- Pieniądze dały panu szczęście?
- Nie no, pieniądze szczęścia nie dają. Ale czasami są potrzebne. Mogę się za nie realizować.
- W jaki sposób?
- Zarabiam, żeby móc wykonywać projekty społeczne, dawać coś pozytywnego, kreować, rozwiązywać ludzkie sprawy. Niedawno dowiedziałem się, że to fachowo nazywa się „impact investing”.
- Kokietuje pan czasami, że czuje się pan introwertykiem. A obserwowałem pana przez kilka godzin podczas otwarcia wielkiej sali konferencyjnej w Arche Hotel Nałęczów i mam wrażenie, że wśród ludzi na salonach czuje się pan jak ryba w wodzie.
- Umiem wczuć się w rolę. Nauczyłem się być częścią grupy z pracownikami i gośćmi. Długo nie wiedziałem nawet, że mam takie predyspozycje. Wewnętrznie nie czuję się taki zupełnie. Jestem naturszczykiem. Mieszkamy z żoną daleko na odludziu. Salony mi do niczego niepotrzebne. No ale muszę w różnych sytuacjach się poruszać. I nie mogę narzekać. Odnajduję się, bo mnie akceptują takiego, jakim jestem, nie muszę udawać kogoś innego. Okazuje się zresztą, że większość ludzi jest taka. Potrzebujemy skracania dystansu, bliższych relacji. Myślę, że to ciekawe w coraz bardziej cyfrowym jednak świecie.
- Co pan ma na myśli, określając się naturszczykiem? To słowo kojarzy mi się z książkami Hłaski i filmami z Himilsbachem, czyli postaciami uosabiającymi mądrość życiowa, ale taką spod osiedlowego sklepu.
- Trochę tak. Może i mam kilometr do najbliższego sąsiada, ale przecież mieszkam wśród ludzi na wsi, a tam wielu jest niepodatnych na wpływy świata. Takich, którzy zachowali naturalność, jakby swoją filozofię. Szczególnie w dzieciństwie tacy naturszczycy mi imponowali. I teraz też się z nimi stykam. Choćby na Podlasiu, gdzie prowadzimy Arche Siedlisko w gminie Milejczyce. Ludzie otwarci. Ale też osoby z niepełnosprawnością czy po przejściach. Dużo nam dają w rozwoju, w tym skracaniu dystansu. Z dużą rezerwą zawsze podchodziłem do edukacji, do szkół. Straszne to były dla mnie nudy. Całe szczęście, że byłem na to odporny. Czerpałem bardziej z własnego doświadczenia, z różnych sytuacji kryzysowych niż z gotowych rozwiązań podsuniętych pod nos. Mamy jako ludzie taki wygodny nawyk, że łatwo uzależniamy się od „dobrych rad”: tak należy, tak nie należy. A człowiek naturalnie, samodzielnie potrafi rozróżnić dobre od złego. Nie potrzeba mu wielu regulacji.

- Usłyszał pan z ust naturszczyka jakąś mądrość życiową, która z panem pozostała?
- Zna pan Andrzeja Kota z Lublina?
- Oczywiście, znany artysta.
- Przyjaźniliśmy się. Absolutny geniusz plastyczny. W liceum plastycznym chodził trzy lata do pierwszej klasy. Z matematyki miał dwóję i z niektórych innych ścisłych przedmiotów chyba też. W ogóle go to nie interesowało. Nauczyciele nie mieli cierpliwości trzymać go w nieskończoność. Był przy tym niebywale oczytany w literaturze. I świetny, naprawdę świetny jako grafik. Przez rok razem pracowaliśmy. Bo nie mógł znaleźć roboty. A zobaczyłem, że mamy podobne osobowości i przyjęli go jako dekoratora. Razem sypialiśmy w pracowni. Ja na materacu, z którego schodziło powietrze. On z głową na kamieniu. No i organizowałem wystawy fotograficzne, a on robił takie duże plakaty, siedemdziesiąt na sto, i używał takiego określenia, żeby mnie opisać: „wielce beztroski Władysław Grochowski”. To było pięćdziesiąt parę lat temu…
- Zaobserwował u pana beztroskę.
- Zaobserwował, tak. Miał swoje życie, swoje wartości. Był naturalny, bardzo szczery, niezwykle zaangażowany. Nie było miejsca dla takich ludzi. I wciąż nie ma. Funkcjonował na jakichś bocznicach, marginesach. Dopiero teraz jest odkrywany. Może pod koniec życia ciut bardziej go doceniano, ale i tak niewystarczająco. To są geniusze sami w sobie. Narodzili się z talentem. Nie zgubili tego talentu. I żyli z tym talentem. Ja się od takich uczę.
- O artystycznych duszach uważa się często, że nie mają ani biznesowej dyscypliny, ani zdolności przetrwania wśród drapieżnych kapitalistów. Pan skończył lubelskie Liceum Plastycznego i stworzył Grupę Arche, której majątek mierzony jest w miliardach złotych. Jak to możliwe?
- Dyscypliny w finansach u mnie nie ma. Ale potrafię zarabiać pieniądze. I potrafię pracować. Tego bardzo wcześnie nauczyli mnie rodzice. Już w Lublinie, w pierwszej klasie, przekazałem rodzicom, że więcej pieniędzy od nich nie chcę. Na zdjęciach zarabiałem, sprzęt kupowałem, wysyłałem na wystawy międzynarodowe. Cały czas jestem też rolnikiem. Pieniądz przychodzi sam.
- Przychodzi sam?
- Gdy jesteśmy zaangażowani, odpowiedzialni, on pojawia się jako element wtórny. Trochę się trzeba nim bawić, wykorzystywać do własnej i innych radości, a nie traktować tylko samo zarabianie jako cel nadrzędny.
- Wspominał pan kiedyś, że pierwsze pieniądze zarobił pan jako pięciolatek.
- Jeszcze przed szkołą podstawową. Tata mi zapłacił. Później je ode mnie pożyczył, bo papierosy kupował i mu brakowało. Ale ja i tak się cieszyłem.
- To dopiero lekcja biznesu.
- Uczył mnie tata przedsiębiorczości. Naustawiał koszy, moje zadanie polegało na wybieraniu większych ziemniaków. Jak zapełniłem kosz, to przesypywał kartofle w worki i woził je później na targ czy zaopatrywał ludzi na zimę.

- Wraca pan do zapachu tamtych lat?
- Absolutnie, tak. Była głęboka komuna, ale byliśmy wspólnotą. Szczególnie na wsi. Pamiętam wspólne budowanie drogi, pomaganie słabszemu sąsiadowi. Żyliśmy w zżytej społeczności. Tamte tradycje, filozofie tamtych naturszczyków, jak żyć, jak sobie poradzić, to było piękne. Cały czas tego potrzebujemy, myślę. Potrzebujemy siebie. Serce mi więc rośnie, gdy patrzę na zwykłych ludzi. Na osoby z niepełnosprawnością w pracy. Albo jak byłem w więzieniu w Łowiczu i osadzeni, którzy mają długie wyroki, nauczyli się szyć na maszynach. Szyją nam dekoracje, pościel, pluszaki „Dziadzia Władzia”, tylko szum idzie.
- Słyszałem, że ludzie po wyrokach brali udział w budowie Arche Hotel Nałęczów, gdzie w PRL miało stanąć Sanatorium Milicyjne.
- Tak, oni tu wiele elementów wykonują. I to też jest rodzaj rewitalizacji. Bo z jednej strony budynek, jakiś gmach, jakaś substancja. Ale z drugiej strony ludzie, więźniowie czy osoby z niepełnosprawnością mają możliwość uczestniczenia w życiu, w kreowaniu świata. Powstają bardziej projekty społeczne niż design z najlepszych materiałów. Traktuję to jako formę skracania dystansu. Oni są tu potrzebni. Technologia na wiele nam bowiem pozwala, tylko że gubi się w niej sam człowiek. I dlatego też goście dobrze się u nas czują. Przynajmniej takie opinie słyszę. Nie rozumiem przy tym fenomenu wielu nagradzanych projektów. Kamień i nic więcej. Czujesz chłód. Obcość. Chciałbym, żeby nasze miejsca były bardziej przyjazne dla zwykłych ludzi z ulicy.
- Pana wiara w ludzi często zderza się z bezwzględnością czy okrutnością świata?
- Chyba bardzo nie. I to mnie zaskakuje. Jestem akceptowany przez największych przedsiębiorców w Polsce. Zresztą, ja mam krótką pamięć. Wszystko, co złe, to zaraz wyrzucone, zapomniane.
- W latach dziewięćdziesiątych był pan wójtem gminy Trzebieszów w województwie lubelskim. Taka władza pozwalała się panu realizować czy spędzała panu sen z powiek?
- Wszystko było nowe, świeżo po transformacji. Nie było przepisów, nie było procedur.
- Pan to chyba lubi.
- No właśnie, świetnie sobie radziłem, na skróty. Miałem fantastycznych, bardzo aktywnych pracowników, których po poprzednim naczelniku została garstka. Dożynki każde, nawet wojewódzkie, sfinansowanie zespołu, przyjęcie na tysiąc osób, złotówkę gminy to nie kosztowało, zarobiła sobie nawet na tym. Ludzie poczekali w kolejce, wszyscy zaangażowani, solidarnie sobie pomagali, jak za komuny kiedyś. Czułem siłę tej społeczności. Nie zawodziła mnie.
- Nie kusiła pana nigdy polityka?
- Nie, nie.
- Nigdy, nigdy?
- Nigdy, wtedy się wczułem i to budowanie było przyjemne. Ale później przybyło procedur. A regulacji, piętrzenia przepisów strasznie nie lubię. Człowiek z natury jest dobry. Jeżeli nie wymusza się na nim kombinowania, to nie będzie kombinował. Tylko trzeba mu zaufać. Władza ma jednak swoje interesy. Demoralizuje ta władza paskudnie, niestety.
- Poczuł pan kiedykolwiek, że władza wynikająca z posiadania dużych pieniędzy czy zarządzania ludźmi zaczęła pana demoralizować?
- Próby zdemoralizowania mnie są ciągłe i nieustające. W kolejnych miastach panują różne układy, grupy interesów, kręcą się lobbyści. Ja jestem na to całkowicie odporny. No i teraz to procentuje. Umawia się ze mną prawie każdy prezydent, prawie każdy minister.
- Jak pan nauczył się tej odporności na demoralizację?
- To geny rodziców, dziadków, bardzo porządnych ludzi z zasadami i z potrzebą dzielenia się tym, co mamy materialnie. Ale ogólnie więcej dostaję niż daję.
- W którym momencie życia zrozumiał pan, że jest pan bogatym człowiekiem?
- Myślę, że jestem bardziej człowiekiem bogatym wewnętrznie.
- Finansowo też nie może pan narzekać.
- Zawsze można żyć w zazdrości, że ktoś ma więcej. Bo zawsze ktoś taki się znajdzie. Ile by człowiek nie miał na koncie. Szczęśliwi ludzie bywają czasami bezdomni. Bogaci nie są najszczęśliwsi.
- Przyjemniej płacze się w Ferrari niż na ulicy.
- Ja mam bardzo małe potrzeby własne. Kieruje mną chęć działania, kreowania. Otaczam się dobrymi ludźmi. Nie zgubiłem się. Jestem szczęśliwym człowiekiem.
- Czasami jest pan określany mianem „pustelnika”. Ale jest pan charakterystyczny, znany, lubiany i rozchwytywany. Występuje pan w popularnych programach. Nie kusiło pana, żeby kupić sobie stuprocentową anonimowość?
- Kiedyś byłem wycofany. Zawsze gdzieś na tyłach. Nie byłem przekonany, że coś jestem wart. Kilkanaście lat temu zauważyłem jednak, że nawiązywanie relacji z ludźmi, występowanie przed nimi coś innym daje. Oczywiście, gdybym nie musiał, to wolałbym żyć blisko przyrody, obserwować swoje roślinki czy uprawy. To dla mnie najciekawsze. Ale czuję, że zaciągnąłem w społeczeństwie pewien dług. Jeżeli mi coś dali, to ja też powinienem jak najwięcej pozytywnego przekazywać.

- Jak pan reaguje, gdy nazywają pana ekscentrykiem?
- Tak samo jak na określanie mnie wariatem.
- Czyli?
- Bardzo dobrze!
- No tak.
- Ekscentrycy, wariaci? Lubię, że jest ich tak dużo. Im ich więcej, tym lepiej.
- Pomaga pan osobom niepełnosprawnym czy uchodźcom. Wciąż ma pan wrażenie, że w XXI wieku za mało mówi się o tych, którzy z jakiegoś powodu są wykluczeni ze społeczeństwa?
- Za mało, za mało się mówi. Nauka i technologia pozwalają na niesamowite rzeczy, ale podstawowe globalne problemy, choćby nierówności społeczne, nadal pozostają nierozwiązane. Jestem optymistą i mam nadzieję, że pewne zmiany w świecie już zachodzą.
- Wiem, że codziennie dziesiątki razy „wita się pan optymistycznie” i to pana powiedzonko, ale skąd akurat optymizm w tym zakresie?
- Nadziei dopatruję się w młodych ludziach. Cieszę się, że mogę z nimi rozmawiać, choćby dzisiaj młody chłopak na turnusie piłkarskim przyszedł mi podziękować, „Dziadzia Władzia” wciąż bywa jeszcze dla młodych ciekawy…
- Co takiego ujmuje pana w młodych?
- Osiemdziesiąt procent w przedziale od osiemnastu do dwudziestu czterech lat ma negatywny stosunek do alkoholu. W mojej młodości abstynent postrzegany był jako nienormalny, jako dziwadło. Współcześnie młodzi muszą borykać się za to z uzależnieniem cyfrowym.
- Widziałem pana telefon. Uzależniony cyfrowy pan zdecydowanie nie jest.
- Przedpotopowy model, prawda? I jakoś żyje.
- Pan się ostanie, ale resztę telefony niedługo zamienią w zombie.
- Ten świat jest na zakręcie i nie możemy być obojętni, jeśli coś się nam nie podoba.
- No właśnie, dostęp do alkoholu w pana hotelach jest…
- Utrudniony.
- Myśli pan o jeszcze radykalniejszych krokach i wprowadzeniu hotelowej prohibicji?
- Na razie całkowicie wycofaliśmy ze sprzedaży alkohol w jednym hotelu. Ale mnie pan teraz zainspirował i niewykluczone, że w przyszłości to rozwiązanie rozszerzymy.
- W dawnych czasach, gdy alkohol był na stałe wpisany w krajobraz polskiego życia publicznego, robił pan interesy przy wódce?
- Za komuny pół litra było obowiązującym środkiem płatniczym. Rozpijało się ludzi, jak coś było do remontu albo żeby traktorzysta z Spółdzielni Kółek Rolniczych wykonał pracę na polu. Każdy interes się zakładało. To nieszczęście było. Ja u nas nie pamiętam takich sytuacji, ale czasy były, jakie były. Myślę, że lepsze są interesy bez alkoholu. Kampanię antyalkoholową, co ciekawe, podsunął mi wnuczek.
- Odczuwa pan wewnętrzną potrzebę poprawiania świata?
- Tak, zdecydowanie. Jestem rozpoznawalny. Mam pieniądze, które mogę w spokoju ducha wydawać. Dlaczego więc nie zrobić czegoś dobrego?
- Stąd też słynna akcje demograficzna? Brzmi to szalenie, ale osoby, które spędzą noc w jednym z hoteli sieci Arche i udowodnią później za pomocą aktu urodzenia i dowodu pobytu, że w ciągu trzystu dni od wizyty przyszło na świat dziecko, mogą otrzymać bezpłatną imprezę okolicznościową do dziesięciu osób i specjalną wyprawkę.
- Dzieci są przecież naszą przyszłością. Nie ma nic ważniejszego niż one. Wydaje mi się, że potrafię wyprzedzić trendy. Wyczuć, co będzie za pięć, dziesięć lat. Gdy wybuchła wojna na Ukrainę, zakręciłem sobie ciepłą wodę, niezależnie od żony. Myślałem, że wojna szybko się skończy. Wytrzymałem trzydzieści miesięcy. Ale za każdym razem, jak brałem ten zimny prysznic, miałem satysfakcję, że człowiek ma siłę, że coś może. Bo tak to słabi jesteśmy. Czekamy na gotowe. Politycy to wykorzystują. Przez populizm, kiełbasę wyborczą.
- Zimny prysznic na stałe się nie sprawdził?
- Niestety, nie.
- Niektórzy rekomendują go zdrowotnie. A jakie ma pan metody na długowieczność, również intelektualną?
- Aktywność jak najdłużej. Dopóki możemy. Zdrowy tryb życia, zdrowe odżywianie. I pozytywne myślenie, absolutnie. Niedawno spotkałem się z Sobiesławem Zasadą i Zbigniewem Grycanem. Zbyszek mówił, że teraz najaktywniej pracuje. A który on rocznik?
- Sprawdzam, 1941 rok.
- Osiemdziesiąt pięć lat.
- Zasada ma za to dziewięćdziesiąt sześć lat i wciąż bierze udział w rajdach.
- No właśnie.
- Niebywała sprawność fizyczna i umysłowa.
- Absolutnie. Mózg cały czas trenujemy. A te wszystkie sztuczne inteligencje mózg wyłączają. Dlatego ja nie korzystam z nawigacji. Przez miasto niekiedy muszę na czuja przejechać.

- Z tradycyjną mapą pan jeździ?
- Czasami sobie spojrzę wcześniej, ale mózg cały czas pracuje. Że się pomylę czasami? Bywa. Rafał Ohme, psycholog, który pochodzi z Lublina, bada mózgi i naukowo podchodzi do tematu, w książce „Emo Sapiens. Harmonia Emocji i Rozumu” pokazywał, jak kierują nami emocje. W „SPA dla umysłu. Zadbaj o siebie, by zadbać o innych” pisał, że ten mózg należy nieustannie ćwiczyć.
- Oprócz ogrodnictwa ma pan jakąś inną pasję, która odrywa pana od biznesu?
- Obserwacja przyrody zawsze będzie na pierwszym miejscu. Ale od pandemii jeszcze jeżdżenie rowerem.
- Są tu na Lubelszczyźnie piękne ścieżki rowerowe.
- I świetne trasy, a ostatnio jechałem po Dolnym Śląsku, jakie tam są porzucone wioski, jakie drogi fatalne. My na wschodzie Polski jesteśmy tacy aktywni, przebojowi, naprawdę.
- Jaki ma pan wniosek na temat świata z obserwacji natury i jej cyklów?
- Że jesteśmy jej częścią. Zgodność z naturą, zbliżanie się do niej, obserwacja są przyjazne dla człowieka. Wznosimy wielkie miasta, kultywujemy rozwiązania technologiczne najnowszej generacji i trochę się gubimy. Dopiero w czasie pandemii mogliśmy sobie przypomnieć, skąd jesteśmy i co jest nam potrzebne.
- Przyświeca to panu w inwestycjach w kolejne hotele?
- Nie stawiamy grzmotów. Wpisujemy hotele w zastaną przestrzeń. Projekt nie zaczyna się w odmętach szemranych inspiracji z internetu, tylko z przyjazdu na miejsce inwestycji, porozmawiania z ludźmi. Nie chcemy być intruzami.
- Rzadko śpi pan w swoich hotelach. Dobrze się pan w nich czuje?
- Bardzo dobrze. Lubię to, co tutaj zastaję. Jeszcze chciałbym wrócić do natury…
- Proszę bardzo.
- Mam daniele i widzę wśród nich pewną solidarność. Jeżeli coś się między nimi zdarzy, w czasie walk między bykami czy z małymi, całe stado reaguje. Tak samo działa to wśród wilków. Chciałbym, żeby między ludźmi też tak było. Przecież także jesteśmy stadem. Ci, którzy dostali więcej, muszą brać odpowiedzialność za innych. A nie, że my mamy lepiej, to się zamkniemy, odgrodzimy. Każdy człowiek powinien stworzyć wokół siebie koło, w którym jego najbliżsi czy po prostu inni ludzie mogą znaleźć coś dobrego, optymistycznego.
- Zdarza się panu nie przywitać dnia optymistycznie?
- Nie przeżyć?
- Nie przywitać, nie przeżyć.
- Nie, niespecjalnie. Każdy dzień tyle mi przynosi, że od rana się na niego cieszę. W domu mam spokojnie. Nie ma pośpiechu. A jak wyjeżdżam w Polskę do firmy, to tyle mi się wydarza, że… zrywam się i znowu się cieszę, że poznam nowych ludzi i czegoś się nauczę.
- Naprawdę nie wstaje pan czasami lewą nogą?
- Nie bardzo pamiętam. Pogodziłem dwa świata, dwie funkcje, dwa istnienia.
ROZMAWIAŁ JAN MAZUREK

Komentarze