, zamojskim, hrubieszowskim i tomaszowskim podczas testów przeprowadzanych przez Urząd Wojewódzki doszło do przypadkowego uruchomienia części syren emitujących sygnał odwołania alarmu.

We wrześniu 2025 roku szczątki polskiej rakiety z myśliwca F-16 zniszczyły dom mieszkalny w Wyrykach. W listopadzie 2022 roku w Przewodowie zginęło dwóch polskich rolników, bo na teren suszarni zbóż spadł ukraiński pocisk przeciwlotniczy systemu S-300, wystrzelony w celu odparcia zmasowanego ataku rakietowego Rosji na obwód lwowski. 

Wojsko na niebie

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej od 10 września do 9 grudnia 2026 roku wprowadza specjalną strefę ograniczoną EP R134. Decyzja zapadła na wniosek Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych i ma na celu zwiększenie bezpieczeństwa państwa. Ograniczenia obowiązywać będą 24 godziny na dobę. Przepisy obejmą przestrzeń powietrzną od poziomu ziemi do wysokości około 3 kilometrów. Zmiany te będą szczególnie odczuwalne na Lubelszczyźnie.

Z perspektywy pasażerów dużych samolotów rejsowych startujących z Portu Lotniczego Lublin nic się nie zmieni. Samoloty pasażerskie latają zazwyczaj na wysokości od 9 do 12 kilometrów na powierzchnią ziemi. Zaostrzenia dotkną jednak prywatnych pilotów, szkoły lotnicze i operatorów dronów.

Od 10 września nocą w przestrzeni nad wschodnią Polską obowiązywać będzie całkowity zakaz lotów cywilnych. Wyjątkiem pozostaną jedynie maszyny wojskowe i uzgodnione operacje z lotniska w Depułtyczach Królewskich pod Chełmem. W ciągu dnia przeloty cywilne będą możliwe tylko po spełnieniu surowych wymogów. Pilot musi zgłosić plan lotu, posiadać włączony transponder i utrzymywać stały kontakt radiowy z kontrolą ruchu. Bez przeszkód latać mogą jedynie służby ratunkowe i Lotnicze Pogotowie Ratunkowe.

Poważne utrudnienia czekają miłośników dronów. Wykonywanie przelotów bez specjalnych zgód wojskowych i wyznaczonych stref będzie niemożliwe. Wojsko zastrzega sobie także prawo do natychmiastowego zamknięcia nieba. W razie wezwania wszyscy operatorzy będą musieli sprowadzić swoje maszyny na ziemię w maksymalnie 25 minut.

Na początku sierpnia 2026 roku otrzymaliśmy sygnały, że wojsko ponownie pojawiło się na lotnisku w Świdniku. Ministerstwo Obrony Narodowej nie zdradziło nam charakteru obecności armii na lotnisku.

Pali się stary ład

Politycy rządzącej Koalicji Obywatelskiej z województwa lubelskiego przez wszystkie przypadki odmieniają słowa: „bezpieczeństwo”. Przypominają, że 230 milionów złotych z Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na Lubelszczyźnie zostało wykorzystanych między innymi do budowy nowych schronów. Na każdym kroku trąbią o programie SAFE, Tarczy Wschód, fabryce amunicji w Kraśniku, planowanej bazie śmigłowców w Porcie Lotniczym Lublin.

W szumie informacyjnym można ich wypowiedzi przeoczyć albo zlekceważyć, ale wystarczy przyjrzeć się ostatnim ruchom NATO, żeby zrozumieć, że sprawa jest poważna. Kwatera Główna NATO w Brukseli kontynuuje zacieśnianie monitorowania przestrzeni powietrznej i morskiej na Bałtyku w odpowiedzi na eskalację akcji sabotażowych. Sojusz kładzie nacisk na skrócenie czasu reakcji w przypadku incydentów z udziałem dronów lub naruszenia granic. 

Polskie myśliwce dwukrotnie przechwyciły rosyjski Ił-20 nad Morzem Bałtyckim. Już wcześniej zresztą radzickim samolotom rozpoznawczym, przeznaczonym do rozpoznania obrazowego i elektronicznego zdarzyło się naruszać przestrzeń powietrzną Polski.

Mariusz Błaszczak, prominentny polityk PiS, były wiceminister obrony narodowej, w RadiuZet kluczył w odpowiedzi na pytanie, czy jeśli Rosjanie zaatakują Estonię, Łotwę lub Litwę, polscy żołnierze powinni im pójść z odsieczą, respektując tym samym artykuł 5 NATO. 

- Powinni bronić Polski. My graniczymy z Rosją, która praktycznie objęła terytorium Białorusi, więc my też jesteśmy na froncie - lawirował Błaszczak, za co spadła na niego krytyka. 

Minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński poinformował, że decyzją komendanta głównego policji przy fabrykach produkujących dla armii będą zwiększone patrole policyjne. Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak Kamysz podjął decyzję o zwiększeniu aktywności samolotów F-16 i śmigłowców w polskich przestrzeni powietrznej po ostatnich rosyjskich prowokacjach i aktach agresji”.

Rosja zintensyfikowała ostrzały rakietowe i dronowe na terytorium całej Ukrainy. Ostrzały odbywają się niemal co noc przy użyciu setek dronów typu Shahed, pocisków manewrujących, pocisków balistycznych. Głównym celem ataku jest infrastruktura krytyczna: elektrownie, podstacje elektryczne, obiekty gazowe. Regularnie ostrzeliwane są duże miasta: Kijów, Charków, Odessa, Dniepr, Zaporoże. Kolejne bloki przemieniają się w ruiny. Przebywa ofiar wśród cywilów.

Władimir Putin kontynuuje szantaż nuklearny i próbę zastraszenia państw zachodnich przed udzielaniem dalszej pomocy wojskowej Kijowowi. Prezydent Rosji zasugerował, że w przypadku bezpośredniego zagrożenia integralności jego kraju i dalszego przekraczania czerwonych linii, Kreml może sięgnąć po broń atomową. Putin niezmiennie powtarza, że celem specjalnej operacji” na terenie Ukrainy pozostaje pełna realizacja żądań Moskwy, a wszelkie rozmowy pokojowe muszą odbywać się na rosyjskich warunkach i uwzględniać nowe realia terytorialne”.

W stronę Polski i Europy szabelką od lat wymachuje Dmitrij Miedwiediew, były premier Rosji i wiceprzewodniczący tamtejszej Rady Bezpieczeństwa. 60-latek groził już użyciem niestrategicznej broni jądrowej nie tylko przeciwko celom na Ukrainie, ale również bezpośrednio przeciwko państwom dostarczającym jej broń. Siergiej Ławrow, minister spraw zagranicznych Rosji, oskarżył wszystkich niesprzyjających reżimowi Putina o próby wywołania III wojny światowej. Ostrzegł, że zezwalanie Ukrainie na uderzenia w głąb terytorium Rosji bronią dalekiego zasięgu to zabawa z ogniem która doprowadzi do nieodwracalnej eskalacji ze wszystkimi mocarstwami jądrowymi.

Szwecja i Finlandia zwiększyły patrole morskie wokół kluczowej infrastruktury podwodnej na Morzu Bałtyckim i prowadzą wspólne ćwiczenia z wojskami lądowymi w regionie arktycznym. Estonia i Łotwa przeprowadzają wzmocnione inspekcje punktów granicznych i podnoszą stopień gotowości sił ochrony rejonów przygranicznych. Nastąpiła seria wzmocnień infrastruktury i gotowości bojowej na wschodniej flance NATO przy powtarzających się doniesieniach o wzmożonych ruchach armii Rosji około 150 kilometrów od granicy z Finlandią. Siły NATO przeprowadziły jednocześnie dużą i niespodziewaną operację powietrzną i ćwiczenia w pobliżu rosyjskiego obwodu kaliningradzkiego. 

Na przełomie sierpnia i września 2026 roku doszło do serii prawdopodobnie skoordynowanych, a na pewno podejrzanych, akcji dywersyjnych przypisywanych rosyjskim służbom, których celem był paraliż logistyki wojskowej i infrastruktury krytycznej w Europie Środkowej. Wspólnym mianownikiem tych wydarzeń były uderzenia wymierzone w kluczowe węzły sprzętowe wspierające Ukrainę. 

W Skarżysku-Kamiennej zapaliła się hala produkcyjna WB Electronics, firmy produkującej części do dronów, z których korzysta polska i ukraińska armia. W Lublinie przy ulicy Kasprowicza doszło do pożaru fabryki JFG Composites, specjalizującej się w komponentach dla przemysłu lotniczego. Do podobnych zdarzeń doszło też w innych krajach Europy: Litwa, Łotwa, Estonia, Czechy, Rumunia, Wielka Brytania, Niemcy. Ci ostatni na przykład nie mieli wątpliwości w sprawie ataku dronów na lotnisko w Lipsku. 

- Śledztwo policyjne, schematy ataków i ustalenia wywiadu wskazują na rosyjską odpowiedzialność za próbę ataku na lotnisku w Lipsku - mówił niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt.

Napięcie między Rosją a Europą, Stanami Zjednoczonymi i NATO eskaluje.

Wojna zależy od nas

Rozmawiam z Arturem Jakubczykiem,  generałem brygady Wojska Polskiego, byłym szefem zarządu Strategii i Polityki Wywiadu Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego i byłym zastępcą dowódcy 18. Dywizji Zmechanizowanej.

- W Polsce dochodzi do podejrzanych serii podpaleń i aktów sabotażu infrastruktury krytycznej. Premier Donald Tusk i służby sugerują ślad rosyjski. Na ile nasze służby cywilne i wojskowe są gotowe do reagowania? 

Generał Artur Jakubczyk: - Problem polega na tym, jak rozumiemy odporność państwa. Błędem jest skupianie się wyłącznie na służbach. Odporność buduje się od obywatela. Poprzez edukację, informowanie, trening. Wtedy takich ataków będzie mniej. Choć będą się zdarzały, bo żaden kraj nie jest w stanie zabezpieczyć całej infrastruktury krytycznej i użytku codziennego. Nie mam przy tym wątpliwości, że Rosja przeszła z fazy zero do fazy pierwszej. Nie ogranicza się już do cyberataków czy pokazów siły przy granicach. Uderza w infrastrukturę, która nas boli. Chce w ten sposób zmusić nas do skupienia się na obronie, zamiast na budowaniu nowych zdolności. Służby specjalne MON i MSWiA mają przestrzegać policję, Straż Graniczną, SOK i wojsko. Czy działają proaktywnie? Gdyby tak było, obiekty obronne byłyby lepiej zabezpieczone. 

- Pożary fabryki JFG Composites w Lublinie i hali produkcyjnej WB Electronics w Skarżysku-Kamiennej nie wyglądają na przypadek.

- Bo to nie jest przypadek. W tej chwili ta infrastruktura przygotowuje komponenty do dronów na Ukrainę. Ale jutro mogą one służyć w Polsce. Infrastrukturę krytyczną opieramy na pięciu filarach: energetyce, telekomunikacji i cyberprzestrzeni, transporcie i logistyce, infrastrukturze proobronnej i infrastrukturze na dnie Bałtyku. Rosja atakuje sektor obronny, żeby wstrzymać produkcję, modernizację i wsparcie dla Kijowa. 

- Władimir Putin i jego otoczenie straszą konsekwencjami za wspieranie Ukrainy. Na ile to realna groźba, a na ile szantaż? 

- Zagrożenie jest bardzo wysokie. Musimy rozróżnić otwarty konflikt od nowej wojny hybrydowej. Czym innym jest rosyjski żołnierz przekraczający granicę, a czym innym presja hybrydowa, która ma nas zmusić do odstąpienia od wspierania Ukrainy. To jest faza pierwsza. Dochodzi do aktów sabotażu, a skierowanie rakiety w pobliże fabryki amunicji w Kraśniku, bo tak należy postrzegać incydent w Tarnawie-Kolonii, było celowe. Putin pokazuje, że nie żartuje. Nie uderza w pojedyncze obiekty taktyczne. Wybiera punkty, które po połączeniu dają mu efekt strategiczny. Zadaniem państwa jest ostrzeganie, obrona i szybkie odtwarzanie zdolności produkcyjnych. Obywatel po zauważeniu zagrożenia musi natychmiast alarmować służby. 

- Obserwujemy ruchy sił NATO, zapowiedzi rozmieszczenia 15 tysięcy rosyjskich żołnierzy przy granicy z Finlandią, wizytę szefa CIA na Kremlu. Dzieje się coś bezprecedensowego? 

- Rosja pokazuje siłę i zdolności operacyjne. Rozmieszczenie 15 tysięcy żołnierzy czy też dywizji przy granicy z Finlandią to nie jest jeszcze symptom przygotowania do konfliktu pełnoskalowego, ale sygnał ostrzegawczy już tak. Uważaj, bo jak będziesz robił to, co robisz, czyli wspierał Ukrainę i rozmieszczał infrastrukturę NATO na Ukrainie, zagrozimy ci poprzez sabotaż, cyberataki, rakiety, drony, duże ćwiczenia, zbliżenie się do granic, płytkie wtargnięcie, mały konflikt. NATO działa zaś reaktywnie, a nie proaktywnie. Jako organizacja defensywna ma w pewnym stopniu związane ręce. Reaguje przykładowo wysyłając myśliwce nad Polskę, ale taka obecność, w powietrzu, na lądzie i morza, powinna być stałym cyklem, a nie jednorazową akcją. 

- NATO posiada narzędzia, żeby przenieść wojnę hybrydową na terytorium Rosji? 

- Tak, posiada takie możliwości, opierając się na potencjale państw członkowskich. Problem polega na tym, że przeniesienie zagrożeń na teren Rosji jest oceniane przez NATO jako krok eskalacyjny wobec mocarstwa jądrowego. Ryzyko uznaje się za zbyt wysokie. Dodatkowo uzyskanie konsensusu wśród 32 państw Sojuszu to ogromne wyzwanie. 

- Lęk przed użyciem broni atomowej przez Rosję jest w naszym regionie być może największy od czasów zimnej wojny. Czy taki najczarniejszy z czarnych scenariuszy wojennych może wydarzyć się na Ukrainie albo gdzieś dalej na zachód Europy?

- Nie. Choć żadnego scenariusza nie wolno wykluczać. Ale scenariusz przeniesiony jeden do jednego z Ukrainy wydaje się niemożliwy. Liczę się z możliwością, że Rosja będzie eskalować sytuację dotychczasowymi narzędziami: zwiększy liczbę sabotaży, naruszeń przestrzeni powietrznej i morskiej. Jej celem jest powrót do żądań z 2021 roku, czyli cofnięcia obecności NATO do granic sprzed 1999 roku. 

- Premier Donald Tusk mówi o newralgicznym okresie siedmiu, ośmiu miesięcy. Na jakie prowokacje powinniśmy zwracać największą uwagę? 

- Infrastrukturę energetyczną, czyli elektrownie. I infrastrukturę transportową: lotniczą, kolejową, drogową i morską. Ich uszkodzenie byłoby dla nas bardzo bolesne. Przestrzegam jednak przed polityczną narracją. Przedstawiciele rządu i media, chwaląc się nową infrastrukturą krytyczną, odwalają darmową pracę dla rosyjskiego wywiadu. „Targetowanie” w 95 procent opiera się na rozpoznaniu i ocenie wartości obiektu. Publiczne pokazywanie takich miejsc to wskazywanie przeciwnikowi celów do zniszczenia. O nowych obiektach należy mówić ogólnie, bez podawania lokalizacji, i natychmiast obejmować je ochroną kontrwywiadowczą i fizyczną. 

- Będzie wojna?

- To zależy od nas. Jeśli odpowiednio przygotujemy państwo i społeczeństwo, wojny pełnoskalowej nie będzie. Rosja nie zaatakuje konwencjonalnie państwa, które jest silne i gotowe do obrony, bo czym innym jest atak, a czym innym opanowanie terytorium. Problem w tym, że zamiast realnych przygotowań widzimy populizm. Sformułowania szefa Sztabu Generalnego o „pokoleniu, które stanie z bronią w ręku” powinny iść w parze ze zmianami w wojsku na podstawie wniosków z Ukrainy i Zatoki Perskiej. Tymczasem nie przygotowuje się odpowiednio społeczeństwa, samorządów ani rządzących. Jako 38-milionowy kraj powinniśmy mieć przeszkolonych dwa, trzy miliony rezerwistów. Jeśli Rosja dostrzeże naszą nieprzygotowanie i słabość, może wykorzystać okazję. Do pełnoskalowego ataku na Polskę potrzebowałaby jednak mobilizacji znacznie większej siły niż 500-700 tysięcy żołnierzy. Wszystko zależy od tego, czy odrobimy lekcję z budowania odporności państwa – kończy generał Artur Jakubczyk.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama