Na witrynie pojawiły się informacje o wyprzedaży. Rabaty sięgają czterdziestu procent. Na półkach wciąż stoją setki butelek. Wina, whisky, nalewki, likiery, piwa kraftowe. Butelki o kształtach pojazdów, karabinów, górników, policjantów, myśliwych. Zestawy prezentowe, z których też słynie Vegas przy Okopowej.
Jarosław Węgorek, współwłaściciel sklepu, liczy, że obniżki cen pozwolą sprzedać znaczną część zapasów. Pytam, czy marzy mu się, żeby ostatniego dnia działalności Vegas półki były zupełnie puste.
- Oczywiście. Ale to raczej niemożliwe. Pewnie część towaru nam zostanie - uśmiecha się smutno Węgorek.
W styczniu 2027, po szesnastu latach działalności, Vegas definitywnie zniknie z handlowej mapy Lublina.
Gwoźdź do trumny
- Zaczęło się od pandemii. Każdego roku traciliśmy około dziesięć-piętnaście procent obrotów. Dla pojedynczego sklepu to bardzo dużo - mówi Węgorek.
W Vegas sprzedaje się o trzydzieści-czterdzieści procent mniej alkoholu niż przed pandemią. Węgorek siedzi na zapleczu sklepu i wylicza, że jednocześnie rosną koszty działalności: czynsz, wynagrodzenia pracowników, energia elektryczna, utrzymanie lodówek, pozostałe wydatki.
W czerwcu 2026 roku lubelscy radni wprowadzili nocną prohibicję. Do końca roku obowiązuje ona od 23.00 do 6.00. Od nowego roku zaczynać będzie się od 22.00. Dla Vegas nocny zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach okazał się śmiertelny w skutkach. Lokal przy Okopowej korzystał z sąsiedztwa wielkiego parkingu, popularnych klubów i Placu Lecha Kaczyńskiego, gdzie przesiadują imprezujący młodzi.
- Nocna prohibicja okazała się gwoździem do trumny. Gdyby możliwość nocnej sprzedaży została jak dawniej, prowadzilibyśmy sklep jeszcze długo. Nie zarabialibyśmy może tyle, co kiedyś, ale na pewno byśmy się utrzymali - przekonuje współwłaściciel Vegas.
Szacuje, że tegoroczne wakacje przyniosły Vegas spadek obrotów o dwadzieścia-trzydzieści procent.
- A nadal płacimy ten sam czynsz, rachunki za energię i utrzymanie lodówek. Opłaty koncesyjne się nie zmieniły. Przecież nie ma znaczenia, czy sklep pracuje całą dobę, czy nie może sprzedawać alkoholu w nocy - kręci głową Węgorek.
Właściciele Vegas po cichu liczyli, że klienci po wprowadzeniu nocnej prohibicji zaczną robić większe zakupy na tuż przed 23.00. Tak się jednak nie stało.

Złoty okres Vegas
Vegas działa od 2010 roku. Jarosław Węgorek wraz ze wspólnikami dostrzegł wówczas niszę na lubelskim rynku.
- Brakowało sklepu z ekskluzywnymi alkoholami. Chcieliśmy stworzyć dobrze wyposażone miejsce, w którym można kupić produkty niedostępne w marketach, Biedronkach czy Żabkach - wspomina Węgorek.
Pomysł okazał się trafiony. Choć doświadczenia nie mieli. I zdobywali je na żywym organizmie. Najlepsze lata Vegas przypadły na 2015, może 2016 rok. Właściwie cały okres przed pandemią Węgorek wspomina jako udany. Początkowo dobrze sprzedawały się tu nawet zwykłe napoje. Z czasem w sąsiedztwie pojawiły się Biedronka i dwie Żabki, więc ta część sprzedaży praktycznie zanikła. Ale cztery lata po otwarciu sklepu przy Okopowej powstał drugi lubelski punkt Vegas. Ten przy Lubartowskiej.
- I ten już jest zamknięty – rzuca współwłaściciel Vegas.
Węgorek opowiada, że wraz ze wspólnikami postawili przede wszystkim na możliwie unikalny asortyment i fachową obsługę. Dwóch sprzedawców pracuje w Vegas nieprzerwanie od otwarcia. Znają pochodzenie trunków, ich receptury, historię producentów. Potrafią godzinami perorować o winach. Albo o whisky, w końcu niektóre szkockie, angielskie czy amerykańskie marki szczycą się tradycją sięgającą ponad stu lat.
- Klienci wracali, przychodzili degustować alkohole, kupowali coś ciekawego, a my mogliśmy im o tym opowiadać. Tego nie spotka się w zwykłym markecie. Tam alkohol się po prostu wydaje. U nas można było o nim porozmawiać - mówi Węgorek.
Pytam, na ile degustacyjna konsumpcja alkoholu była lub wciąż jest również jego pasją.
- Ja nie piję alkoholu - przyznaje.
Vegas traktował jako przedsięwzięcie handlowe. Wiedzę o procentowych napojach pozostawiał pracownikom, których wysyłał na szkolenia i starał się zatrzymywać na długie lata.
Odwrót od alkoholu
Węgorek wskazuje kilka powodów stopniowego pogarszania się sytuacji finansowej Vegas.
- Zwykła wódka praktycznie się u nas nie sprzedaje. Obok jest Biedronka, gdzie można kupić trzy butelki w cenie dwóch. Nie jesteśmy w stanie konkurować z takimi promocjami. Czasami cena w markecie jest niższa niż ta, za którą my możemy kupić produkt w hurtowni - relacjonuje.
Klienci szukający najtańszego alkoholu wybierają sieciowe markety. Vegas stawiało na piwa kraftowe, wysokogatunkowe alkohole, bardziej wyszukane wina, zestawy prezentowe. Kolejnym konkurentem okazał się internet. Właściciel Vegas zauważył, że już sześć czy siedem lat temu klienci coraz częściej zamawiali droższe trunki online. Nawet po doliczeniu kosztów dostawy takie zakupy potrafiły być tańsze. Zmieniły się także przyzwyczajenia konsumentów.
- Na całym świecie widać odwrót od alkoholu. Inne rzeczy sprawiają ludziom przyjemność. Inaczej spędzają wolny czas. Proszę spojrzeć na dyskoteki. Przed pandemią mieliśmy w Lublinie około dwudziestu takich miejsc. Teraz są trzy. Był też taki okres, kiedy zauważyliśmy, że część młodzieży rezygnowała z alkoholu na rzecz innych używek. Pojawił się boom na dopalacze, różne substancje, tabletki, płyny niewiadomego pochodzenia. Zdarzali się klienci, z którymi właściwie nie dało się porozmawiać. Wchodzili do sklepu, ale sprawiali wrażenie, jakby byli w innym świecie. Nie obsługiwaliśmy ich. Później trochę się to uspokoiło. Jednak również takie zjawiska mogły mieć wpływ na zmniejszenie zainteresowania alkoholem - twierdzi Węgorek.
Moralność w Vegas
- Do Vegas przychodzą również ludzie uzależnieni od alkoholu. Jak pan podchodzi do tego moralnie? Do sprzedawania alkoholu osobie, która widocznie ma z nim problem? – pytam.
- Osoba będąca pod wpływem alkoholu u nas go nie kupi. Nie sprzedajemy takim klientom.
- Chce pan powiedzieć, że w Vegas, które stawiał na bardziej ekskluzywny asortyment, szczególnie pilnowaliście przepisów dotyczących sprzedaży alkoholu osobom niepełnoletnim i nietrzeźwym?
- Zdecydowanie. Od samego początku byliśmy na to bardzo wyczuleni. Popełnienie takiego błędu mogło oznaczać utratę koncesji, a więc natychmiastową likwidację sklepu. Nie pozwalaliśmy sobie na żadne wyjątki czy obchodzenie przepisów – zapewnia Jarosław Węgorek.
Bez gwarancji sukcesu
Właściciele próbowali dostosowywać ofertę Vegas do galopujących trendów. Kilka lat temu wprowadzili stoisko z nalewakami i piwem lanym. Zainteresowanie było duże. Z czasem zaczęło słabnąć.
Nigdy właściciele na poważnie nie rozważali za to przekształcenia Vegas w lokal gastronomiczny, co teoretycznie mogłoby pomóc w legalnym ominięciu obostrzeń nocnej prohibicji.
- Gastronomia to zupełnie inny biznes. Nigdy w niej nie pracowałem. Musiałbym uczyć się wszystkiego od zera. Poza tym nasz lokal jest na to za mały. Potrzebowalibyśmy dodatkowej powierzchni, stolików, zaplecza kuchennego, wyposażenia. Samo dostosowanie lokalu pochłonęłoby ogromne pieniądze, bez żadnej gwarancji sukcesu - wyjaśnia Węgorek.

I bez długów
Vegas nie generuje strat. Węgorek mówi, że do czerwca działalność pozostawała rentowna. Nawet styczeń, luty i marzec, czyli najsłabsze miesiące, gdy ludzie dużo rzadziej wychodzą z domów, kończyły się dodatnim wynikiem finansowym.
- Październik prawdopodobnie zamkniemy na zero, choć jeszcze nie podliczyliśmy wszystkich wyników - przekonuje Węgorek.
Decyzję o likwidacji Vegas podjął z wyprzedzeniem. Nie chce doprowadzić do sytuacji, w której firma zacznie się zadłużać. Przy obecnych obrotach i kosztach utrzymania sklepu kolejna zima mogłaby oznaczać poważne problemy z płynnością. Na minus wyjdzie zresztą najprawdopodobniej w listopadzie i w grudniu. Węgorek obawia się dalszych zmian krajowych przepisów: możliwego wzrostu opłat koncesyjnych, kolejnych ograniczeń dotyczących sprzedaży i reklamy alkoholu.
- Jeszcze przed czerwcem mieliśmy kilka pomysłów. Myśleliśmy o zmianie asortymentu, następnych szkoleniach, reorganizacji działalności. Nie zarabialiśmy tyle, co pięć lat temu, ale nadal byliśmy na plusie. Po wprowadzeniu nocnej prohibicji sytuacja się zmieniła. I to bezpowrotnie. Nie widziałem nadziei. Nie znalazłem pomysłu na naszą działalność, który mógłby ją podnieść i uratować. Albo prowadzimy profesjonalny sklep z wysokogatunkowymi alkoholami, których nie można kupić w dyskontach, albo w ogóle rezygnujemy z tej działalności. Uznaliśmy, że skoro nie jesteśmy już w stanie utrzymać takiego sklepu, to nie będziemy dalej walczyć - stwierdza współwłaściciel Vegas.
Wygaszenie sklepu go nie zrujnuje. Najważniejsze jest dla niego zamknięcie działalności bez pozostawiania zobowiązań.
- Mam nadzieję, że dzięki wyprzedaży towaru będziemy w stanie uregulować wszystkie zaległe faktury, rozliczyć się z pracownikami, wypłacić należności za niewykorzystane urlopy. Przy zamykaniu sklepu takich zobowiązań jest bardzo dużo. Ze wstępnych kalkulacji wynika, że powinniśmy zdążyć ze wszystkim do stycznia - tłumaczy Jarosław Węgorek i odwraca się w kierunku stojącego przy ladzie klienta, bo drzwi w Vegas jeszcze otwierają się co kilka minut.

Komentarze